Historia kołem się toczy, choć czasami zmienia tor…

Słońce... #spacer #słońce #słonecznydzień #zachódsłońca #B1 #babylove #babygirl

Dziś powinniśmy leżeć przy basenie na Teneryfie. Choroba Witamin zmusiła nas jednak do przełożenia terminu wylotu. I nie byłoby żadnego problemu, ba, nawet jest szansa na jeszcze lepszy hotel i więcej atrakcji, gdyby nie fakt, że wakacje w Hiszpanii to prezent dla B1. Za co? A no za wszystko – za to, że jest świetną córką, znakomitą uczennicą, najlepszą na świecie siostrą i przede wszystkim cudownym człowiekiem. Uwielbia Hiszpanię, czyta o niej książki, uczy się języka, śpiewa piosenki, bardzo marzyła o tym wyjeździe. Niestety… Pierwsze poważne choróbsko B2 sprawiło, że baliśmy się ryzyka związanego z lotem i zmianą klimatu. Nie jestem w stanie przewidzieć jego reakcji i tego, jak długo krtań potrzebuje jeszcze czasu na dojście do zdrowia.

Decyzja zapadła, B wycofał wniosek o urlop, pozostało powiedzieć B1, że przez brata musimy przesunąć jej wymarzony wyjazd… Drżałam. Uwierzcie mi, drżałam…

I tu szukając powodów cofnijmy się o jakieś dwadzieścia lat do pewnej zimy a dokładnie stycznia, kiedy już były wystawione oceny na pierwszy semestr i zaczynały się dwa tygodnie wolnego od szkoły. Ponieważ moi rodzice mieli urlop tylko w lecie, każde zimowe ferie spędzałam w domu. To był najnudniejszy czas. Dzieci jeździły na nartach, łaziły po górach a ja siedziałam pod blokiem i rozmawiałam z bałwanem z osmolonego spalinami śniegu… Pamiętnej zimy sąsiedzi, z którymi byliśmy (i właściwie do dziś jesteśmy) zżyci jak z rodziną zaplanowali wyjazd na ferie do Międzybrodzia. Ponieważ traktowali mnie jak córkę (nawet jestem imienniczką ich własnej) zaproponowali, że pojadę z nimi. Jaka ja byłam szczęśliwa! Pamiętam, że na tę okazję mama kupiła mi bardzo drogie, brązowe lakierkowane (!!!) trapery i kremowy sweter z dużymi guzikami. Nigdy wcześniej nie byłam nigdzie na feriach i marzyłam o tym wyjeździe jak o niczym. W myślach ułożyłam sobie każdy dzień, pozabierałam mnóstwo rzeczy, wepchałam do torby swój pamiętnik (wtedy jeszcze w wersji papierowej) i czekałam, aż nadejdzie upragniona chwila. W sobotę rano, kiedy już mieliśmy jechać, sąsiadka przyszła z przykrą wiadomością, że niestety musimy zostać w domu, bo ich córka – wtedy cztero albo pięciolatka – rozchorowała się…

Wiecie co, do dziś pamiętam mój żal. Leżałam w pokoju i wyłam w poduszkę. Jak ta mała zołza mogła się pochorować? Nie dość, że codziennie robiła z mojego pokoju krajobraz po burzy, podsłuchiwała moje rozmowy z chłopakami i wszędzie za mną łaziła jak cień, to jeszcze zepsuła dzień, na który tyle czekałam… Było mi tak cholernie przykro, że całe ferie straciły dla mnie sens. Postanowiłam spędzić je w łóżku, bo nic, absolutnie nic nie mogło mnie wtedy podnieść na duchu. Rozumiecie, taki prywatny Weltschmerz nastolatki… Po kilku dniach dopiero zeszło ze mnie ciśnienie i mogłam spojrzeć w oczy małemu przyczynkowi zła. Co prawda kiedy zobaczyłam ten zasmarkany kinol i rozczapiszoną z radości na mój widok szczękę, złość mi minęła, bo pomijając całą jej półtorametrową upierdliwość, kochałam ją jak siostrę (i niestety do dziś to chore uczucie we mnie siedzi). Jednak żal pozostał i długo jeszcze było mi przykro. I tak zamiast szaleć w mięciutkim górskim puchu, przesiedziałam dwa tygodnie z kaszlącą przylepą przy grze Mario i klockach Lego…

Wróćmy do moich Witamin. To niebywałe, jak historia zatacza kręgi. Dopiero ja wyłam w poduchę a już w myślach widziałam B1 zalaną łzami na wiadomość o zmianie planów. Zebrałam się wreszcie i wykrztusiłam to z siebie. I co? B1 popatrzyła na zasmarkanego brata, zmarszczyła brwi i powiedziała: „okej”…

Cholera… Zero złości, ani kropli łzy, sto procent zrozumienia i zwykłe OK… aż mi się głupio zrobiło. Ja lamentowałam i byłam wściekła o kilka dni w górach a ona? Hiszpania może poczekać, brat jest ważniejszy…

Udało nam się to dziecko. Wyprzedzę wasze myśli – nie sprzedam, nie oddam, jest moja. Taki osobisty, miniaturkowy sukces…

Odłóż ten pistolet!

Oglądacie „Belfra”? Świetny serial o życiu polonisty. „Trochę” inny od „Dnia świra”, choć obaj bohaterowie to moi koledzy po fachu. W ostatnim odcinku uczeń zabrał swoją urażoną dumę na wycieczkę po szkole i zrobił sporą rozpierduchę. Zastrzelił kilka osób, pozamykał drzwi, po czym sterroryzował uczniów i nauczycieli. Przed budynkiem stali jego rodzice. Bezradnie patrzyli, jak antyterroryści celują w głowę ich syna…

Pomyślmy, jak mogło do tego dojść. Chłopak z dobrego domu. Miał wszystko – nie tylko materialne dobra ale też uwagę i zainteresowanie najbliższych. Rodzice przekazywali mu najświętsze wartości. Aż ciśnie się na usta pytanie, w którym momencie pojawił się w nim instynkt zabójcy? Nie wiem. Może podczas odpustu parafialnego, albo na jego urodzinach, a może gdy odwiedził go Święty Mikołaj? Sama nie wiem, kto kupił mu pierwszy pistolet. Mama? Tata? Dziadek? Ciocia? Niemożliwe? Od kogoś przecież musiał go dostać.

Nie, nie chodzi mi o taki, na który trzeba mieć pozwolenie. Mam na myśli tę kupę plastiku zręcznie udającą narzędzie zbrodni. Powiecie, że to zabawka. Serio? Dziwne, że jeszcze w sklepach zabawkowych nie sprzedają tekturowych noży, marihuany z gumy, gier planszowych: „Wysadź samolot”, zestawów małego chemika „Mój pierwszy dopalacz” albo symulatorów rozjeżdżania ludzi ciężarówkami… Przecież to tylko zwykłe zabawki.

Pracowałam kiedyś w świetlicy szkolnej. W pierwszym dniu, kiedy zapoznawałam się z otoczeniem, zobaczyłam w szafie z zabawkami całe pudło pistoletów. Były duże, małe, kolorowe, do złudzenia przypominające prawdziwe i te całkiem odjechane kosmicznie. Natychmiast zabrałam wszystkie i wywaliłam to gówno na śmietnik. Nie można się dziwić dzieciom, że aż buzują agresją, skoro na każdym kroku pozwalamy im na pokazywanie negatywnych emocji.

Czego my je uczymy? Zabijania? Strzelania do siebie? Mało psycholi biega po świecie i ślepo strzela do ludzi? Jak mamy dbać o bezpieczeństwo, skoro na byle targu można kupić za parę złotych chiński badziew dla dzieciaka? Nawet nie wiesz, kiedy przekroczy on cienką granicę i ze świata zabaw przejdzie do reala, wparuje do centrum handlowego i rozbryzga krew przypadkowych przechodniów po szklanych witrynach sklepów.

Masz dziecko? Chcesz za parę lat z drżącym sercem czekać, aż zręczniejszy antytyerrorysta przerzedzi mu mózg kulą? Nie? To weź pudło tak jak ja i wypieprz wszystkie pistolety, karabiny, plastikowe granaty i gry, przez które niewinny brzdąc może stać się mordercą!

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia

„Uprowadzenie Agaty” było kiedyś moim ulubionym filmem. Jako nastolatka mogłam oglądać go bez przerwy. Ta nieposkromiona miłość, romantyczna historia z mezaliansem i śmiercią w tle, czego więcej chcieć… Szalony Cygan i piękna Agata, rozwścieczony ojciec, dwa różne światy i oczywiście piosenki Seweryna Krajewskiego to niezawodny zestaw wyciskający łzy i pozwalający wierzyć, że prawdziwe uczucie nie zna granic.

Która nastolatka nie kibicowała tej parze?

Ale wiecie co? Już nie lubię tego filmu… Bo tak naprawdę co to za historia? Gówniara ucieka z bezdomnym facetem, którego zna raptem kilka godzin, nie liczy się z rodzicami, wszystko stawia na jedną kartę, nie przeszkadza jej, że siedział w więzieniu, że jest spłukany, nie ma pracy, wykształcenia ani perspektyw na przyszłość? Po miesiącu życia w nędzy cały romantyzm by w dupę strzelił… Pewnie dlatego reżyser uśmiercił go tak szybko, bo inaczej żadna konkretna przyszłość by ich nie czekała.

Oczywiście punkt widzenia zależy od punktu siedzenia… Bo póki w takich Juliach i Romeach widzimy siebie, jest to w jakiś sposób nęcące.

Ale…

Mało zabawny jednak staje się obraz, gdzie w rolę buntowników, których przyszłość staje pod znakiem zapytania przez głupie decyzje wcielają się nasze dzieci.

Czy jako matka chciałabym takiego Cygana dla B1? No głupie pytanie, oczywiście, że nie! Za żadne skarby! No, nein, não, нет!!! Romantyczne poloty przestały być dla mnie atrakcyjne, odkąd do mojego życia dołączyła córka. I przyznam się, że rozumiem tego ojca Agaty, który był skłonny nawet wojsko postawić w gotowości, żeby uwolnić ją z rąk tego przybłędy.

Niestety, nie jestem już romantyczna! Jestem matką! Jedno z drugim nie pójdzie w parze, nie ma bata. I chociaż zapewne nasłucham się jeszcze, jak bardzo nie rozumiem własnego dziecka, jak to mnie nienawidzi i ma żal do mnie za niszczenie jej życia, wiem, że czasami muszę stanowczo strzelić w te różowe okulary, które razem z hormonami i pierwszymi pryszczami samoistnie wyrastają na nosie nastolatki…

 

Wielkie halo o Halloween

Niezmiennie od kilku lat narasta kulturowa wojna o to, jak powinno się obchodzić ostatni dzień października. Z racji, że to już niedługo, zaatakowały nas plakaty imprez halloweenowych dla dzieci i dorosłych. Przeciwnicy tegoż święta odpowiadają balami i korowodami świętych w najlepszym wypadku, w najgorszym straszą wiecznym potępieniem.

I tak naprawdę nie wiadomo, o co chodzi w całym tym zamieszaniu. Po pierwsze trzeba pamiętać, że halloween nie przyszedł do Polski z Ameryki, tylko wrócił po latach urzędowania w USA do Europy, bo właśnie stąd się wywodzi. Po drugie myślę, że sam fakt zabawy, podczas której ktoś będzie przebrany za trupa, ktoś inny za wiedźmę, a jeszcze ktoś za dynię (takiego zobaczyć bym chciała, chociaż może sobie pojeść) nie oznacza jeszcze wzywania postaci szatańskich, demonów i kultywowania ciemnych mocy.

Jakby nie było podstawą są intencje. Nie możemy przecież oskarżać małych dzieci latających z rogami na głowie i ogonem o satanistyczne zapędy. Przecież wśród kolędników, którzy dawno, dawno temu chodzili po domach z szopką w Boże Narodzenie też był przebieraniec diabła i śmierci. Czy w tym było coś złego? Zarzucicie mi, że intencjami jest piekło wybrukowane. Nie zgodzę się w tym przypadku. Są one szalenie ważne. Dlaczego? Dajmy na to modlitwa – czy zawsze będzie dobra? Nie! Wszystko zależy od INTENCJI. Bo możemy pomodlić się o zdrowie najbliższych, o pieniądze, miłość, dobrą pracę, ale możemy też prosić Boga, żeby ta cholera spod czwórki sobie nogę złamała za to, że podsłuchuje nas przez ścianę.

I co? Wciąż uważacie, że intencje nie mają znaczenia? Dlatego zabawa w przebieranki związane poniekąd z jednym z elementów naszego życia – śmiercią – nie jest niczym złym.

To nie kultywowanie zła, to nie zabijanie narodowej tradycji, to zwyczajnie kolejna okazja do radości. Dziś to święto stało się już tak naprawdę zlepkiem różnych tradycji. Symbole straciły na znaczeniu, obrzędy praktycznie nie istnieją. W zasadzie pozostała tylko nazwa, bo nawet przebrania nie ograniczają się tylko do duchów, zjaw i upiorów, ale uczestnicy zabaw noszą wszystko, co im w duszy gra – od postaci bajkowych, Spidermanów, Batmanów, Śnieżek, Schreków poczynając, na politykach i celebrytach kończąc. Na zadumę przychodzi czas dzień później, kiedy idziemy modlić się do świętych, odwiedzamy groby bliskich i prosimy Boga o wieczne życie dla nich.

W mojej rodzinie nie ma tradycji halloweenowej. Nie drążymy dyni, nie przebieramy się ani nie chodzimy po domach za cukierkami. Jakoś nie po drodze było nam wdrożyć te obchody i nie czujemy takiej potrzeby. Ale w żaden sposób nie przeszkadzają mi dzieciaki biegające od drzwi do drzwi, nie burczę na nich, nie pouczam. Mało tego – jako nauczyciel i opiekun SU na prośbę uczniów organizowałam zabawy halloweenowe, choć szanując polski język, nazwałam je dniem strachu.

Wydaje mi się, że w podejściu do każdej obcej tradycji kłania się kwestia wartości. Nie możemy przecież być zamknięci na inne kultury. Ale przy tym wszystkim musimy cenić i rozumieć znaczenie własnej historii i obyczajowości.

Słoik miodu, szczypta soli i dwa ziarnka gorczycy

Jesień... #niedziela #spacer #sosnowiec #b1 #b2 #mojemiłości #babylove #babyboy #babygirl

Pamiętacie swoją ostatnią chwilę błogostanu? Taką, w której nikt ani nic Was nie martwiło, stresowało,niczym nie zaprzątaliście sobie głowy? Kiedy mogliście skupić się tylko na tym, co tu i teraz?

Leżałam w szpitalu po porodzie, B1 jeszcze była ważona, mierzona i klasyfikowana w kategoriach niemowlęcych. W zasadzie nie pamiętam, co dokładnie czułam, ale było mi dobrze. Mimo tego, że minęło prawie dwanaście lat, ciągle mam w głowie to obce mi już teraz poczucie spokoju. Wiedziałam, że stres porodu już za mną, wszelkie obawy z nim związane odeszły w dal, bólu nie było a dzieciak urodził się zdrowy. Wywaliłam się więc szczęśliwa na łóżku i licząc na to, że już tylko to, co dobre przede mną, czekałam na bobasa.

I to była właśnie ostatnia spokojna chwila. Tak, wtedy skończył się beztroski rozdział mojego życia.

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam B1, taką malutką, pokiereszowaną po porodzie, uświadomiłam sobie, że już nigdy nie będę mogła spokojnie zasnąć. Bo od tej pory stałam się za kogoś odpowiedzialna…

Do dziś pamiętam to uczucie – dziwny, nieznany nigdy wcześniej strach i niemożebne przerażenie. W jednym momencie euforia związana z narodzinami dziecka zamieniła się w potężny stos obaw i poczucia bezradności. W mojej głowie zaczęły się przewijać obrazy potencjalnych zagrożeń, jakie czyhają na dziecko. I zrozumiałam, że to życie, które przed momentem się rozpoczęło, jest w pełni uzależnione ode mnie i jego los właśnie ja ściskam mocno w rękach.

Od tamtego dnia wiele się nie zmieniło. Codziennie z niepokojem obserwuję życie jednego i drugiego dzieciaka. A zmartwień jedynie przybywa. Wiem, na tym polega macierzyństwo. Być może histeryzuję, może jestem zbytnio przewrażliwiona, ale całą słodycz życia z dziećmi przyćmiewają obawy, które pewnie w każdej matce mnożą się z minuty na minutę. I nie jest to łatwe doświadczenie. Ale chyba taka właśnie jest rola matki. Kto, jeśli nie ona poradzi sobie lepiej z tym wszystkim? Nie tak prosto przełknąć słodycz doprawioną goryczą i słonymi łzami…

Nie jestem Anią Lewandowską

Love love love love  #babyboy #babylove #love #instamama #macierzyński #oszalałamnajegopunkcie #jesień #niedziela #ipoweekendzie

Bycie sławnym ma swoje plusy i minusy. Ktoś, kto osiągnął w życiu sukces, ma zapewne tylu zwolenników co i wrogów. Do takich osób należy zapewne rodzina Lewandowskich. Sukces, sława, pieniądze, uroda – praktycznie można im zazdrościć wszystkiego. Czasami przeglądam ich profile i czytam komentarze obserwujących ludzi. Mają w sobie tyle zawiści, że wyrzygują na nich swoje niespełnione aspiracje. Zarzucają im praktycznie wszystko, co złe. Każdy krok spotyka się z krytyką. Ania nosi córkę w nosidełku? Źle. Nie ma brzucha po ciąży? Tragedia! Udziela wywiadów, gdy dziecko jest obok? Niewybaczalne! Robert obronił licencjat? Po co? Poszedł na spacer z Klarą? No jak mógł się tak lansować? I tak można mnożyć te absurdy. Takie już mamy społeczeństwo. Jeszcze się taki nie urodził, co by Polakowi dogodził…

Każdy medal ma jednak dwie strony. Niewielu zauważa, że za kulisami tego idealnego świata Lewandowskich kryje się ciężka, znojna i wymagająca niemożebnych poświęceń praca.
Ania jest propagatorką zdrowego stylu życia. Uwielbia sport i próbuje zaszczepić w kobietach swoją pasję. To świetnie, że może łączyć przyjemne z pożytecznym. Na pozór wydaje się to wszystko takie sielskie. Ale…
Kiedy ja rano otwieram oczy, ona jest już po porannym treningu. Lubimy z B2 poleżeć i się poprzytulać z rana, to wyjątkowe i bezcenne chwile. Ona w tym czasie prowadzi zajęcia, udziela wywiadów, ćwiczy, przyrządza jedzenie, itd. Jej córka wtedy jest gdzieś z boku, musi pocieszyć się krótkimi chwilami z matką. A z pewnością dla Ani łatwe to nie jest. Przy B1 musiałam wiele czasu poświęcić pracy i pamiętam, jak to bolało. Chociaż pracowałam z radością, nieraz było mi przykro, że muszę zostawić maleństwo, zamiast wspólnie spędzić dzień. Matki spacerowały z dziećmi po parku, cieszyły się z pięknej pogody, szalały z pociechami, były świadkami przełomowych momentów w ich rozwoju, a ja nie widziałam pierwszego kroku B1, nie słyszałam pierwszych wypowiadanych słów. Wiecznie byłam w pracy…

Ludzie zazdroszczą Lewandowskim kariery. Sukces sam do nich nie przyszedł. Doszli do niego wieloma wyrzeczeniami i ciężką pracą. Robert ma talent ale to za mało. Trzeba umieć go rozwinąć. Zapewne to, że dziś jest tak znakomitym piłkarzem kosztowało go wiele poświęceń. Treningi, mecze, odpowiednia dieta, brak czasu na rozrywkę. Widzę, jak wiele dają z siebie mali piłkarze z drużyny B. Muszą godzić sport z nauką, skrupulatnie planować każdy dzień, żeby nie zaniedbać żadnych obowiązków.  Kiedy inni chłopcy bawili się w najlepsze, Robert zapewne ciężko trenował.

Ania jest piękną kobietą ale i to sami nie przychodzi. Kiedy w ciąży z psiapsiółą opychałyśmy się serniczkami, ona tworzyła menu przyszłej mamy, które z pewnością nie było rozkoszą dla podniebienia. My leżałyśmy z popcornem przy serialu, ona ćwiczyła i trzymała się restrykcyjnej diety. Musiała mieć w sobie mnóstwo siły i samozaparcia, żeby nie ulec pokusom, co w ciąży wydaje się być niemożliwe, a jednak!

Uważam, że Lewandowscy nie zasługują na falę krytyki. To ludzie, którzy naprawdę sami, dzięki własnej sile doszli do sukcesu i mają prawo się z niego cieszyć. Wszystkie te komentarze i uwagi dotyczące ich życia są efektem chorej zawiści. Ludziom wydaje się, że tak łatwo do czegoś dojść. Najłatwiej komentuje się czyjeś życie. W ten sposób można chociaż na chwilę ukryć to własne, beznadziejne i puste.

Co prawda miarą czyjegoś sukcesu jest liczba jego wrogów. Szkoda jednak, że nie potrafimy uznać czyjejś pracy, docenić jej i wyrazić słów uznania. Wiem, trudno im przebić się przez gardło pełne jadu….

Paradoksalnie, wielu ludzi ich krytykuje a jednocześnie chce choć odrobinę się do nich upodobnić. Nie rozumiem, dlaczego, skoro tak bardzo nie podoba im się to, co robią i jak się zachowują…

Nie jestem Anią Lewandowską. I w zasadzie nigdy nie chciałabym nią być, chociaż bardzo doceniam jej pracę. Dlaczego? Bo jestem Zmorą. Stuprocentową Zmorą. Mam swoje życie, własne cele, ideały i marzenia. Cieszę się mojego planu na siebie, nie chcę się do nikogo upodabniać, podoba mi się to, jak żyję, co mam i ile osiągnęłam. Lubię swój styl, nie kopiuję nikogo tylko po to, żeby poczuć się lepiej. Po co udawać kogoś, kim nie jestem, skoro mogę świetnie czuć się w swoim świecie?

Twoje dziecko – nie twój człowiek

#kochammorze #Bałtyk #zachodslonca

Moment, w którym na świat przychodzi nowe życie, jest niesamowitym doświadczeniem. Być może to, co napiszę, wyda się banalne i oczywiste, ale kiedy rodzi się tygrys, jest on dla wszystkich tygrysem. Słowik w oczach reszty ptaków po wykluciu się z jaja jest słowikiem. Kot kotem, jaszczurka jaszczurką, wieloryb wielorybem, nawet komar – ku naszej udręce – jest małym, upierdliwym, bzyczącym komarem…

Niestety, nie stało się to regułą w przyrodzie, bo jest taki jeden gatunek, który na siłę próbuje wszystko sobie podporządkować. I gdy rodzi się człowiek, oczy rodziny natychmiast widzą w nim lekarza, prawnika, piłkarza, następcę rodzinnego biznesu, piosenkarkę, modelkę, siatkarkę, itd… (Każdy mógłby tu dopisać swoje typy). Jeszcze dzieciak dobrze świata nie zobaczył, bo oczy mazią płodową miał pozalepiane, a już miał biedak całą przyszłość dokładnie zaplanowaną – najpierw szkoła, korepetycje, trzy języki, potem najlepsza uczelnia w kraju i praca – a to w kancelarii wujka, albo w klinice pod Warszawą, albo też w firmie ojca, matki, ciotki, babci…

Kiedy byłam mała, moja mama chciała, żebym została w przyszłości lekarzem. Pamiętam, że kupiła mi nawet zestaw medyczny do zabawy… A ja? Biegałam po podwórku z wielkim zeszytem pod pachą i rozsadzałam kolegów w ławkach ze starych drzew, potem z zadartym nosem chodziłam między nimi udając profesorkę. Do dziś krążę między ławkami, tylko nos zadarty się nie uchował.

Chcąc nie chcąc z medycznych planów nic nie wyszło. Nie latam w białym fartuchu, nie pracuję w prywatniej klinice, nie zarabiam fortuny i nie mam przed nazwiskiem kupy tytułów. Ale za to czuję się świetnie w swoim zawodzie i – uwierzcie mi – ani razu, odkąd pracuję, nie dąsałam się, że muszę iść do szkoły…

Rodzice i dziadkowie przekrzykują się w snuciu planów dla swoich potomków. „Ona będzie lekarzem, bo taka mądrość bije z jej oczu”, „on zostanie prawnikiem, przecież ma same szóstki”, „on będzie wykładał na uczelni i zrobi doktorat”, „ona stanie się sławną tancerką”… Świetnie, że tak kreatywnie potrafią oni podejść do pisania życiorysów, tylko dlaczego cudzych?

Każdy rodzic ma wizję przyszłości swoich dzieci. Oczywiście, ja też mam. Chcecie ją poznać? Moje dzieci będą… szczęśliwe. Pójdą za swoimi marzeniami. Zrobią to, w czym poczują się najlepiej. Może będą chciały się uczyć, może rozwinąć skrzydła w jakimś sporcie, a może pójść do pracy jak najszybciej i tam próbować drogi awansu, albo zwyczajnie żyć bez presji tytułu i pieniądza. Może zamiast szukać pustego podziwu u innych, osiądą gdzieś w spokojnej okolicy i będą skromnie cieszyć się każdym dniem, a może rozkręcą korpożycie w korpospołeczeństwie bez wytchnienia i praw człowieka.

Bez względu na to, co wybiorą, będzie to ICH decyzja. Bo ja na swoje wybory miałam już czas. Mogłam popełniać błędy i uczyć się na nich, mogłam odnosić sukcesy i budować poczucie własnej wartości, ale miałam też okazję wyciągnąć wnioski z porażek. Teraz dzięki temu mam możliwość przeżywania swojego życia i spełniać swoje marzenia. Nadal robię to, co lubię, w czym czuję się najlepiej. I dzięki temu jestem szczęśliwa.

Nawet nie wiecie, jak wpieprza mnie układanie przyszłości dziecku. Myślicie, że taki człowiek długo jest w stanie spełniać oczekiwania rodziców? Kiedy zauważy, że jego życie jest puste i bezsensowne!

Tylu rodziców okrada własne dzieci z marzeń… Po co? Dla własnych, chorych aspiracji? Dla pokazania się w kregu znajomych? Dla bycia lepszymi od sąsiadki, koleżanki z pracy, siostry, szefowej, kuzynki? No kuźwa po co? Bo ja za cholerę tego nie rozumiem.  Przecież każdy ma prawo przeżyć swoje życie tak jak chce…

Jedz, bo nie urośniesz!

Pożrę cię!!! Aaaaaaaaaa!!!! #b2 #b2ija #babylove #babyboy #żarłaczmały

Nie jestem ani pediatrą ani dietetykiem. Jestem zwykłą matką. I właśnie z tej perspektywy chciałabym Wam opowiedzieć moją przygodę z żywieniem dzieci.

B1 urodziła się w 36 tygodniu. Podchodziła pod wcześniaka tylko z teorii, bo parametry miała znakomite. Z moich planów trzymiesięcznego karmienia piersią nic nie wyszło. (Tylko przy pierwszym dziecku myślałam, że w macierzyństwie można coś zaplanować). Do siódmego miesiąca karmiłam ją wyłącznie moim mlekiem, następnie jeszcze jedenaście miesięcy na zmianę ze zwykłym jedzeniem. Stosunkowo późno zaczęłam wprowadzać jej inne pokarmy. Dziś widzę, że robiłam to bardzo chaotycznie.  Nie było wtedy tak rozpowszechnionego internetu, przeczytałam kilka książek, czasopism dla matek i połączyłam dobre rady w wygodną dla mnie całość. Bez ładu i składu uczyłam ją nowych smaków a to jagódek, a to marcheweczki, a to rosołku, sukcesywnie rezygnując z tego, czym pluła. Już na początku popełniłam kardynalny błąd podając jej na pierwszy rzut słodkie owoce. Przez to wiele warzyw natychmiast poszło w odstawkę. Drugim grzechem było niepowielanie prób. Gdy raz jej coś nie zasmakowało, więcej jej tego nie podawałam. kilka miesięcy próbowania i eliminowania skończyło się tym, że ostatecznie w menu B1 zostały parówki, bułka pszenna z masłem i Kinder kanapka…

Na szczęście badania, które wykonywaliśmy regularnie ani razu nie wykazały jakichkolwiek niedoborów. Wagę też udawało się utrzymać w normie, co prawda w dolnej granicy, ale jednak, za to wzrost nigdy nie schodził poniżej górnej kreski na siatce centylowej. Owszem, nigdy nie była ona pulchnym bobaskiem, raczej szczuplutką dziewczynką bez zwijek i pucołowatych policzków. W żaden sposób nie odbiło się to na jej rozwoju fizycznym ani intelektualnym. Niestety, za to duży wpływ wywarło na odporność, albo raczej na kompletny jej brak. Stąd kilkanaście razy w roku zmagaliśmy się z zapaleniem oskrzeli, leczyliśmy się nawet w kierunku astmy.

Latami walczyłam z nią o to, żeby chociaż spróbowała pomidora, sałaty czy owoców. Nadaremnie. Był ryk, zaciśnięte usta, dławienie się. Ani prośba ani groźba nie przynosiła efektów. Nie wiem, ile w tym było prawdziwej odrazy do jedzenia, a ile gry, bo aktorką w takich kwestiach jest ona wybitną…

O normalnym jedzeniu do dziś nie ma mowy. Co prawda nieco poszerzyła wachlarz smaków. Zaczęła jeść warzywa, owoce i inne pokarmy, nadal nie tknie się jednak wielu potraw. Przy większości kręci nosem. Ale je! Uodporniłam się już na jej fochy, zaciskam zęby przy obiedzie, nie patrzę na przerzucanie jedzenia na talerzu i marszczenie nosa, kurwuję w myślach, ale uśmiecham się i czekam cierpliwie, aż zje. Czasami trwa to pół godziny, czasami dłużej. Ale ostatecznie zjada. Najgorsze, że nie chce pić nic poza herbatą. Nie przyłoży do ust szklanki z wodą albo sokami. Po wypiciu wody ma odruchy wymiotne. Nawet nie wyobrażacie sobie, jak dziwnie patrzą na nas barmani pull barów, kiedy na wczasach przy temperaturze powyżej 30 stopni słyszą „Hot tea please…”

I tak za swój sukces uważam fakt, że od kilku tygodni do herbaty pozwala sobie wcisnąć cytrynę.

Ile ja się nasłuchałam, że głodzę dziecko, że chudzina, że nie urośnie, że szara cera… Tak jakbym specjalnie przed nią lodówkę zamykała… Nie było mi łatwo, miałam wyrzuty sumienia. Wiedziałam, że nikt poza mną nie ponosi winy za te błędy żywieniowe. Jednak czasu nie cofnę. Ostatecznie stwierdziłam, że głową muru nie przebiję i pozostaje mi przeczekać ten okres żywieniowego buntu.

Na szczęście widać organizm sam wie, ile mu potrzeba, bo wyrosła nam mądra, ładna, zgrabna i wysoka panna. Jest ona znakomitym przykładem na to, że hasło naszych babć „jedz, bo nie urośniesz” można zapisać w dziale bajek i legend…

Co do B2, w skrócie rzec by można, że lepiej go ubierać niż żywić…

Wchłonie wszystko, co tylko mu się przystawi pod nos. Kaszki, zupki, owoce, warzywa, chrupki, biszkopty, nie ma na niego mocnych. Kiedy jemy obiad, wychyla się z krzesełka i łapczywym wzrokiem żebraka zagląda do naszych talerzy. Ma ochotę na wszystko i o każdej porze. Nawet, gdy coś mu nie smakuje, wykrzywi buzię, zmruży oczy, otrzepie się, ale rozwiera paszczolka i sięga po jeszcze, jakby robił zapasy przed miesiącami epoki lodowcowej…

Nauczona błędami z pierwszego macierzyństwa, tym razem nie czekałam do siódmego miesiąca, tylko w połowie piątego zaczęłam wprowadzać pokarmy. I na pierwszy rzut za radą naszej kuzynki – przyszłej pani doktor, poszła dynia, brokuły i jabłko, długo potem dopiero przedstawiłam łasuchowi słodką marchew czy banana. W ten sposób zaakceptował on wszystkie smaki. Do tego nie stosuję się do haseł o niedopajaniu przy karmieniu piersią, a podaję mu wodę mineralną i sporadycznie herbatkę.

Jego obżarstwo jakoś wyjątkowo nie bije po oczach, jest wysokim chłopczykiem (jak na swój wiek oczywiście – ma mniej więcej osiemdziesiąt centymetrów), ale przy tym dość szczupłej postury. Nie policzę mu żeber, jak to mogę do dziś u B1 zrobić, ale też nie ma fałdek tłuszczu.

Mamy w domu dwie skrajności. Pod jednym dachem mieszka duży cedzak i mały odkurzacz – ta sama krew, te same geny, nawet kolor oczu ten sam, a jednak zupełnie różne nawyki żywieniowe. Jeden je tyle, żeby przeżyć, drugi żyje, żeby jeść… Nie wiem, co gorsze.

Widać jednak, że w żywieniu dzieci książki i teorie naukowe niekoniecznie się sprawdzają. Trzeba trochę posłuchać własnej intuicji i wyczuć potrzeby dziecka. A co najważniejsze – nie poddawać się. Wiem, że to nierówna walka, ale taki los rodzica. 

Cmentarz niezrealizowanych marzeń

Jeszcze dziś nowy wpis na blogu. O marzeniach. O niewykorzystanych okazjach. O tym, jak nie zabić w dziecku pragnień... #marzenia #blog #blogerka #humoryzmory

Dostałam kiedyś propozycję wyjazdu na rok do Neapolu. Mogłam tam uzyskać absolutorium i potem wrócić do kraju lub zostać na włoskiej uczelni. Nie zgodziłam się. Znalazłam natychmiast tysiące wymówek. Nawet nie zastanawiałam się, tylko odrazu odmówiłam, choć o takiej okazji zapewne marzyła każda młoda humanistka.
A tak naprawdę bałam się. Czego? Nowego, obcego miejsca. Nie znałam dobrze języka, myślałam, że nie odnajdę się sama w nowej rzeczywistości. Czułam się bezpiecznie na sprawdzonym gruncie i nie chciałam dysharmonizować swojego świata.

Z czego to wynikało? Z niewiary w siebie. Nie ufałam swoim możliwościom, nie miałam siły, żeby zmusić się do działania, bałam się porażki.
Wiem, że to nie w moim stylu. Dziś pewnie postąpiłabym inaczej. Nauczyłam się, że nie wolno rezygnować z szans, które los rzuca pod nogi. Ale potrzebowałam czasu, żeby do tego dojrzeć. Nie znam teraz przeszkody, której nie umiałabym pokonać, bo mam w sobie dużo siły. Wierzę w swoje umiejętności, potrafię je należycie wykorzystać i jestem świadoma własnej wartości. Dlatego mam odwagę stawić czoła każdej sytuacji. Szkoda, że dopiero po latach udało mi się wypracować w sobie te cechy.
Każdy z nas ma pewnie stos zmarnowanych okazji, źle podjętych decyzji i tęsknot za tym, co nie wyszło. Ciagną się one za nami jak niechciane odsetki kredytu i czasami biją po głowie wypominając nam tchórzostwo. Niestety, czasu się nie cofnie. Można jedynie naukę na wlasnych błędach wykorzystać w wychowaniu dzieci. Róbmy więc wszystko, by nie zabijać w nich marzeń i budować życiową odwagę.

Kiedy B1 była w pierwszej klasie, zapisała się na konkurs recytarorski. Zdziwiłam się bardzo, bo wiem, że nie ma ona za grosz talentu oratorskiego. Nawet w myślach rozśmieszyło mnie to, że porywa się z motyką na słońce. Wiele lat jeździłam z dzieciakami na takie konkursy i wiem, jak dużo zależy od wrodzonych zdolności. B1 ma mnóstwo talentów, ale wiersze potrafi najwyżej wykrztusić jak modlitwę albo rozkład jazdy autobusów.

Wiele dni ćwiczyła, wyuczyła się wtedy długiego i trudnego utworu, ale recytowała go co najwyżej poprawnie. Nie wygrała. Wróciła jednak dumna z siebie. Cieszyło ją to, że spróbowała swoich sił. Byłam zaskoczona jej reakcją na porażkę. Nie dosć, że nie bała się spróbować, to jeszcze przy tym świetnie się bawiła! Ile człowiek może nauczyć się od siedmiolatki…
Piąty rok obserwuję ją w szkole i widzę, że nie ma takiego zadania, którego by się nie podjęła. Jeśli się uda, to super, chodzi dumna i zadowolona z siebie; gdy coś nie wyjdzie, trudno. Ważne, że próbowała. Każdą porażkę potrafi zamienić w naukę i budulec charakteru.
Ma ona w sobie tę odwagę, której brakło mi, gdy miałam lecieć do Neapolu…
Co by było, gdybym wtedy przed konkursem recytarorskim powiedziala jej, że się nie nadaje? Pewnie obie siedziałybyśmy w domu bez większego celu. Ja żyjąca nieziszczonymi marzeniami a ona z tych marzeń ograbiona…

Nie zabijajmy w dzieciach pragnień. Niech się sparzą, niech doświadczą sukcesów i porażek.  Bo inaczej ich życie stanie sie puste. Muszą codziennie powtarzać i mocno w to wierzyć, że istnieją takie rzeczy, o które warto walczyć do samego końca. To właśnie marzenia…

Matka Polka udręczona

Zatrzymujemy chwile... #spacer #b2ija #razem #relaks #macierzyński

Zauważyłam, że za każdym razem, gdy w mediach społecznościowych opublikuję zdjęcie pokazujące mój relaks, czytanie książki czy – nie daj Boże – picie kawy, spotykam się z dziwną reakcją kobiet. Jedne piszą, że mnie podziwiają, bo ONE nie mają wolnego czasu (taki standardowy schemat – TY jesteś be a JA cacy!), inne zazdroszczą, jeszcze inne żalą się, że w ogromie pracy mogą zapomnieć o odpoczynku. W każdej reakcji jednak idzie wyczuć kroplę krytyki (jaśniej mówiąc – delikatne plucie jadem) i zestawienie mnie, bezczelnie łamiącą stereotyp padniętej na twarz matki z resztą świata kobiecego – urobionego do nieprzyzwoitości, oddanego dziecku lub pracy, bez szans na chwilę wytchnienia.

Przyjęło się, że kobieta musi być ucioraną cierpiętnicą. Bez względu na to, czy jest aktywna zawodowo, czy wychowuje dzieci. W jej słowniku nie istnieje termin relaks (którego perfidnie nadużywam na macierzyńskim), musi od rana do wieczora poświęcać się swojemu oprawcy (czyt. dziecku, szefowi, mężowi, psu, garom, pralce, podłodze, papierologii, itd…* niewłaściwe skreślić…), być wiecznie niewyspana, robić wołającą o współczucie minę i wciąż powtarzać, że na nic nie ma czasu i nie zdąża z obowiązkami. Mówienie głośno o tym, że ma się chwile dla siebie jest palone na stosie, bo matce, kobiecie pracującej, czy gospodyni domowej nie wypada odpoczywać. Zewsząd słychać tylko westchnienia, jakby to one chciały TAK JAK JA posiedzieć przy książce, obejrzeć serial albo wybić kawę…
Z każdej strony wzorowe kobiety biją mnie po uszach, że praca męczy, dziecko dobija, dom wykańcza. Sorry drogie panie. Ale czy ktoś wam każe pracować, wychowywać dzieci, sprzątać, gotować, itd.? Kto powiedział, że każda z nas musi skończyć przyduszona ciasnym kostiumem na dziesiątym piętrze biurowca albo wdeptana między kaszki, chrupki i kupy? Zawsze przecież można wybrać opcję mniej ambitną -tumiwisizmu społecznego, samotnej wyprawy dookoła świata, staropanieństwa (wiem, nie każdej to słowo przez gardło przejdzie). Pamiętajcie, WASZE życie to WASZ wybór! Dlaczego szukacie współczucia za decyzje, które przecież podjęłyście same? A przecież odpoczynek to nie wstyd!
Jeśli czegoś nie lubię, nie robię tego. Syf w domu może poczekać, kiedy akurat mam ochotę poczytać książkę, jechać na zakupy albo wyjść z moją gawiedzią na plac zabaw. Praca nigdy mnie nie męczyła – raczej dopingowała. Uwielbiałam te dni, kiedy po całym dniu wracałam zmęczona do domu. Znaczyło to, że był aktywny czas zawodowy i coś się działo. Dzięki takim chwilom nigdy nie straciłam zapału do swojego fachu. A dzieciaki? Potrafią doprowadzić mnie do szału, ale fajnie je mieć. Nawet to zmęczenie po nieprzespanych nocach ma swój urok.

Owszem, miewam gorsze dni – jak każdy. Wtedy warczę na wszystko. Bywam smutna, wściekła, podirytowana. Jak każdy – mam chwile słabości. One jednak mijają. Podchodzę więc do życia z dystansem. Nie wstydzę się tego, że mam czas dla siebie. Mam do niego prawo. Jak każdy. Nie udaję uciemiężonej, nie szukam współczucia. Bo i po co? Ono przecież nie buduje. Tylko na chwilę maskuje nasze prawdziwe emocje.  Matka nie jest synonimem cierpiętnicy. Matka to kobieta ciesząca się życiem i przekazująca tę umiejętność swoim dzieciom. Jaki byłby świat, gdybyśmy wychowywały takich mruków?
Czy naprawdę musimy narzekać, żeby czuć się lepiej? Piszecie, że zazdrościcie mi czasu przy książce. Usiądźcie i poczytajcie. Nie jesteście przecież operatorkami rakiety Kim Dzong Una, bez was czas pędzi tak samo. Najwyżej obiad się przypali, muchy utkną w lepiącej się podłodze, dzieciaki się chwilę ponudzą, albo może wreszcie nauczą się kreatywności?