Hej(t) mama!

 

#poranek #b2 #czytamygazetę #macierzyński #deszczowydzień #piątek #weekend

Odkąd zobaczyłaś dwie krechy na teście, zaczynasz nowe życie. Nie mam tu jednak na myśli cudownych wizji matki z okrągłym brzuszkiem składającej ręce w kształt serca czy pulchnych bobasów przytulających się do cycka. Od tej chwili jesteś na świeczniku. Twoje życie zostało rzucone na żer innych ludzi – matek, niematek, panien, mężatek, babć, ciotek i całej reszty świata, która z pewnością wie lepiej, co dla ciebie dobre, dzięki czemu będziesz zdrowsza a twoje dziecko szczęśliwsze.

Najpierw musisz przetrwać ciążę – kilogramy dobrych rad, tony zabobonów i setki tysięcy instrukcji. Uodpornij się więc na:

- Bo jak ja byłam w ciąży…

- Musisz jeść to i to…

- Powinnaś…

- Ja na twoim miejscu…

- Nie możesz …

Bez względu na to, co robisz i tak usłyszysz, że to jest złe, bo w ciąży jesz za mało/ za dużo, (nie) ćwiczysz, zbyt wiele/mało przytyłaś, (nie) pijesz kaw(y/ę), śpisz na prawym/lewym boku,  (nie) kompletujesz wyprawk(i/ę) dla dziecka, chodzisz na wysokim/niskim obcasie, (nie) opalasz się, za dużo/za mało odpoczywasz.*

*Niepotrzebne skreślić.

Choćbyś jak się starała, zawsze napatoczy się ktoś, kto znajdzie w tobie coś złego. Ale nie przejmuj się. Jeszcze za tym zatęsknisz. Bo prawdziwy hardcor zacznie się, kiedy urodzisz. Najpierw cię zlinczują, bo rodziłaś ze znieczuleniem zewnątrzoponowym, zamiast dać się zarżnąć na żywca. Jesteś egoistką, nie liczysz się z dobrem dziecka, jakoś dawniej nie było takich udziwnień i kobiety dawały radę. Do tego jeszcze zaraz po porodzie szły pracować w pole a ty udajesz zmęczoną!

Nie miałaś znieczulenia? I co z tego? Dostanie ci się, bo udajesz strongbabę. A co z cesarką? No to dopiero wygoda! Leżałaś sobie a lekarze za ciebie odbębnili robotę!

Potem kwestia karmienia. Na piersi źle, bo chude mleko, bo dziecko niedożywione. Jesz wszystko – przez ciebie dziecko ma kolki. Uważasz z dietą, głodzisz je. Przy sztucznym karmieniu trujesz je chemią. Kąpiesz codziennie – obnizasz odporność, nie kąpiesz, uczysz życia w brudzie.

Idziesz na spacer – mrozisz, trujesz smogiem. Siedzisz w domu – kisisz dzieciaka. Nosisz – dajesz sobą manipulować, nie nosisz – jesteś leniwa. Kiedy bawisz się z dzieckiem, słyszysz, że powinnaś zająć się domem, gdy sprzątasz, zaniedbujesz dziecko. Za wcześnie oddajesz je w ręce opiekunki i wracasz do pracy. Kurodomowiejesz, zamiast zacząć życie zawodowe, niańczysz dzieciaka. Masz za cicho/ za głośno, gdy maluch śpi. Nie potrafisz go nawet ubrać odpowiednio do pogody…

U jednej z blogerek zawrzała gównowojna, bo w kwietniu wyszła z domu z dzieckiem bez czapki. Zatroskane losem maltretowanego wiosennym wiatrem blogpotomka e-matki prawie już pal naostrzyły, żeby wyrodną nabić na niego… Bo one wiedzą, że robi żle.

Kiedy Lewandowska pokazała swój wyrzeźbiony brzuch miesiąc po porodze, w komentarzach już jej opiekę społeczną nasyłali, no bo jak to po ciąży tyle ćwiczyć można? Trzeba zająć się dzieckiem a nie sobą! Za to na żonie Janiaka psy wieszali miesiącami, bo dodatkowe kilogramy długo jej nie opuszczały. Wrzeszczeli w komentarzach, że zamiast pomyśleć o sobie, bawi tylko dzieci. To dopiero była pożywka dla hejterów!

Matka to najlepszy worek treningowy. Bo zawsze znajdzie się coś, do czego można się będzie przypieprzyć. A specjalistów od wychowania dookoła jest mnóstwo. I zazwyczaj najwięcej do powiedzenia mają ci, którzy dzieci widują tylko w reklamach pieluch albo tacy, co już dawno wyprawili je w świat.

Matka ma prawo popełniać błędy, uczyć się na nich. Dziecko nie potrzebuje idealnego wychowania. Czasami może potknąć się o niepoukładane buty w holu, nie mieć w czym wypić herbaty, bo wszystkie kubki są brudne, może iść spać nieumyte i zamiast kanapki z szynką bez konserwantów wsunąć tabliczkę czekolady. Najważniejsze, żeby zawsze czuło, że jest kochane.

Niech cię tłumy linczują, niech gadają za plecami i prosto w twarz. Słuchaj, że jesteś złą matką, że kompletnie nie nadajesz się do wychowywania dzieci. Niech się nawet nad tobą rozciąga chmura negatywnych komentarzy. To co mówią o tobie inni, jest nieistotne. Dla świata możesz być złą matką. Jakoś to przełkniesz. I tak najważniejszymi recenzentami są twoje dzieci i to, ile gwiazdek dostaniesz od nich za dwadzieścia lat powinno liczyć się najbardziej.

Poczekajmy…

 

Dzień ojca... #powrótdoprzeszłości #dzieńojca #tata #dziecko

Dzień ojca… #powrótdoprzeszłości #dzieńojca #tata #dziecko

Kiedy byłam dzieckiem, myślałam, że mój tata jest najwyższy na świecie.  Wydawało mi się, że wie wszystko. Imponował mi swoim oczytaniem i rozległą wiedzą. Kapitalnie odgrywał scenki z wierszy Brzechwy, rysował obrazki na szkle i wymyślał dziwne przezwiska dla każdego. Miał szary notes, do którego nie pozwalał mi zaglądać ( i to właśnie niemożebnie mnie kusiło), starą kolorowankę, z której odrysowywał kształty i skórzaną torbę. Kiedy wracał z pracy zerkałam do niej, bo zawsze coś mi w niej przynosił. A to kasety mojego ulubionego zespołu, a to gumy do żucia z naklejkami do albumu, a to nowy komiks o Asterixie.

Kiedyś zamiast zaprowadzić mnie do szkoły, zabrał mnie do wesołego miasteczka. Spędziliśmy tam cały dzień.

Innym razem ponechał.ze mną do sklepu z zabawkami i pozwolił wybrać, co tylko chciałam. A ża od dziecka byłam zachłanna, zażyczyłam sobie gigantycznego miśka pluszowego…

Zimą przychodził pod szkołę z sankami, gdy zaczynała się wiosna, przynosił do domu wielkie bukiety bzu, latem kupował dla mnie i dla moich koleżanek wielkie porcje lodów. Chodziliśmy na wycieczki do kamieniołomów i szukaliśmy tam ciekawych śladów przeszłości. Jeździliśmy do galerii minerałów do Krakowa i na wystawy tematyczne do Spodka w Katowicach.

Nie był nigdy wymagającym rodzicem, miał w sobie więcej pierwiastków dziecka i wariata niż statecznego żywiciela rodziny.

Podobno kobieta szuka męża podobnego do ojca. Ja – jak zwykle – przełamałam ten stereotyp…

B jest zupełnie innym człowiekiem. Moje dzieci na takie spontany z pewnością liczyć nie mogą. Mają wszystko starannie zaplanowane i z aptekarską dokładnością ustalone kaźde przedsięwzięcie. B2 jeszcze jest za mały ale B1 czuje respekt do taty, widzę jednak, że mocno mu ufa i zależy jej na czasie z nim spędzonym. Wytworzyli oni swój świat – wspólnych gier, ulubionych zabaw i zainteresowań. Wspaniale patrzy się na nich z boku. I choć nie ma w tej relacji szaleństwa, jest mnóstwo radości i przede wszystkim poczucia bezpieczeństwa, bo kiedy w domu coś się zepsuje, czegoś nie umiem albo nie wiem, co zrobić, jak zachować się albo jak pomóc własnemu dziecku, słyszę zazwyczaj słowa, które uświadamiają mi, że moje dzieciaki mają mocne oparcie: „poczekajmy na tatę’…

367

Pozostańmy w klimacie liczb. Jako że mam jakąś dziwną skłonność do celebrowania rocznic, w niedzielę minął rok, odkąd nie pracuję. Dokonajmy więc małej ewaluacji.
1. Obejrzałam wszystkie odcinki kilku seriali. Mogę się doktoryzować w „Zdesperowanych kurach domowych” i „Domu”. Andrzej Talar i Gabi Solis towarzyszyli mi przez kilka miesięcy robienia obiadów, przewijania pieluch i zszywania potarganych ubrań.
2. Nadrobiłam czytelnicze zaległości. Co prawda traktaty filozoficzne zamieniłam na lekkie opowiastki o chujowych gospodyniach, dietach, ciążach i relacjach damsko – męskich. Ale czasami trzeba wyłączyć myślenie…
3. Zrobiłam kurs instruktora pierwszej pomocy i egzaminatora maturalnego. Postanowiłam też zapisać się na kurs dietetyki.
4. Zrobiłam porządek w mojej garderobie i pogodziłam się z rozstaniem z ubraniami, które zalegają w kątach półek.
5. Namówiłam B na remont jednego pokoju, który był perfidnie niefunkcjonalny. Teraz wreszcie stał się przydatny.
6. Rozkręciłam bloga i zebrałam całkiem sporą grupę fanów.
7. Zobaczyłam musical „Metro”. Spełniłam w ten sposób marzenie z nastoletnich czasów.

To wszystko. Chociaż chyba o czymś zapomniałam. A, no tak! Jest jeszcze jedna ważna sprawa. Urodziłam cudownego faceta, który codziennie randkuje ze mną od bladego świtu do późnej nocy.
Jest super, jednak…
Brakuje mi tego pędu i adrenaliny. Nie przywykłam do bezcelowego (nad znalezieniem odpowiedniego określenia myślałam całe popołudnie) spędzania czasu.
Cudownie jest być matką, ale nie mam swojego świata, odskoczni od brudnych garów i histerycznego płaczu dziecka.
Tęsknię za pracą..

Czy to źle, że brakuje mi własnego życia? Bycie tylko matką i żoną nie jest szczytem moich ambicji…

Nie porównuj mnie!

Pamiętacie ze swojego dzieciństwa chwile, kiedy wracaliście ze szkoły? Mama w fartuchu stała przy garach mieszając zupę albo podlewając wodą żeberka. Jeszcze dobrze nie zamknęliście drzwi, a już padało święte pytanie – co w szkole? Z mniejszym lub większym zapałem zdawaliście relacje z tego jak Janek dał Wam łyka tej wody sodowej, którą sprzedają w warzywniaku a pani od matmy znowu zapomniała o sprawdzianie. Dopiero dreszczyk emocji włączał się po pytaniu o oceny…
Załóżmy, że dostaliście czwórę z minusem (choć wtedy można było jeszcze dostać tak zwane szyny, czyli coś, co było prawie trójką ale znaj łaskę pańską – ledwo cztery minus, minus).
I teraz możemy podzielić się na dwie grupy – tych, co mama z radości da dodatkową porcję żeberek, bo w płotku jedynek taka czwóra to prawie nagroda Nobla; i takich, u których nazwiemy to gorszym dniem, chwilą słabości, mini plamą na honorze piątkowego ucznia… Bez względu na to, czy byliście tym pożal się Jasiem bez ambicji czy zaprymusowanym ideałem, chciałabym skupić się na reakcji rodziców – jakie słowa słyszeliście od mamy?
A) Dałeś z siebie wszystko. Taka porażka/sukces to dla ciebie dobra nauka, jak w przyszłości organizować swój warsztat pracy.
B) Ty leserze/geniuszu!
C) Co inni dostali?
Na sam fakt zapisania trzeciej reakcji podnosi mi się ciśnienie. Oczywiście ta szpila ma wiele postaci:
- Co dostała Marysia?
- Ile było piątek?
- Kto dostał lepszą ocenę od ciebie?
- To inni umieli a ty nie?
- Były lepsze stopnie?
I tak bym mogła to mnożyć…
Rodzice bardzo lubią porównywać swoje dziecko do innych. W ich intencji rzekomo takie słowa mają służyć zmotywowaniu do nauki i skutecznego działania. Że niby dzięki temu ambicje w dzieciaku rosną… By nie było gorsze od innych.
Po jakiego diabła? Dla dziecka to cholerny cios zadany przez najbliższą osobę. Zaczyna czuć, że coś jest z nim nie tak, skoro mama czy tata oczekują, że się zmieni, że będzie takie jak inni, że ważniejsze dla nich są najwyższe wyniki na tle reszty. Dzieciak zaczyna sądzić, że jest gorszy, bardziej leniwy, bo ktoś w klasie jest lepszy od niego. Skoro rodzice chcą znać oceny innych, nie jest istotny jego indywidualny sukces a jedynie to, ilu rówieśników zmiażdżył.
To głupie pytanie sprawia też, że zaburza się relacja między dzieckiem a jego kolegami. Zaczyna się rywalizacja z innymi. Zamiast cieszyć się szkolnym życiem, dzieckotraci czas i nerwy na myślenie o tym, co o nim sądzą rówieśnicy i nauczyciele. Jego poczucie własnej wartości zaczyna zależeć od tego, jak widzą go inni. Skutki odczuwają zarówno dzieci, które nie lubią rywalizować, jak i te, które najczęściej wygrywają: nawet im cały czas towarzyszy strach, że ktoś mimo wszystko okaże się lepszy. W ten sposób traci kolegów, bo zamiast bratniej duszy, widzi w każdym rywala. Ostatecznie staje się zmierzłym samotnikiem na siłę dążącym do perfekcji. To na pozór niewinne porównywanie może zaważyć więc na całym dorosłym życiu.

Ludzie porownywani z innymi w dzieciństwie tracą poczucie własnej wartości, gubią indywidualność, ciągle dążą do jakiegoś ideału mnożąc w sobie chore pierwiastki zazdrości. Bo przecież nikt z nas tak naprawdę nie jest perfekcyjny i tylko życie w zgodzie ze sobą pozwoli na prawdziwe szczęście. Inaczej codzienność przerodzi się we frustrację.
Każde dziecko jest inne i jedyne w swoim rodzaju. Rodzice powinni dbać o to, aby nie zatraciło swojej indywidualności, pobudzać talenty i sprawiać, że będzie miało wysokie poczucie własnej wartości. Dzięki temu wyrośnie na odważnego i asertywnego człowieka. A przede wszystkim będzie szczęśliwe…

Tymczasem porównywanie dziecka z rówieśnikami uczy go, że powinno robić to co inni i ich naśladować. Kim wtedy zostanie? Szarą masą, korpoludkiem ślepo wykonującym zadania i wyrabiającym normy.
Trzeba zrobić wszystko, aby uniknąć takiego błędu, który nagminnie popełniali nasi rodzice. Jesteśmy bogatsi o ich złe nawyki, nie róbmy więc tego samego. Przypomnijcie sobie, co wtedy czuliście… Złość? Frustrację? Żal do rodziców? Nienawiść do dzieci lepszych od Was? Odrazę do samych siebie? Bezsens dalszych starań, jakby ktoś podciął Wam skrzydła? Ile straciliście czasu na obawy, że ktoś Was wyśmieje, bo nie jesteście wystarczająco dobrzy, mądrzy, ładni, zabawni? Z ilu spotkań zrezygnowaliście, do ilu przedsięwzięć nie przystąpiliście z obawy przed oceną ze strony innych ludzi, ile relacji zniszczyliście z zazdrości?
Nie zabijajcie w dzieciach prawa do normalnego życia, nie odbierajcie im poczucia wartości! Nie porównujcie ich z innymi do jasnej cholery!

12:1

Stoisz w niewygodnych szpilach, łeb swędzi cię od lakieru a jednym strzałem z loków powaliłabyś Saletę. Patrzysz na wspaniałą subtelność Pani Młodej i nienaganną elegancję Pana Młodego. Słuchasz ich przysięgi i nagle cofasz się w czasie o dwanaście lat. Widzisz siebie w gipiurach i drapiącej podwiązce, którą dostałaś od przyszłej wtedy jeszcze teściowej. Stajesz na miejscu młodych i pełna oczekiwań, marzeń i obaw zaczynasz nowe życie. Powtarzasz przysięgę i w zgodzie ze zboczeniem zawodowym analizujesz każde swoje słowo myśląc, co twórca tych obietnic miał na myśli. Czy naprawdę był tak naiwny i wierzył, że da się w zgodzie i spokoju przeżyć sryliony minut razem? A może zwyczajnie był tak zmierzłym i samotnym człowiekiem, że postanowił z góry skazać na klęskę każde małżeństwo.
Pamiętasz wszystko jak przez mgłę, bo stres skutecznie zablokował ci tę część mózgu, która odpowiada za racjonalne myślenie.
Ale za to przez myśli pędzą różne obrazy – cały kalejdoskop dwunastu wspólnych lat, dwunastu zimowych przygotowań do świąt, dwunastu wakacyjnych przeżyć, dwunastu Wielkanocy, Sylwestrów i majowych weekendów. Przypominasz sobie te dobre i złe momenty – pierwsza rocznica ślubu, USG ze słitfocią potomka, rozbity samochód, wypady do kina, pierwszy wyjazd nad morze kompaktowym autkiem, zalany dom, wyżerającą nerwy budowę, narodziny dzieci, rocznice ślubu z tańcami w salonie, pierwsze kroki B1, świadectwa, kartkówki i rysunki z przedszkola, pierwszy Dzień Mamy i Walentynki, dziesiątą rocznicę w Paryżu, coroczne wyjazdy do teatru na ulubiony musical, sylwestrowe zabawy, wczasy w najpiękniejszych zakątkach Europy, setki tysięcy ułożonych puzzli, kilometry spacerów i podroży, miliony rozmów i setki spadających gwiazd w sierpniowe noce.
Wracasz do rzeczywistości i zastanawiasz się, jak wiele trudu czeka Młodych, zanim uda im się oswoić siebie nawzajem. Dziś patrzą sobie w oczy tak, jakby chcieli się w nich schować na zawsze i nie rozstawać nawet na moment, niedługo będą sobie do nich skakać. Dziś ściskają swoje dłonie z czułością, wkrótce będą zaciskać pięści ze złości. Dziś czują całe pokłady sił do budowania wspaniałego związku, z dnia na dzień będą one zamieniać się w zwątpienie i bezradność wobec szarej rzeczywistości.
W dniu naszego ślubu przeszywał mnie ten sam błogostan. Tyle miałam marzeń. Wyobrażałam sobie każdy aspekt naszego życia. Czy coś się spełniło? Absolutnie nic! Nie znaczy to, że nie jestem szczęśliwa. Bo szczęście ma tak wiele wymiarów, że nie sposób każdy z nich ogarnąć.
Jesteśmy w zupełnie innym miejscu, niż myślałam, nie robiimy tego, o czym marzyłam, inaczej spędzamy dni, niż oczekiwałam. Wszystko jest inne, ale cudowne. Nie oddałabym nawet jednej chwili, bo każda ma w sobie coś wyjątkowego. Nasze życie ciągle się zmienia, dochodzi marzeń, rodzą się nowe cele,  dzieci napędzają nam sił do pracy nad planami. Mam wrażenie, że jest jednak coś, co nie zmieniło się ani trochę. To my. Nadal jesteśmy tymi samymi ludźmi, którzy patrzą na siebie identycznie, jak wtedy, wciąż uśmiechamy się do siebie z taką samą szczerością i wiemy, że chociażby cały świat stanął przeciw nam, nie odwrócimy się od siebie i zawsze będziemy stali za sobą murem. Na tym przecież polega małżeństwo.
I kiedy już na sali weselnej przyglądałam się, jak młodzi walczą z pierwszym tańcem, pomyślałam, że takie właśnie powinno być ich życie – harmonijne jak melodia, której rytm próbowali złapać; z drobnymi potyczkami, które  nie przerodziły się w poważny upadek tylko dlatego, że podtrzymywali siebie nawzajem; z chwilami, w których raz jedno, raz drugie podejmuje decyzje i wybiera kierunek drogi; raz dynamiczne, czasami z nutką melancholii ale zawsze z twarzami zwróconymi ku sobie…

IMG_20170618_205107_667

365

received_1643556882531732Kiedy to zleciało? Dokładnie rok temu pierwszy raz zobaczyłam B2. Co prawda niewiele z tego zdjęcia umiałam wyczytać, ale wiedziałam, że właśnie zaczęła się kolejna wspaniała przygoda w moim życiu!

 

 

„W dramacie życia nie ma małych ról…” – R. Brett

Martin Luther King Jr. powiedział, że każda praca, która podnosi ludzkość na duchu, jest ważna i godna. Zastanawiam się, czy istnieje taka, która nie zasługuje na szacunek. Nie! Człowiek pracujący robi coś dla ludzkości. Bez względu na stopień trudności, rangę, zarobki i trud w nią włożony, praca zasługuje na poszanowanie.

Bulwersuje mnie zachowanie ludzi, którym wydaje się, że osoby pracujące fizycznie, sprzedawcy, pracownicy restauracji czy firm usługowych są służącymi. Bynajmniej, to tacy sami ludzie jak dyrektor biura, prezes czy kierownik. Może różni ich jedynie to, że muszą w swoją pracę włożyć więcej trudu i co miesiąc zmagać się z takim organizowaniem życia, żeby starczyło im na chleb, bo zarobki pracowników fizycznych znacznie różnią się od tych na wyższych pozycjach. Nie lubię, kiedy kelnerów traktuje się jak powietrze, albo podnosi się głos na sprzedawców, bo np. kod kreskowy nie chce się wbić i robi się przez to większa kolejka. Cmokanie i nerwowe tupanie ludzi doprowadza mnie wręcz do szału.

Myślę, że każdy człowiek powinien choć na chwilę wczuć się w sytuację pracowników, którymi pogardza.

Mam to szczęście, że od ponad dziesięciu lat pracuję w swoim zawodzie, który uwielbiam i jest on moją pasją, dzięki czemu nie odczuwam żadnych negatywnych emocji i rano z chęcią idę wykonywać swoje obowiązki. Jednak zanim odstałam pracę w szkole, doświadczyłam kilku bardzo trudnych fachów.

Kiedy dostałam się na studia, postanowiłam zamieszkać blisko uczelni. A że nie było mnie stać na wynajem mieszkania, znalazłam rodzinę z trójką dzieci, która odstąpiła mi małe mieszkanko na poddaszu w zamian za opiekę nad ich pociechami. Codziennie rano przed uczelnią szłam do dzieciaków, robiłam im śniadania, odprowadzałam do szkół i przedszkola. potem z wywieszonym jęzorem pędziłam na własne zajęcia. Po wykładach odbierałam gromadę, odrabiałam z nimi zadania domowe, odprowadzałam na lekcję gry na kontrabasie średniego chłopaka, z najmłodszą dziewczynką szłam na plac zabaw, wieczorem wreszcie mogłam usiąść do własnych notatek. Padałam zmęczona, ale byłam zadowolona z własnej przedsiębiorczości.

Kiedy plan zajęć pozwolił mi już na dojeżdżanie z domu, poszukałam innej pracy. Tym razem załapałam się do telewizji TVN, gdzie układałam krzyżówki to teleturnieju. Praca na pozór łatwa, jednak terminy goniły. codziennie dwie krzyżówki, z których każda wymagała dobre dwie, trzy godziny poświęcenia. Wracałam z uczelni, przygotowywałam się na kolejny dzień i siadałam do krzyżówek. Czasami wyrabiałam się do późnej nocy, niejednokrotnie kończyłam układać je wraz ze wschodem słońca, brałam więc zimny prysznic i jechałam na studia. Ucinałam sobie krótkie drzemki w przerwie między wykładami.

Gdy program zszedł z anteny, szukałam nowej pracy. Udało mi się załapać na czas wakacji do sklepu spożywczego. Wypełniałam luki w etatach osób przebywających na urlopach. To dopiero była orka na ugorze. Cały dzień na nogach, dźwiganie ciężarów, pchanie wózka z towarem, który był ode mnie cięższy i zazwyczaj przy hamowaniu długo ciągnął mnie za sobą, przebywanie w chłodni z mięsem, krojenie ton wędliny, mycie lodówek, zamrażalek, okien, podłóg. I codziennie to samo. Raz zamiatając zaplecze (a był to początek września) zobaczyłam dzieci idące do szkoły. Oparłam się wtedy o miotłę i pomyślałam, jak bardzo chciałabym je uczyć. Nie spodziewałam się wtedy, że za kilka lat dostanę pracę właśnie w tej szkole, do której dzieciaki pędziły… Ludzie do sklepu przychodzili różni. Jedni uśmiechnięci, inni naburmuszeni, z pretensjami, że chleb za suchy, że kurczak za tłusty, że cena jogurtu za wysoka. Niektórzy życzyli miłego dnia, inni obracali się na pięcie bez słowa i wychodzili ze sklepu jak ze stodoły. Nocami nie mogłam zasnąć z bólu i zmęczenia. Nieraz przepłakałam poranek, bo miałam dość. Do dziś jednak jestem przekonana, że właśnie ta praca nauczyła mnie najwięcej. Przede wszystkim nigdy nie traktuję nikogo z góry. Każdy człowiek zasługuje na szacunek. A co najważniejsze, doceniłam wartość wykształcenia.

Gdy zaczął się kolejny rok akademicki, pracę w sklepie zamieniłam na weekendowe zatrudnienie w jednym z większych hipermarketów. Na szczęście udało mi się i nie musiałam wykładać towaru. Od razu posadzono mnie przy kasie… Tam naoglądałam się cudów. Zmanierowane kobiety traktujące mnie jak powietrze, które nie odpowiadały na mój uśmiech i życzenia miłego dnia, nadpobudliwi klienci, którzy pieklili się widząc, jak kod nie wchodzi albo czytnik wbija inną cenę, niż zauważyli na półce, wrzeszczące dzieci wciskające klawisze czytnika kart płatniczych i matki niereagujące na to, dyskutujące ze sobą czpiotki, którym trzeba było kilka razy powtarzać kwotę do zapłaty, zanim się zorientowały, że ja tu pracuję i goni mnie czas, bo kolejka rośnie… Nieraz spotkałam się też z życzliwością, zrozumieniem, chociaż to akurat była rzadka przypadłość ludzka…

Ostatnim miejscem pracy fizycznej był MC Donald’s. Tam chyba pracował każdy. Rozmowę kwalifikacyjną odbyłam w lobby, następnego dnia dostałam telefon, że mam stawić się do pracy. Pierwszy dzień upłynął na szkoleniu, filmikach BHP, regulaminach mycia rąk, odbierania zamówienia, smażenia frytek, kanapek, robienia kawy, szejków i kręcenia lodów (zawsze w lewą stronę i trzy obroty…) Dostałam do domu wielką paczkę z logo firmy, w której znalazłam śmieszne spodnie, wielką koszulę w kratkę, identyfikator z moim imieniem i hasłem „uczę się” oraz czapeczkę z daszkiem. Oprócz tego zachwycającego uniformu znajdowały się tam książeczki przygotowujące do „egzaminu” – czas smażenia, ważność pokarmów (frytki po 5 minutach należało wyrzucić do kosza, kanapki po 15 minutach, ciastka po godzinie, lody i szejki natychmiast… takiego marnotrawstwa żarcia nie widziałam jeszcze nigdy. A pracowałam w pobliżu noclegowni dla bezdomnych… Szkoda, że nikt z menadżerów nie wykazał się tam ludzkim odruchem). Zaczęłam wkuwać liczby, ale łatwiej było mi wyrecytować „Nadobną Paskwalinę” niż te bzdety…

Następnego dnia stanęłam przy kasie. To był hardcor. Pięćdziesiąt sekund na obsługę gościa (broń Boże – klienta, to byli GOŚCIE RESTAURACJI…), wklepywanie zamówienia do komputera, dziwne zasady BHP (bo gdy dotknęłam twarzy rękami, musiałam natychmiast iść je myć, ale gdy wydawałam pieniądze, nie było problemu…). Tempo, pospieszanie, presja, pełne skupienie. Ludzie podchodzili różni, cała wycieczka wrzeszczących dzieciaków zmieniających zdanie co minutę, babcia z wnuczkiem, która zażyczyła sobie, żebym jej colę podgrzała (no kur… jak w tych sztucznych warunkach???),  ktoś inny chciał wegetariańską tortillę, jeszcze inna osoba złożyła zamówienie i zrezygnowała, komuś innemu karta płatnicza odmawiała posłuszeństwa, jakieś dziecko wylało mi na bluzkę szejka, zatroskane mamy dopytywały o pochodzenie składników (z pewnością w Fast – foodzie były to zdrowe warzywka prosto z plantacji wuja Toma…), jakiś natręt próbował wyciągnąć mój numer telefonu, obcokrajowcy nie potrafili zapłacić polskimi pieniędzmi, i znowu wycieczka rozwrzeszczanych, głodnych dzieci, i zaś jakaś babcia, mama, flegmatyk, natrętny Romeo, kobieta na diecie… A czas leciał… Na monitorze sekunda za sekundą uderzała krzycząc: „pospiesz się!!!”. W rogu stała menadżerka z założonymi rękami i spojrzeniem Lorda Vadera i tylko obserwowała. To był koszmar…

Szczęśliwa pożegnałam się z pracą, tzn. orką w MC Donald’sie i spróbowałam sił w rekrutacji do firmy (pseudokorporacji) w Krakowie zajmującej się szkoleniem dzieci w zakresie szybkiego czytania. Trzystopniową rekrutację przeszłam bez problemu, rozwiązałam miliony śmiesznych testów psychologicznych, w których rzucałam  zwyczajnie takie odpowiedzi, jakich oczekiwał pracodawca. Potem dwuweekendowe szkolenie wbijające w głowę, że nie ma lepszej metody niż ta stworzona przez szefa wszystkich szefów firmy, że jest ona innowacyjna, niepowtarzalna i jedyna skuteczna. Że my, pracownicy, jesteśmy szczęściarzami, że możemy dla nich pracować i że to wspaniałe, że ktoś taki jak szef wszystkich szefów w ogóle istnieje i chce dla nas tworzyć metody nauczania dzieci. To nic, że szef wszystkich szefów dzieci na oczy nie widział a w szkole ostatni raz był po świadectwo jej ukończenia… Był wybitny, najwyższy, istne słońce narodu…

Kończyłam już studia, więc moje umiejętności i świadomość wykraczały nieco (bardzo nieco…) poza filozofię firmy, postanowiłam więc wreszcie postawić na siebie. I tak rozkręciłam własny biznes korepetycji. A to był strzał w dziesiątkę. Codziennie kilka godzin, weekendy od rana do późnego popołudnia przewijały się przez mój dom ofiary systemu edukacji, które uważały, że bez mojej pomocy poparzą się książkami… I dobrze, bo dzięki tej pracy poznałam wielu wspaniałych ludzi, mogłam robić coś, co jest moją pasją i tak przetrwać, dopóki nie dostanę pracy w zawodzie. Na szczęście długo to nie trwało i szybko stanęłam przy tablicy parząc na dzieci, które kiedyś odprowadzałam wzrokiem zamiatając zaplecze sklepu spożywczego…

Moje przygody z różnymi miejscami zatrudnienia wiele mnie nauczyły. Przede wszystkim mocno szanuję własną pracę, doceniam to, co posiadam i cieszę się niemożebnie, że udało mi się iść drogą pasji. Po drugie nigdy nie lekceważę żadnego pracownika. Każdy robi coś wielkiego, ważnego i wyjątkowego. Bo zakład może i bez prezesa by nie funkcjonował, ale tak samo kulałby bez pań sprzątających, stróża, gońca i sekretarki. Dlatego każda cząstka systemu pracowniczego jest ważna i wyjątkowa.

Do dziś będąc w MC Donald’sie uśmiecham się do pracowników, spokojnie, szybko i bez wahania składam zamówienie, żeby nie robić im niepotrzebnych opóźnień, w hipermarketach wykładam towar na taśmę szybciutko i nie krzywię się, kiedy jakiś kod nie chce wejść, do sklepów wchodzę uśmiechnięta, zawsze staram się nawiązać krótką rozmowę ze sprzedawczyniami i wychodząc życzę im miłego dnia.

Każda praca jest godna, zasługuje na szacunek. ludzie poniżający pracowników mają poważne problemy ze sobą. Być może to dla nich jakaś forma dowartościowania, albo zwyczajnie brak kultury, taktu i ogłady…

Matko, nie masz prawa!

Hi!

Nie obserwuję zbyt wielu blogów.  Mam dosłownie kilka ulubionych, do których zaglądam wieczornymi porami. Wśród nich jest świat dziewczyny, która z zawodu jest ginekologiem i w tle życia prywatnego dzieli się swoimi spostrzeżeniami na tematy kobiece. Ma synka i spodziewała się drugiego dzieciaka. No właśnie… Spodziewała…

Wczoraj zmroził mnie jej wpis, w którym oświadczyła, że jej drugi synek, Ernest, umarł, zanim zdążył się narodzić… Była w 23 tygodniu ciąży.

W nocy nie mogłam spać.  Zastanawiałam się, jak ta dziewczyna teraz musi cierpieć. Straciła dziecko, ktore od pięciu miesięcy czuła pod sercem. Miała już wybrane imię, przygotowaną wyprawkę, nawet życzenia z okazji Dnia Matki otrzymała już w imieniu obydwóch synków. Dla niej to trauma na całe życie.  Minie wiele lat, zanim się z tego podniesie.

Przy tym wszystkim po głowie zaczęły mi krążyć słowa wielu matek, których podejście do dzieci jest wręcz przerażające. Ciągle narzekają, a to że nie mają czasu dla siebie, a to, że brak im sił, że przytyły, że mają za dużo na głowie, że przestały rozwijać się zawodowo, że brakuje im pieniędzy, że są zmęczone…

Matko! Nawet nie wiesz, ile kobiet wzięłoby od ciebie to zmęczenie, kilogramy i brak czasu! Przyglądają ci się z boku i nie widzą twoich zmartwień, a jedynie ogrom szczęścia, jaki trafił się właśnie tobie, nie im. Nie masz więc prawa bluźnić!

Jesteś zmęczona, bo ktoś tak bardzo cię potrzebuje, że nie potrafi bez ciebie żyć.  Masz bóle kręgosłupa, bo ktoś nosi w sobie tak wielką miłość do ciebie, że tylko twoje ramiona są w stanie ją zaspokoić. Twój brzuch jest pomarszczony a skóra rozszarpana rozstępami, bo w nim narodziło się życie i tam mogło bezpiecznie przygotować się do przyjścia na świat, bo udało mu się tam przetrwać! Nie masz czasu dla siebie, bo ktoś tylko przy tobie czuje się bezpiecznie. Nie masz pieniędzy, ale dla kogoś ty jesteś największym skarbem, nie potrzebuje on drogich zabawek, najnowszej kolekcji ubrań czy zagranicznych wczasów. Wystarczy mu to, że jesteś. Masz w domu bałagan? Ktoś nie będzie pamiętał czystych podłóg i lśniących okien, on tylko chce ciebie, twojej uwagi, uśmiechu, poczucia bliskości.

Dziecko nie zajmuje ci czasu, ono go wypełnia, nadaje twojemu życiu sens i nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak bardzo pusty byłby twój świat bez niego. Doceń to, bo wygrałaś życie – udało ci się zajść w ciążę, donosić ją, urodzić dziecko, teraz możesz je wychowywać. Czy można czegoś więcej chcieć?

Bycie mamą to nie żmudny obowiązek czy ascetyczna praca zmuszająca do wielozadoniowości. To przywilej, który dostałaś od Boga i za to powinnaś być wdzięczna do ostatniej nanosekundy życia.

Dziecko samo zło

Pierwszy raz wakacje udało nam się zaplanować prawie cztery miesiące wcześniej. Postanowiliśmy najpierw wybrać się nad polskie morze, żeby trochę pomarznąć i nafaszerować dzieciaki jodem, a potem dopiero wygrzać dupska w ciepłym kraju. O ile z hotelem za granicą problemu nie ma, bo i łóżko turystyczne w standardzie; i animacje dla bąbli; i nawet udogodnienia dla matek karmiących w samolocie. Ale to normalne, że cywilizacja wspiera macierzyńskie uroki.

Co innego w postsarmackiej rzeczywistości.

Polską część wakacji spędzimy z przyjaciółmi, którzy mają dziecko (dokładnie rzecz biorąc – córkę) dwa tygodnie starszą od B2. Zaraz po decyzji o kierunku wyjazdu zaczęliśmy szukać dogodnych noclegów.  Zależało nam na bliskiej odległości od plaży i detalach związanych z naszą parką, czyli placu zabaw, możliwości zostawienia wózka, podgrzania jedzenia ze słoika, itd. Wybraliśmy pensjonat, pokoje okazały się wolne, przyjaciele przelali zaliczkę i mogliśmy zacząć myśleć o kolorze bikini i liczbie bluz polarowych, które zabierzemy. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy po kilku dniach właścicielka wróciła przelaną sumę i telefonicznie poinformowała, że musi cofnąć naszą rezerwację, bo uświadomiła sobie, że nasze dzieci będą przechodzić ząbkowanie a co za tym idzie – z pewnością popłaczą sobie sporo i narobią hałasu. I że nie chce narażać swoich gości na taki dyskomfort…

Szok…

Dobrze, że był jeszcze czas na znalezienie czegoś innego. Udało się zarezerwować lepsze noclegi, praktycznie w samym centrum i w lepszym standardzie. Tym razem nikt nie wystraszył się dwóch ząbkujących siedmiomiesięczniaków…

Dziwna sprawa. Wychodzi na to, że w XXI wieku są jeszcze miejsca, gdzie dzieciom wstęp jest wzbroniony. Dacie wiarę?

A Wy co myślicie o takiej sytuacji? Czy w takim razie rodzice małych dzieci powinni zaszyć się w domu albo wyjechać z dzieciarnią w jakąś puszczę, z daleka od innych ludzi, żeby nikomu nie przeszkadzać?

Ludzka sprawa

Odwiedziła mnie koleżanka, matka dwóch synów.  I chyba jako pierwsza zadała mi pytanie, czy nie mam już dość…

A no mam!

Od grudnia nie przespałam żadnej nocy. Chociaż B2 budzi się dopiero koło piątej rano, ja nie dam rady spokojnie zasnąć. Otwieram oczy co chwilę, sprawdzam, czy oddycha, czy jest przykryty albo czy śpi w dobrej pozycji na poduszce.

Moje plecy, gdyby umiały mówić, odpieprzyłyby jakąś konkretnie wielką improwizację o bólu rozrywającym z każdej strony, że by się jej Adam nie powstydził. (Swoją drogą – jak oni taką bandę dzieci ogarnęli, skoro ja przy dwójce piszczę…) Wracając do mniej poetyckiej rzeczywistości, kręgosłup mi wysiada. Większość dnia spędzam w pozycji leżącej, bo B2 to wyjątkowo żarłoczne dziecko. Je jakieś piętnaście razy dziennie. I do tego nie znosi spożywania posiłków nigdzie indziej poza swoim pokojem. Wywala się panicz na łożu i memła cycka od świtu do zmierzchu z małymi przerwami na zabawę.  A ja leżę wiecznie w jednej pozycji i tylko czuję zdrętwienie w lędźwiach i ból łopatek. Kiedy tylko próbuję choć na chwilę położyć się na plecach, panicz budzi się i swoim delikatnym głosem, który słychać chyba na końcu naszej ulicy, domaga się oddania mu tego, co do niego – jak mu się zdaje – należy.  Pomijam już fakt, że w tym leżeniu można umrzeć z nudów.  Wiem, powinnam się błogo wpatrywać w dzieciaka jak te matki w reklamach, ale ile można. Mój jedyny ruchomy obraz to czereśnia za oknem, której – jak tak dalej pójdzie – zacznę liczyć liście… Gdybym miała chociaż telewizor, dowiedziałabym się, co słychać w świecie albo obejrzała jakiś odmóżdżający serial. A tak godziny upływają mi na niczym.  Tylko leżę i gadam do siebie w myślach. Już nawet książki przestały mnie rajcować, bo żadna pozycja nie pozwala mi na swobodne czytanie!

Ręce mam już tak umięśnione, jak nigdy do tej pory. Noszę to moje siedem kilo, bo najbardziej lubi on oglądać świat z wysokości. Dlatego zazwyczaj, kiedy nie śpi, nie robi kupy i nie je, spaceruje sobie po domu w moich ramionach. A ja czuję już po rękawkach koszulek, że obwód mięśnia sukcesywnie się zwiększa…

Mój dom opanowała mafia pająków. Pajęczyny w każdym kącie. Sprzątam codziennie w miarę możliwości, ale nie mam na tyle czasu, żeby na spokojnie wziąć się za porządki. Do tego moje sprzątanie wygląda tak, że:

A) Kiedy B2 śpi, robię coś w pośpiechu i co chwilę zaglądam do niego. Wszystko zajmuje mi dwa razy więcej czasu, bo skupiam się na tym, żeby zbytnio nie hałasować.

B) Kiedy B2 nie śpi, biegam po domu z nim na rękach, odkurzam, układam klamoty. Taka opcja też spowalnia mi czas, bo robota jedną ręką nie należy do najłatwiejszych.

Jem śniadanie z brzdącem na rękach, o ciepłej herbacie mogę już zapomnieć, bo zbyt długie siedzenie w miejscu go nudzi a i boję się, że go obleję. Obiad gotuję biegając od wózka do pieca, żeby go nie poparzyć, pranie nastawiam razem z nim, na szczęście czasami potrafi się czymś zająć, wrzucam go wtedy do wózka i wykorzystuję te chwile na wywieszenie ubrań czy obranie ziemniaków albo krojenie mięsa. Wszystko jednak robię w tempie ekspresowym.

Najgorzej jest, kiedy B1 wraca ze szkoły, bo też chciałaby mojej uwagi. Czasami podaję jej obiad, albo herbatę robiąc w międzyczasie „samoloty”, żeby mały berbeć nie zabił nas swoim wrzaskiem. Kątem oka bawię się z B2, żeby móc wysłuchać relacji B1 z tego, co działo się w szkole, jak poszło jej na sprawdzianach i co robiła na przerwach. O pomocy w odrabianiu lekcji nawet już nie wspomnę. Siedzimy w sypialni berbecia, bo to zazwyczaj jego pora karmienia i tam się uczymy z przerwami na zmianę cycka albo hepnięcia.

Przyznam, że opieka nad dwójką dzieci, kiedy jest się praktycznie samą całe dnie, nie należy do najłatwiejszych. Czasami zazdroszczę tym mamom, które o szesnastej mogą przekazać pałeczkę tatusiom, a same idą na spotkanie z koleżankami, do klubu fitness albo zwyczajnie zamykają się w sypialni i odsypiają minione godziny. B wychodzi z domu po siódmej, wraca po dwudziestej, ma wolne tylko niedziele. Wszystkie obowiązki spadają na mnie. Próbuję więc pogodzić życie dziesięciolatki, która walczy codziennie z przerośniętymi ambicjami nauczycieli i niemowlaka, który chyba nie walczy z niczym, poza kupą i moją bezgraniczną uwagą… Kiedy jedno ma wizytę u lekarza, drugie jedzie ze mną, ładujemy się razem do auta, bierzemy zabawki, kocyki, smoczki i ruszamy. Na zakupy jeździmy we trójkę. I tak większość rzeczy kupuję przez internet, bo w klepie nie mam nawet jak się zastanowić nad wyborem. Zazwyczaj szybko wrzucam do koszyka kilka artykułów, bez których nie przeżylibyśmy do wieczora, a resztę rzeczy dokupuje B. Na spacery, które były dla mnie jedyną formą relaksu, ostatnio nie wychodzimy, bo ulice są tak rozorane, że nawet nie da się przejechać wózkiem, na każdym kroku kopary, kurz, smród i hałasujący robotnicy. Akurat teraz miasto musiało wpaść z robotami kanalizacyjnymi do nas. Zamiast tego wietrzymy się na podwórku. Wystawiam wózek na taras, a sama próbuję nadgonić w tym czasie jakieś obowiązki. No kuźwa co mam mówić, łatwo nie jest. Sama się dziwię, że jakoś to wszystko funkcjonuje, bo w pewnych momentach mam chęć dosłownie usiąść i płakać.

Mówię więc szczerze – mam cholernie dość! Ale… Ani na moment nie oddałabym tego mojego obolałego kręgosłupa, mafii pająków i zwariowanego świata nikomu! Zaleciało ascetyzmem… Ale taka prawda. Jest ciężko, nieraz sama nie wiem, za co się wziąć i jak pogodzić to wszystko. Jednak mimo wszystko lubię swoje życie i jestem w nim szczęśliwa, bo może i jest pełne wyzwań, do których nie przywykłam jako osoba, która do niedawna potrafiła poświęcić się wyłącznie pracy (jak to sama ostatnio stwierdziłam – o wiele łatwiej jest mi stworzyć plan wynikowy do poszczególnych oddziałów niż plan gotowania na dany tydzień…), ale jest moje. I nie zamieniłabym go na żadne inne!

#oszalałamnajegopunkcie #oczy  #babylove #babyboy #b2 #b2ija #macierzyństwo #odlot

#oszalałamnajegopunkcie #oczy #babylove #babyboy #b2 #b2ija #macierzyństwo #odlot