Ach śpij, kochanie – według trzeciego rozdziału

Moje miłości  #b1 #b2 #babylove #babyboy #jużniebabygirl #bednarkowelove

Miałam na studiach panią profesor od metodyki. Potrafiła ona zaprezentować nam idealny przebieg jednostki lekcyjnej – wspólne wymyślanie tematu lekcji z uczniami, metody aktywizujące, multimedia, nawiązania, itd. Wszystko wspaniale opisała w licznych publikacjach. Opowiadała nam, jak wypucować przebieg lekcji i zaplanować nanosekundę z czterdziestu pięciu minut. Przypomniałam sobie jej zajęcia, kiedy zaczęłam pracę w szkole. Przyznam, że notatki z wykładów i ćwiczeń bardzo mi się przydały… do rozpałki podczas pierwszego ogniska z moją klasą. Dlaczego? Może i ta pani stworzyła wspaniałą teorię, ale w szkole ostatni raz była chyba jako uczennica… Nijak to się miało do prawdziwej lekcji. Rzeczywistość zweryfikowała jej metody i zasadziła im soczystego kopa, bo nie da się książkowo podchodzić do drugiego człowieka.

Co to ma wspólnego z moimi dzisiejszymi rozważaniami?

Od wielu lat jak grzyby po deszczu wyrastają coraz to nowsze teorie na temat usypiania dzieci. Jedna wydaje się być lepsza od drugiej. Postanowiłam przejrzeć kilka najpopularniejszych.

Pierwsza, chyba najbardziej wzięta, to metoda „podnieś, połóż” Tracy Hogg. Przyznam szczerze, że kiedy poszperałam w Internetach i poczytałam o tej metodzie, pomyślałam, że ktoś robi sobie jaja. Kiedy jednak bliżej zapoznałam się z tą innowacją, serce mi pękać zaczęło na myśl, że ktoś kierował się tymi o dupę rozbić radami.

Nauka samodzielnego zasypiania według Hogg zaczyna się od pierwszej nocy życia dziecka. Rodzic już od początku nie ma prawa pozwolić maleństwu zasnąć w chwili, kiedy zaczyna wchodzić w błogostan. Nie może więc to być moment karmienia, noszenia na rękach, przytulania czy kołysania. Czyli dzieciątko smacznie utulone w ramionach mamy musi być natychmiast przebudzane. Co to za bestialstwo?

To jeszcze nic. Według Tracy Hogg, dziecko odkładane do łóżeczka wieczorem płacze, bo jest zmęczone i ma zbyt dużo wrażeń. No kuźwa prawdziwa zaklinaczka! Skąd ona wie, dlaczego płacze MOJE dziecko, skoro ja sama czasami się nad tym długo muszę zastanawiać?

Gdy niemowlę obudzi się w nocy, rodzic ma do niego nie mówić i nie patrzeć mu w oczy. Jezu!!! Jeśli płacze, należy trochę odczekać (autorka nie precyzuje ile dokładnie), następnie poklepać dziecko po pupie, zanim ewentualnie weźmie się je na ręce. Jeśli klepanie i czekanie nie zadziała, włączamy autorską technikę “podnieś – połóż”.

Zaspokajamy potrzeby płaczącego dziecka, biorąc je na ręce, a gdy tylko się uspokoi, odkładamy je. Gdy znów płacze, podnosimy ponownie itd. Nie wolno nosić dziecka dłużej, niż to “konieczne”, a już na pewno nie pozwolić mu zasnąć na rękach. Jeśli niemowlę jest już starsze i po przebudzeniu siada w łóżeczku, nie podnosimy go, tylko kładziemy na materac, czyli zwyczajnie siłujemy się z nim i zmuszamy do snu.

Ile razy powtarzamy całą zabawę? Aż do skutku. Hogg opisała przypadek niemowlaka, którego podnosiła i kładła aż 128 razy, zanim się poddał. Całą noc spędziła na walce z przerażonym , biednym dzieciątkiem, które raczej nie przeczytało tej debilnej książki i nie wiedziało, dlaczego jest samo, dlaczego nie czuje ciepła mamy, które tuliło go do snu, kołysało przez dziewięć miesięcy życia płodowego… Nie ma co, zajebisty sposób wytresowania dziecka. Tylko jakim kosztem? Mam wrażenie, że treserzy zwierząt w cyrku mają więcej sumienia, niż autorka tej metody…

Co ciekawe, Hogg uważa, że usypianie dziecka na rękach czy przy piersi to poważne błędy, które zemszczą się potem na rodzicach. O ile zemstą jest znakomita więź z dzieckiem i niezaburzony emocjonalnie dorosły człowiek, to mścij się losie na rodzicach, ile tylko chcesz!

Druga, równie cudowna metoda została wymyślona przez kolejnego geniusza, Richarda Ferbera. Polega na zostawianiu dziecka samego w pokoju i czekaniu za drzwiami, aż zaśnie. Jeśli płacze, po pięciu minutach trzeba wejść, uspokoić go bez brania na ręce i wyjść, czynność powtórzyć, ale wydłużać czas oczekiwania. Tak zwane branie dziecka na przetrzymanie. W nawiązaniu do tej metody przeczytałam kiedyś świetny tekst. Autor każe sobie wyobrazić wielki, ciemny pokój, w którym widać z daleka jakąś smugę światła. W pokoju jest człowiek. Leży nieruchomo, nie może się podnieść, widzi tylko czarne ściany. Woła o pomoc, jednak nikt nie reaguje. Co jakiś czas widzi tylko jakąś postać, która na chwilę przychodzi i po kilku minutach znowu znika. Nie rozumie, dlaczego jest sam, z jakiego powodu nikt nie chce mu pomóc. Wciąż woła błagalnie o pomoc, niestety bez skutku. Ostatecznie pada z wycieńczenia. To właśnie czuje niemowlę, które zmuszane jest do zasypiania bez rodziców.

Większość metod zakłada ignorowanie płaczu dziecka, bierne przyzwolenie na tzw. „wypłakiwanie”, nienawiązywanie kontaktu z maluchem, bycie opornym na błagania i prośby. W teorii wydaje się to być proste, praktyka zapewne przypomina jeden wielki koszmar.

Znalazłam jeszcze jedną, równie dziwną i bezsensowną metodę.Polega ona – uwaga – na budzeniu śpiącego dziecka. Brzmi to absurdalnie. Żeby uśpić dziecko, muszę je obudzić? Na początku przez tydzień rodzice mają za zadanie obserwować i notować, kiedy dziecko samo się budzi. Kiedy już poznają mniej więcej rytm snu malucha, mają go budzić 15 minut przed tym zanotowanym, uspokoić i uśpić. Nie mam pojęcia, czemu to ma służyć. Wydaje mi się, że ludziom zaczyna brakować pomysłów na prace doktorskie, stąd te wszystkie farmazony.

Która z nich jest najskuteczniejsza. Uważam, że żadna!

Po pierwsze, każde dziecko jest inne i wymaga indywidualnego podejścia. Jedno będzie wolało samotność, drugie będzie potrzebowało bliskości rodziców. Po drugie, płacz dziecka nie jest żadną formą szantażu! Maleństwo w ten sposób prosi o pomoc. Bo jest zaniepokojone, bo czuje lęk, bo kuźwa po to ma rodziców, żeby zapewnili mu bezpieczeństwo a nie dodawali negatywnych doznań! Po jaką cholerę ludziom dzieci, skoro nie chcą okazać im uczuć?

B2 zasypia co wieczór przy mnie!!! (wybałuszajcie oczy specjaliści od wychowania!!!), bezpośrednio po karmieniu (rwijcie kłaki z głowy!!!), mało tego, nawet nieraz robi sobie z cycka poduszkę (aresztujcie mnie za to!!!). I – drżyjcie pseudoznawcy – śpię z nim. CAŁĄ NOC!!!

Dlaczego?

Bo uważam, że właśnie w nocy dziecko potrzebuje najwięcej bliskości.

Bo chcę, aby naturalna potrzeba bezpieczeństwa ani na moment nie została zaburzona.

Bo kiedy ja potrzebuję, żeby ktoś bliski mnie przytulił, nie zostaję odrzucona, dlaczego więc mam odpychać jedną z najważniejszych osób w moim życiu?

Bo wiem, że w takim błogostanie układ psychonerwowy dzieciątka kształtuje się najlepiej.

Bo mam pewność, że moje dziecko nie będzie miało nocnych lęków i wyrośnie w poczuciu, że może w każdym momencie ukryć się w moich ramionach.

Bo wiem, że w ten sposób buduję jego poczucie własnej wartości i pomagam w rozwoju emocjonalnym.

Bo więź, która między nami w te sposób powstaje, będzie podwaliną naszych późniejszych relacji.

Bo mogę na bieżąco sprawdzać, czy nie ma ciepłego czoła, zimnego dupska czy gołych ramion.

Bo nie pozwolę odebrać sobie tej przyjemności tulenia małych stópek, wsłuchiwania się w miarowy oddech i dotykania policzkiem delikatnej główki. Te chwile trwają tak krótko i nie będę miała jak się do nich cofnąć, kiedy uświadomię sobie, że straciłam najpiękniejsze momenty życia!

Bo zdaję sobie sprawę, że teraz najważniejsze dla mojego dziecka jest przytulanie i świadomość bliskości. To właśnie kształtuje jego osobowość i ma olbrzymi wpływ na to, jakim będzie człowiekiem w przyszłości.

Wieczory nie są dla nas koszmarem a mile spędzonym wspólnie czasem. B2 bez pośpiechu je, nie stresuje się, nie płacze, dzięki czemu w spokoju przesypia całą noc. Kiedy zaśnie, mam jeszcze czas na wieczorny relaks, bo nie wybudza go żaden niepokój.

Mówcie, co chcecie. Możecie mnie krytykować, wywalić jak z kałacha lawinę kontrargumentów, ale nikt nie wmówi mi, że dziecko wychowywane bez czułości, w surowej dyscyplinie z książek psychologicznych rodem, będzie szczęśliwe. Jak można odmówić dziecku bliskości? Ile trzeba mieć w sobie zimna, żeby na widok płaczącego dziecka nie wziąć go na ręce, nie pocałować i nie przytulić?

Wypieprz człowieku te psychologiczne gówna do kosza i zacznij słuchać intuicji. Twoje serce jest o wiele lepszym doradcą niż sterty teorii pseudonaukowców!

 

 

16 Komentarze

  1. Dokładnie się zgadzam że dzieci zasługują na blisość a nie na ignorancję. Fajne porównanie z tym ciemnym pokojem.

  2. W Superniani Dorota Zawadzka stosowała te dwie pierwsze metody. Potem sie na nie moda zrobiła. Bezduszność i brak empatii ze strony rodziców.

  3. Cieszę się że jestem i znam tylko takich rodziców, którzy nie czytali podręczników usypiania. Brawo my

  4. Dobrze że nie znałam ty „mądrych” porad. Nic nie jest tak miłe jak wpatrywanie się w śpiące przy piersi dziecko.

  5. Jestem wybitną specjalistką od usypiania dzieci. Mam 7-letnie doświadczenie (dokładnie 7 lat, dziś moj syn ma urodziny) i codziennie ćwiczę swoje umiejętności,jak przekonać dzieciaki, by położyli się w stosownej porze i spali we własnych łóżkach ;-) To tak żartem, a serio to dla mnie najważniejsze jest ich szczęście, więc nie wyobrażam sobie czekać np. za drzwiami, aż się wypłaczą.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.