Słoikowe menu

Odkąd B2 zaczął łapczywie patrzeć na nasze jedzenie, zrozumiałam, że nadszedł ten czas – rozszerzanie diety (słowa, na dźwięk których niejednej mamie włos się na głowie jeży). Doszłam do wniosku, że nie będę udawać Bio – Matki Polki, latać po targach za jakimś wątpliwie naturalnym jedzeniem i zaufam upierdliwym twórcom atestów, którym poddawana jest żywność niemowlęca. Tak, jesteśmy na słoikach! Nie bijcie!

Dlaczego?

Po pierwsze – czas potrzebny na bieganie po targach i szukanie odpowiedniego warzywa, obieranie, gotowanie, blendowanie, ważenie po to tylko, żeby zrobić małą miseczkę zupki wolę poświęcić na zabawę z B2. Nie traktuję karmienia jak żmudnej części dnia. Siadamy wszyscy razem przy stole, z tą tylko różnicą, że my jemy zwykły obiad, a B2 ma swój słoiczek. Karmię go łyżeczką, a na tacce ma ugotowane warzywo, które może sobie rozgniatać, wpychać do buzi, próbować gryźć zalążkami zębów. Nie odbieram mu dzięki temu kontaktu z jedzeniem.

Po drugie – nie dorobiłam się w domu laboratorium i nie jestem w stanie sprawdzić, czy ziemniak albo marchewka z rzekomego targu nie świeci w nocy. Pediatrzy i dietetycy często sugerują, że do ukończenia przez dziecko pierwszego roku życia nie powinno się podawać mu mięs ani warzyw w innej postaci niż właśnie słoiki. Zanieczyszczenie środowiska i brak możliwości przebadania kupowanych produktów powinno dać rodzicom do myślenia. Nie wiemy przecież, jak tak na prawdę mięso trafiło do sklepów i czym pryskano piękne, czerwone jabłuszko i soczystą marchewkę. Do tego niedojrzała jeszcze w tym wieku wątroba malucha, która nie ma możliwości oczyszczania organizmu z ewentualnych toksyn łatwo może ulec uszkodzeniu. Dania ze słoiczków są zdecydowanie bezpieczniejsze, dzięki zbilansowaniu odpowiednio do wieku dziecka, poddaniu niezbędnym badaniom i dostosowaniu do europejskich norm.

Po trzecie – uważam, że wcale dieta słoikowa nie jest wiele droższa od naturalnego jedzenia, bo chcąc ugotować 200 ml zupki i tak trzeba kupić jakiegoś kuraka (z wolnego wybiegu albo od pana Kazia zza płotu), warzywa i zrobić porcję garnkową. Marnuje się więc sporo żarcia, bo raczej mięsożerny tatuś na widok jałowej zupki zmarszczy brwi i grzecznie zapyta, co na drugie danie…

I po ostatnie – nie do końca rozumiem tylu sceptyków, którzy tylko powtarzają puste hasła, jak to koncerny robią w balona naiwne mamusie i dodają Bóg wie czego do zupek. Pomyślcie. Jak bardzo wasi szefowie trzęsą portkami na hasło SANEPID? Tak też producenci żywności dla dzieci boją się kontrolerów. I to nie tych naszych, polskich (czyt. tumiwisistów czekających na kubek kawy i jakieś ciacho). Ich zmorą są unijne normy i faceci w białych fartuchach, którzy surowo sprawdzają ich przestrzeganie. Wiem coś o tym. Niczego tak się nigdy nie obawiałam, jak kontroli projektów unijnych. Tam sprawdza się szczegół szczegółu…

Nie sądzę, żeby obiady gotowane w domu były zdrowsze. Owszem, może warzywa niepoddawane obróbce mają więcej witamin. Ale karmiąc piersią dodatkowo zaopatruję dziecko w składniki mineralne, dlatego to, co straci w słoiku, wyssie sobie z mlekiem. Za to warzywa i mięso kupowane nawet na targach ze zdrową żywnością mają mnóstwo szkodliwych substancji.

Chcąc karmić dziecko prawdziwie dobrą żywnością, musiałabym założyć hodowlę kur, indyków, królików (chociaż jednego w domu mamy…), krów, mieć stawy z rybami i pola uprawne. Myślicie, że kult Matki Rolnika zastąpi wkrótce Matkę Polkę?

 

11 Komentarze

  1. Wreszcie jakaś normalna kobita, która nie udaje wege srege fit bio mamy! Masz prawo nie mieć ochoty na gotowanie i dobrze że wolisz poświęcić czas dziecku. A słoiki są dla dziecka dobre. Napewno lepsze niż te nafaszerowane chemią kurczaki i przesiąknięte pestycydami warzywa. Moja pediatra zabroniła mi używania innych potraw poza słoikami do 10 miesiąca córki.

  2. Hehe, no powiem Ci ze ten kult pewnie długo nie ustąpi i będą Cię hejtować ;). Ale olej ich i ro co uważasz za słuszne :).
    ps.Z tych samych co Ty powodów też wybrałabym słoiki :)

  3. Zdecydowanie jestem za słoiczkami dla maluchów bo jako jedne z niewielu propozycji na rynku spożywczym nadają się do jedzenia pod względem norm. Nie szkodzą zdrowiu. A na targu? Ja potwierdzić nie umiem skąd są warzywa, czym pryskane. W ten własnie sposób, moje dziecko chorowało bo sprzedawca targowy zarzekał się, że oprysków nie ma…

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.