Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia

„Uprowadzenie Agaty” było kiedyś moim ulubionym filmem. Jako nastolatka mogłam oglądać go bez przerwy. Ta nieposkromiona miłość, romantyczna historia z mezaliansem i śmiercią w tle, czego więcej chcieć… Szalony Cygan i piękna Agata, rozwścieczony ojciec, dwa różne światy i oczywiście piosenki Seweryna Krajewskiego to niezawodny zestaw wyciskający łzy i pozwalający wierzyć, że prawdziwe uczucie nie zna granic.

Która nastolatka nie kibicowała tej parze?

Ale wiecie co? Już nie lubię tego filmu… Bo tak naprawdę co to za historia? Gówniara ucieka z bezdomnym facetem, którego zna raptem kilka godzin, nie liczy się z rodzicami, wszystko stawia na jedną kartę, nie przeszkadza jej, że siedział w więzieniu, że jest spłukany, nie ma pracy, wykształcenia ani perspektyw na przyszłość? Po miesiącu życia w nędzy cały romantyzm by w dupę strzelił… Pewnie dlatego reżyser uśmiercił go tak szybko, bo inaczej żadna konkretna przyszłość by ich nie czekała.

Oczywiście punkt widzenia zależy od punktu siedzenia… Bo póki w takich Juliach i Romeach widzimy siebie, jest to w jakiś sposób nęcące.

Ale…

Mało zabawny jednak staje się obraz, gdzie w rolę buntowników, których przyszłość staje pod znakiem zapytania przez głupie decyzje wcielają się nasze dzieci.

Czy jako matka chciałabym takiego Cygana dla B1? No głupie pytanie, oczywiście, że nie! Za żadne skarby! No, nein, não, нет!!! Romantyczne poloty przestały być dla mnie atrakcyjne, odkąd do mojego życia dołączyła córka. I przyznam się, że rozumiem tego ojca Agaty, który był skłonny nawet wojsko postawić w gotowości, żeby uwolnić ją z rąk tego przybłędy.

Niestety, nie jestem już romantyczna! Jestem matką! Jedno z drugim nie pójdzie w parze, nie ma bata. I chociaż zapewne nasłucham się jeszcze, jak bardzo nie rozumiem własnego dziecka, jak to mnie nienawidzi i ma żal do mnie za niszczenie jej życia, wiem, że czasami muszę stanowczo strzelić w te różowe okulary, które razem z hormonami i pierwszymi pryszczami samoistnie wyrastają na nosie nastolatki…

 

23 Komentarze

  1. Muszę się z tobą zgodzić. Może i nie widziałem omawianego przez Ciebie filmu, aczkolwiek mam tak z wieloma innymi produkcjami, które oglądałem za młodu. Kiedyś bawiły, dzisiaj zastanawiam się, co ja tak w ogóle w nich widziałem.

  2. Będę pierwszą, która się nie zgodzi- na romantyczne uniesienia nigdy nie jest za późno. Ich kwintesencją są właśnie ulotność i niedostępność i tam właśnie muszą one zostać. Idąc tym tokiem myślenia: romantyczne uniesienia można przeżywać nawet będąc żoną/mężem i matką/ojcem, trzeba jedynie dbać o to, aby nie wyszły poza strefę platoniczności.

    Mnie do tej pory wzruszają takie romansidła pomimo iż wiem, że to faza początkowa i przejściowa każdego związku. Nie trzeba jednak podchodzić do niej tak fatalistycznie. A zresztą- romantyzm to nie tylko uczucie pomiędzy ludźmi. To również sposób patrzenia na świat, zbiór wartości i reakcje :)

    P.S. Odkryłam dziś Twojego bloga i bardzo się z tego powodu cieszę :)

  3. Mam dokładnie tak samo. Bycie mamą zdecydowanie odmieniło mój odbiór filmów. A jak dzieciom dzieje się krzywda to ryczę i sprawdzam co u mojego szkraba nawet kiedy śpi.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.