Warcz po cichu!?!?

Wyobraź sobie, że na twoim podwórku toczy się wojna między Putinem a Kim Dzonk Unem. Bordowi od gniewu przywódcy marszczą brwi, skaczą sobie do gardła, wyrzucają błędy, wrzeszczą  i grożą. Słyszysz trzaski, ogólne zamieszanie i okrutnie nerwową atmosferę.
Co czujesz?
Nie wiesz, jak zareagować, boisz się ich ruchów, podejrzewasz, że zaraz zacznie się konkretna rozpierducha i twój dom pójdzie z dymem albo w najlepszym wypadku zamieni się w kupę gruzu. Jest ci gorąco, ściska cię w żołądku i chcesz wyrzygać z siebie ten strach. Myślisz o jutrze. Jakie będzie. I czy w ogóle będzie…

Abstrakcja, co?
Nie do końca.
Bo właśnie to czuje twoje dziecko, kiedy kłócisz się ze swoim mężem/ swoją żoną.
Czasami najmniejsza sprzeczka, ta o pierdoły, dla dziecka może być stresorem na miarę egzaminu na prawo jazdy.  Ono nie rozumie, że tak musicie, że gdzieś trzeba wyładować emocje, że po udowadnianiu sobie racji w końcu odpuścicie.

Sprawa jest patowa, bo w małżeństwie kłótnie to norma. Moja babcia zawsze powtarzała, że jeśli przestałaś kłócić się z mężem, znaczy, że albo umarł, albo właśnie pakuje walizki i się rozstajecie.
Przed ślubem planowałam, że każdą kłótnię rozwiążemy na spacerze. Tak żeby dzieci nie słuchały. Kulturalnie wymienimy argumenty, powoli przemierzając ścieżki jakiegoś parku. Obok nas będzie biegał pies, a my będziemy rzeczowo dyskutować…
Planowałam też liczne potomstwo, mieszkanie w Krakowie i to, że będę biegać co wieczór. Jak to z planami bywa, poszły się… (W pobliżu brak parków, zamiast psa mam królika, który z Chiny nie ruszyłby sadła ze swojego sianka, więc o spacerze mogę zapomnieć, a do kulturalnej wymiany argumentów musiałabym zeżreć ze trzy paczki tabletek ziołowych na uspokojenie…)
Nasze kłótnie mają włoski charakter. Warczymy jak dwa lwy na wspólnym terytorium. Albo raczej jak diabły tasmańskie, bo z lwów brakuje nam opanowania…
Wiem, że B2 ma z tego niezły cyrk, bo dla niemowlaka wszystko, co jest odstępstwem od rutyny, staje się atrakcyjne. Za to B1 przeżywa każdą, najdrobniejszą nawet sprzeczkę. Nieraz już zauważyłam, że kiedy robi się gorąco, stara się załagodzić nadchodzącą wojnę. Czasami na samą myśl, że tak to bierze do siebie, chłodzę nerwy i próbuję uspokoić się na tyle, żeby ograniczyć kłótnię do małej acz bolesnej szpili w ego B, zupełnie niewyłapywalnej przez czujne ucho B1.

Niestety, nie za każdym razem mi się to udaje i po wszystkim mam cholerne wyrzuty sumienia. Wiem, jako matka powinnam trzymać nerwy na wodzy. Ale mój piekielnie ognisty temperament  czasami nie daje się ujarzmić… Cóż… Nie jestem idealna…

Poradniki tworzą sryliony teorii na temat kłótni małżeńskiej. Zalecają stosowanie łagodnego tonu (dziwnie brzmiałoby kurwowanie ciepłym głosikiem z uśmiechem na twarzy…), przełożenie kłótni „na potem”, kiedy emocje opadną i włączy się mózg (no ale jak, kiedy ja właśnie w tym momencie muszę z siebie wywrzeszczeć, co czuję), albo rozwiązywanie problemów w poradni rodzinnej (przy trybie pracy B musieliby tam wprowadzić sesje nocne). Każde małżeństwo jest inne i wszelkie teorie nijak się mają do rzeczywistych relacji. Nie da się tłumić w sobie złości, bo jak negatywne emocje się skumulują, całe małżeństwo może runąć jak domek z kart.

Kłótnia to też forma relacji. Dzieci nie mogą wierzyć, że życie wolne jest od konfliktów. Przeciwnie, niech widzą, że one istnieją, że są czymś naturalnym i że – przede wszystkim – można je rozwiązać. Dzięki temu w przyszłości mała sprzeczka z chłopakiem, przyjaciółką, czy kolegą z pracy nie będzie dla nich tragedią na miarę wojny atomowej. Świat przecież nie jest tylko czarny albo wyłącznie biały.

Słoik miodu, szczypta soli i dwa ziarnka gorczycy

Jesień... #niedziela #spacer #sosnowiec #b1 #b2 #mojemiłości #babylove #babyboy #babygirl

Pamiętacie swoją ostatnią chwilę błogostanu? Taką, w której nikt ani nic Was nie martwiło, stresowało,niczym nie zaprzątaliście sobie głowy? Kiedy mogliście skupić się tylko na tym, co tu i teraz?

Leżałam w szpitalu po porodzie, B1 jeszcze była ważona, mierzona i klasyfikowana w kategoriach niemowlęcych. W zasadzie nie pamiętam, co dokładnie czułam, ale było mi dobrze. Mimo tego, że minęło prawie dwanaście lat, ciągle mam w głowie to obce mi już teraz poczucie spokoju. Wiedziałam, że stres porodu już za mną, wszelkie obawy z nim związane odeszły w dal, bólu nie było a dzieciak urodził się zdrowy. Wywaliłam się więc szczęśliwa na łóżku i licząc na to, że już tylko to, co dobre przede mną, czekałam na bobasa.

I to była właśnie ostatnia spokojna chwila. Tak, wtedy skończył się beztroski rozdział mojego życia.

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam B1, taką malutką, pokiereszowaną po porodzie, uświadomiłam sobie, że już nigdy nie będę mogła spokojnie zasnąć. Bo od tej pory stałam się za kogoś odpowiedzialna…

Do dziś pamiętam to uczucie – dziwny, nieznany nigdy wcześniej strach i niemożebne przerażenie. W jednym momencie euforia związana z narodzinami dziecka zamieniła się w potężny stos obaw i poczucia bezradności. W mojej głowie zaczęły się przewijać obrazy potencjalnych zagrożeń, jakie czyhają na dziecko. I zrozumiałam, że to życie, które przed momentem się rozpoczęło, jest w pełni uzależnione ode mnie i jego los właśnie ja ściskam mocno w rękach.

Od tamtego dnia wiele się nie zmieniło. Codziennie z niepokojem obserwuję życie jednego i drugiego dzieciaka. A zmartwień jedynie przybywa. Wiem, na tym polega macierzyństwo. Być może histeryzuję, może jestem zbytnio przewrażliwiona, ale całą słodycz życia z dziećmi przyćmiewają obawy, które pewnie w każdej matce mnożą się z minuty na minutę. I nie jest to łatwe doświadczenie. Ale chyba taka właśnie jest rola matki. Kto, jeśli nie ona poradzi sobie lepiej z tym wszystkim? Nie tak prosto przełknąć słodycz doprawioną goryczą i słonymi łzami…

Jedz, bo nie urośniesz!

Pożrę cię!!! Aaaaaaaaaa!!!! #b2 #b2ija #babylove #babyboy #żarłaczmały

Nie jestem ani pediatrą ani dietetykiem. Jestem zwykłą matką. I właśnie z tej perspektywy chciałabym Wam opowiedzieć moją przygodę z żywieniem dzieci.

B1 urodziła się w 36 tygodniu. Podchodziła pod wcześniaka tylko z teorii, bo parametry miała znakomite. Z moich planów trzymiesięcznego karmienia piersią nic nie wyszło. (Tylko przy pierwszym dziecku myślałam, że w macierzyństwie można coś zaplanować). Do siódmego miesiąca karmiłam ją wyłącznie moim mlekiem, następnie jeszcze jedenaście miesięcy na zmianę ze zwykłym jedzeniem. Stosunkowo późno zaczęłam wprowadzać jej inne pokarmy. Dziś widzę, że robiłam to bardzo chaotycznie.  Nie było wtedy tak rozpowszechnionego internetu, przeczytałam kilka książek, czasopism dla matek i połączyłam dobre rady w wygodną dla mnie całość. Bez ładu i składu uczyłam ją nowych smaków a to jagódek, a to marcheweczki, a to rosołku, sukcesywnie rezygnując z tego, czym pluła. Już na początku popełniłam kardynalny błąd podając jej na pierwszy rzut słodkie owoce. Przez to wiele warzyw natychmiast poszło w odstawkę. Drugim grzechem było niepowielanie prób. Gdy raz jej coś nie zasmakowało, więcej jej tego nie podawałam. kilka miesięcy próbowania i eliminowania skończyło się tym, że ostatecznie w menu B1 zostały parówki, bułka pszenna z masłem i Kinder kanapka…

Na szczęście badania, które wykonywaliśmy regularnie ani razu nie wykazały jakichkolwiek niedoborów. Wagę też udawało się utrzymać w normie, co prawda w dolnej granicy, ale jednak, za to wzrost nigdy nie schodził poniżej górnej kreski na siatce centylowej. Owszem, nigdy nie była ona pulchnym bobaskiem, raczej szczuplutką dziewczynką bez zwijek i pucołowatych policzków. W żaden sposób nie odbiło się to na jej rozwoju fizycznym ani intelektualnym. Niestety, za to duży wpływ wywarło na odporność, albo raczej na kompletny jej brak. Stąd kilkanaście razy w roku zmagaliśmy się z zapaleniem oskrzeli, leczyliśmy się nawet w kierunku astmy.

Latami walczyłam z nią o to, żeby chociaż spróbowała pomidora, sałaty czy owoców. Nadaremnie. Był ryk, zaciśnięte usta, dławienie się. Ani prośba ani groźba nie przynosiła efektów. Nie wiem, ile w tym było prawdziwej odrazy do jedzenia, a ile gry, bo aktorką w takich kwestiach jest ona wybitną…

O normalnym jedzeniu do dziś nie ma mowy. Co prawda nieco poszerzyła wachlarz smaków. Zaczęła jeść warzywa, owoce i inne pokarmy, nadal nie tknie się jednak wielu potraw. Przy większości kręci nosem. Ale je! Uodporniłam się już na jej fochy, zaciskam zęby przy obiedzie, nie patrzę na przerzucanie jedzenia na talerzu i marszczenie nosa, kurwuję w myślach, ale uśmiecham się i czekam cierpliwie, aż zje. Czasami trwa to pół godziny, czasami dłużej. Ale ostatecznie zjada. Najgorsze, że nie chce pić nic poza herbatą. Nie przyłoży do ust szklanki z wodą albo sokami. Po wypiciu wody ma odruchy wymiotne. Nawet nie wyobrażacie sobie, jak dziwnie patrzą na nas barmani pull barów, kiedy na wczasach przy temperaturze powyżej 30 stopni słyszą „Hot tea please…”

I tak za swój sukces uważam fakt, że od kilku tygodni do herbaty pozwala sobie wcisnąć cytrynę.

Ile ja się nasłuchałam, że głodzę dziecko, że chudzina, że nie urośnie, że szara cera… Tak jakbym specjalnie przed nią lodówkę zamykała… Nie było mi łatwo, miałam wyrzuty sumienia. Wiedziałam, że nikt poza mną nie ponosi winy za te błędy żywieniowe. Jednak czasu nie cofnę. Ostatecznie stwierdziłam, że głową muru nie przebiję i pozostaje mi przeczekać ten okres żywieniowego buntu.

Na szczęście widać organizm sam wie, ile mu potrzeba, bo wyrosła nam mądra, ładna, zgrabna i wysoka panna. Jest ona znakomitym przykładem na to, że hasło naszych babć „jedz, bo nie urośniesz” można zapisać w dziale bajek i legend…

Co do B2, w skrócie rzec by można, że lepiej go ubierać niż żywić…

Wchłonie wszystko, co tylko mu się przystawi pod nos. Kaszki, zupki, owoce, warzywa, chrupki, biszkopty, nie ma na niego mocnych. Kiedy jemy obiad, wychyla się z krzesełka i łapczywym wzrokiem żebraka zagląda do naszych talerzy. Ma ochotę na wszystko i o każdej porze. Nawet, gdy coś mu nie smakuje, wykrzywi buzię, zmruży oczy, otrzepie się, ale rozwiera paszczolka i sięga po jeszcze, jakby robił zapasy przed miesiącami epoki lodowcowej…

Nauczona błędami z pierwszego macierzyństwa, tym razem nie czekałam do siódmego miesiąca, tylko w połowie piątego zaczęłam wprowadzać pokarmy. I na pierwszy rzut za radą naszej kuzynki – przyszłej pani doktor, poszła dynia, brokuły i jabłko, długo potem dopiero przedstawiłam łasuchowi słodką marchew czy banana. W ten sposób zaakceptował on wszystkie smaki. Do tego nie stosuję się do haseł o niedopajaniu przy karmieniu piersią, a podaję mu wodę mineralną i sporadycznie herbatkę.

Jego obżarstwo jakoś wyjątkowo nie bije po oczach, jest wysokim chłopczykiem (jak na swój wiek oczywiście – ma mniej więcej osiemdziesiąt centymetrów), ale przy tym dość szczupłej postury. Nie policzę mu żeber, jak to mogę do dziś u B1 zrobić, ale też nie ma fałdek tłuszczu.

Mamy w domu dwie skrajności. Pod jednym dachem mieszka duży cedzak i mały odkurzacz – ta sama krew, te same geny, nawet kolor oczu ten sam, a jednak zupełnie różne nawyki żywieniowe. Jeden je tyle, żeby przeżyć, drugi żyje, żeby jeść… Nie wiem, co gorsze.

Widać jednak, że w żywieniu dzieci książki i teorie naukowe niekoniecznie się sprawdzają. Trzeba trochę posłuchać własnej intuicji i wyczuć potrzeby dziecka. A co najważniejsze – nie poddawać się. Wiem, że to nierówna walka, ale taki los rodzica. 

Cmentarz niezrealizowanych marzeń

Jeszcze dziś nowy wpis na blogu. O marzeniach. O niewykorzystanych okazjach. O tym, jak nie zabić w dziecku pragnień... #marzenia #blog #blogerka #humoryzmory

Dostałam kiedyś propozycję wyjazdu na rok do Neapolu. Mogłam tam uzyskać absolutorium i potem wrócić do kraju lub zostać na włoskiej uczelni. Nie zgodziłam się. Znalazłam natychmiast tysiące wymówek. Nawet nie zastanawiałam się, tylko odrazu odmówiłam, choć o takiej okazji zapewne marzyła każda młoda humanistka.
A tak naprawdę bałam się. Czego? Nowego, obcego miejsca. Nie znałam dobrze języka, myślałam, że nie odnajdę się sama w nowej rzeczywistości. Czułam się bezpiecznie na sprawdzonym gruncie i nie chciałam dysharmonizować swojego świata.

Z czego to wynikało? Z niewiary w siebie. Nie ufałam swoim możliwościom, nie miałam siły, żeby zmusić się do działania, bałam się porażki.
Wiem, że to nie w moim stylu. Dziś pewnie postąpiłabym inaczej. Nauczyłam się, że nie wolno rezygnować z szans, które los rzuca pod nogi. Ale potrzebowałam czasu, żeby do tego dojrzeć. Nie znam teraz przeszkody, której nie umiałabym pokonać, bo mam w sobie dużo siły. Wierzę w swoje umiejętności, potrafię je należycie wykorzystać i jestem świadoma własnej wartości. Dlatego mam odwagę stawić czoła każdej sytuacji. Szkoda, że dopiero po latach udało mi się wypracować w sobie te cechy.
Każdy z nas ma pewnie stos zmarnowanych okazji, źle podjętych decyzji i tęsknot za tym, co nie wyszło. Ciagną się one za nami jak niechciane odsetki kredytu i czasami biją po głowie wypominając nam tchórzostwo. Niestety, czasu się nie cofnie. Można jedynie naukę na wlasnych błędach wykorzystać w wychowaniu dzieci. Róbmy więc wszystko, by nie zabijać w nich marzeń i budować życiową odwagę.

Kiedy B1 była w pierwszej klasie, zapisała się na konkurs recytarorski. Zdziwiłam się bardzo, bo wiem, że nie ma ona za grosz talentu oratorskiego. Nawet w myślach rozśmieszyło mnie to, że porywa się z motyką na słońce. Wiele lat jeździłam z dzieciakami na takie konkursy i wiem, jak dużo zależy od wrodzonych zdolności. B1 ma mnóstwo talentów, ale wiersze potrafi najwyżej wykrztusić jak modlitwę albo rozkład jazdy autobusów.

Wiele dni ćwiczyła, wyuczyła się wtedy długiego i trudnego utworu, ale recytowała go co najwyżej poprawnie. Nie wygrała. Wróciła jednak dumna z siebie. Cieszyło ją to, że spróbowała swoich sił. Byłam zaskoczona jej reakcją na porażkę. Nie dosć, że nie bała się spróbować, to jeszcze przy tym świetnie się bawiła! Ile człowiek może nauczyć się od siedmiolatki…
Piąty rok obserwuję ją w szkole i widzę, że nie ma takiego zadania, którego by się nie podjęła. Jeśli się uda, to super, chodzi dumna i zadowolona z siebie; gdy coś nie wyjdzie, trudno. Ważne, że próbowała. Każdą porażkę potrafi zamienić w naukę i budulec charakteru.
Ma ona w sobie tę odwagę, której brakło mi, gdy miałam lecieć do Neapolu…
Co by było, gdybym wtedy przed konkursem recytarorskim powiedziala jej, że się nie nadaje? Pewnie obie siedziałybyśmy w domu bez większego celu. Ja żyjąca nieziszczonymi marzeniami a ona z tych marzeń ograbiona…

Nie zabijajmy w dzieciach pragnień. Niech się sparzą, niech doświadczą sukcesów i porażek.  Bo inaczej ich życie stanie sie puste. Muszą codziennie powtarzać i mocno w to wierzyć, że istnieją takie rzeczy, o które warto walczyć do samego końca. To właśnie marzenia…

Matka Polka udręczona

Zatrzymujemy chwile... #spacer #b2ija #razem #relaks #macierzyński

Zauważyłam, że za każdym razem, gdy w mediach społecznościowych opublikuję zdjęcie pokazujące mój relaks, czytanie książki czy – nie daj Boże – picie kawy, spotykam się z dziwną reakcją kobiet. Jedne piszą, że mnie podziwiają, bo ONE nie mają wolnego czasu (taki standardowy schemat – TY jesteś be a JA cacy!), inne zazdroszczą, jeszcze inne żalą się, że w ogromie pracy mogą zapomnieć o odpoczynku. W każdej reakcji jednak idzie wyczuć kroplę krytyki (jaśniej mówiąc – delikatne plucie jadem) i zestawienie mnie, bezczelnie łamiącą stereotyp padniętej na twarz matki z resztą świata kobiecego – urobionego do nieprzyzwoitości, oddanego dziecku lub pracy, bez szans na chwilę wytchnienia.

Przyjęło się, że kobieta musi być ucioraną cierpiętnicą. Bez względu na to, czy jest aktywna zawodowo, czy wychowuje dzieci. W jej słowniku nie istnieje termin relaks (którego perfidnie nadużywam na macierzyńskim), musi od rana do wieczora poświęcać się swojemu oprawcy (czyt. dziecku, szefowi, mężowi, psu, garom, pralce, podłodze, papierologii, itd…* niewłaściwe skreślić…), być wiecznie niewyspana, robić wołającą o współczucie minę i wciąż powtarzać, że na nic nie ma czasu i nie zdąża z obowiązkami. Mówienie głośno o tym, że ma się chwile dla siebie jest palone na stosie, bo matce, kobiecie pracującej, czy gospodyni domowej nie wypada odpoczywać. Zewsząd słychać tylko westchnienia, jakby to one chciały TAK JAK JA posiedzieć przy książce, obejrzeć serial albo wybić kawę…
Z każdej strony wzorowe kobiety biją mnie po uszach, że praca męczy, dziecko dobija, dom wykańcza. Sorry drogie panie. Ale czy ktoś wam każe pracować, wychowywać dzieci, sprzątać, gotować, itd.? Kto powiedział, że każda z nas musi skończyć przyduszona ciasnym kostiumem na dziesiątym piętrze biurowca albo wdeptana między kaszki, chrupki i kupy? Zawsze przecież można wybrać opcję mniej ambitną -tumiwisizmu społecznego, samotnej wyprawy dookoła świata, staropanieństwa (wiem, nie każdej to słowo przez gardło przejdzie). Pamiętajcie, WASZE życie to WASZ wybór! Dlaczego szukacie współczucia za decyzje, które przecież podjęłyście same? A przecież odpoczynek to nie wstyd!
Jeśli czegoś nie lubię, nie robię tego. Syf w domu może poczekać, kiedy akurat mam ochotę poczytać książkę, jechać na zakupy albo wyjść z moją gawiedzią na plac zabaw. Praca nigdy mnie nie męczyła – raczej dopingowała. Uwielbiałam te dni, kiedy po całym dniu wracałam zmęczona do domu. Znaczyło to, że był aktywny czas zawodowy i coś się działo. Dzięki takim chwilom nigdy nie straciłam zapału do swojego fachu. A dzieciaki? Potrafią doprowadzić mnie do szału, ale fajnie je mieć. Nawet to zmęczenie po nieprzespanych nocach ma swój urok.

Owszem, miewam gorsze dni – jak każdy. Wtedy warczę na wszystko. Bywam smutna, wściekła, podirytowana. Jak każdy – mam chwile słabości. One jednak mijają. Podchodzę więc do życia z dystansem. Nie wstydzę się tego, że mam czas dla siebie. Mam do niego prawo. Jak każdy. Nie udaję uciemiężonej, nie szukam współczucia. Bo i po co? Ono przecież nie buduje. Tylko na chwilę maskuje nasze prawdziwe emocje.  Matka nie jest synonimem cierpiętnicy. Matka to kobieta ciesząca się życiem i przekazująca tę umiejętność swoim dzieciom. Jaki byłby świat, gdybyśmy wychowywały takich mruków?
Czy naprawdę musimy narzekać, żeby czuć się lepiej? Piszecie, że zazdrościcie mi czasu przy książce. Usiądźcie i poczytajcie. Nie jesteście przecież operatorkami rakiety Kim Dzong Una, bez was czas pędzi tak samo. Najwyżej obiad się przypali, muchy utkną w lepiącej się podłodze, dzieciaki się chwilę ponudzą, albo może wreszcie nauczą się kreatywności?

Przestępca w różowej sukience

Poranne pogaduchy z komputerem.  #obrazkisensoryczne #babylove #babyboy #B2 #sobota

Na zebraniu z rodzicami u B1 dyrekcja wyświetliła film o zagrożeniach związanych z korzystaniem z internetu przez dzieci. Zapewne to kolejny projekt Ministerstwa Edukacji. Co roku trąbi się o tej sprawie, bo prawda jest taka, że multimedia towarzyszą dzieciakom od początku.

W internecie znaleźć można filmiki z obrazkami sensoryczynymi już dla niemowląt. Sama z nich korzystam, no bo dlaczego nie? Dzieciaki przygotowują projekty, szukają informacji na lekcje, oglądają filmy (edukacyjne albo i nie), korzystają z aplikacji ułatwiających liczenie, rysowanie, tworzenie dźwięków, komunikują się, tworzą własne programy, itd.

B2 już jest specem w tych sprawach. Ma konta na portalach społecznościowych (mimo mojego sprzeciwu, ale z drugiej strony nie mam argumentu, żeby jej zabronić, skoro wszyscy w klasie korzystają z tego gówna), nagrywa filmiki na jakieś portale, zręcznie posługuje się pocztą, wyszukiwarką i resztą e-wymysłów…

Kontroluję ją (tak myślę) należycie. Mam dostęp do jej kont, widzę, co publikuje i kto na to reaguje, wiem, z kim rozmawia. Potrafię wyznaczyć granice a ona zdaje sobie sprawę z tego, czym może grozić nieumiejętne korzystanie z internetu. Z pewnością zwraca uwagę na to, co robi w wirtualnym świecie, mając z tyłu głowy świadomość mojego wzroku.

Mimo to w myślach mam miliony obaw. Próbuję przewidzieć potencjalne zagrożenie i zapobiec mu, zanim jeszcze nastąpi. Masz tak samo? Chcesz ochronić swoje dziecko przed każdym niebezpieczeństwem czającym się w sieci? Bardzo dobrze! Taka jest twoja rola. Ale co, jeśli to twoje dziecko jest przestępcą…?

Ja wiem, uśmiechasz się i wierzysz, że to niemożliwe. Ten istny słodziak nie przypomina rozczochranych psychopatów czyhających po drugiej stronie monitora na niewinne dzieci. Spoglądasz na nie, jak wybałusza oczy kota ze Shreka i przytula się do ciebie. Ono nie umiałoby nikomu zrobić krzywdy. No gdzież!

Będę to powtarzać bez końca! W wychowaniu jak na drodze trzymamy się zasady ograniczonego zaufania! Musimy dopuścić do siebie tę trudną myśl, że nasze dzieci mogą stać się zagrożeniem dla innych.

Ale jak? Nie potrzeba wiele. Może zacząć się niewinnie – od komentarza, zmontowanego zdjęcia, po prześladowanie, hejt czy rozsyłanie niewłaściwych treści w wirtualny świat. Teraz pewnie myślisz, że to ciebie nie dotyczy. Jesteś pewny?

Dasz sobie uciąć rękę, że twoje dziecko właśnie w tej chwili nikogo nie obraża, nie krytykuje, nie wyśmiewa kolegi z klasy, nie dokleja zdjęcia twarzy koleżanki do ciała jakiejś aktorki porno, nie zakłada na portalach społecznościowych grup, do których zabrania wstępu nielubianym osobom, nie tworzy na ich temat ośmieszających memów, wierszyków albo nie posługuje się rubasznym słownictwem w stosunku do innych?

Skąd wiesz, że swoimi komentarzami w internecie nie doprowadzi ono kogoś do próby samobójczej, że nie chcąc odstawać od grupy nie dokona słownego linczu na bezbronnym koledze lub koleżance, nie oczerni, nie pomówi, nie wrzuci do sieci ośmieszającego filmiku, który nagrał ukradkiem tylko po to, żeby przypodobać się innym?

Ufasz swojemu dziecku na tyle, aby zapewnić, że nie szykanuje kogoś, świadomie lub przypadkiem nie wyrządza krzywdy drugiej osobie? Nie możesz udawać, żaden rodzic nie jest w stanie ręczyć za niewinność dziecka, dopóki nie zbuduje z nim silnej więzi opartej na zaufaniu i wspólnym systemie wartości.

Jedna z moich koleżanek miała syna w gimnazjum. Chłopiec nie należał do klasowych łobuzów, uczył się dobrze, nie „włóczył” się, dzień spędzał w pokoju, bo lubował się w grach komputerowych. W przyszłości chciał zostać grafikiem. Jakże była zdziwiona, gdy dostała wezwanie na policję. Po przesłuchaniu chłopaka okazało się, że razem z kolegami z klasy knuli, jak pozbyć się nielubianego ucznia. Wśród wymyślnych propozycji padła – ku wielkiemu zdziwieniu koleżanki ze profilu jej syna – propozycja, aby złapać go po lekcjach, wrzucić do wcześniej przygotowanego dołu i zakopać żywcem.

Nie wiadomo, czy to miało być tylko głupie zdanie rozluźniające rozmowę, czy chłopak pisał na serio – w sieci nie da się zinterpretować emocji i tekst pisany, który może być z przymrużeniem oka, staje się realną groźbą.

Konsekwencje sprawy były poważne – młody do dziś ma nadzór kuratora, nie dostał się do wymarzonego liceum ze względu na naganne zachowanie, a w jego świadomości istnieje już poczucie, że jest przestępcą…

Jak temu zapobiec?

Jest uniwersalny sposób – rozmowa. Bądź cały czas przy swoim dzieciaku. Słuchaj, nawet jeśli jesteś zmęczony, masz dość opowieści o Maćku, Franku, Janku i ich pomysłach. Nie bagatelizuj najmniejszego problemu. Opowiadaj, ucz empatii. Nie odsuwaj się od niego. Kiedy będzie czuło twoje wsparcie, nie ucieknie w złość i poczucie niesprawiedliwości, którą przecież gdzieś musi wyżyć.

Nie udawaj, że temat internetu nie istnieje. Skoro sieć stała się integralną częścią życia twojego dziecka, staraj się dowiedzieć o niej jak najwięcej. Pytaj o gry, słuchaj o postępach, „levelach”, zachwycaj się nimi, interesuj się portalami i miejscami, które odwiedza w sieci twoje dziecko, pokaż, że obchodzi cię jego mały e – światek, a nawet nie wiesz, kiedy, samo zacznie opowiadać ci o tym, co robi w internecie, z kim rozmawia i na jakich stronach spędza najwięcej czasu.

Najlepszą kontrolą rodzicielską jest wyrobienie w dziecku zaufania do siebie.

Ale musisz też edukować. Przestrzegaj przed konsekwencjami, uświadamiaj, że słowo jest równe czynom i za to, co napisze w sieci, jest karane identycznie, jak za przestępstwa w rzeczywistości. Niech wie, że treści umieszczone w internecie są trwałe. I nawet usunięcie ich nie powoduje całkowitego wymazania, że to, co raz trafiło do wirtualnego świata, pozostaje w nim na zawsze.

Ucz dwoje dziecko rozwiązywania problemów i konfliktów w świecie rzeczywistym, nie pozwalaj ukrywać się za monitorem. Choćbyś miał go za rękę targać do kolegi, wyrób w nim przeświadczenie, że ręka podana na zgodę jest najpiękniejszym czynem, na jaki człowiek może się zdobyć. Buduj w nim wartości i bądź w jego życiu zawsze obok. Niech nie czuje się samotny. Jeśli nie znajdzie w tobie nauczyciela, szybko zastąpi cię googlami, wikipediami i wszechwiedzącymi kolegami. Nie pozwól na to, żeby kiedyś żałował swoich czynów, słów i decyzji.

Jak widzisz, zagrożenia z internetu walą drzwiami i oknami, sieć potęguje ich intensywność, a twoją jedyną tarczą jest trzeźwe myślenie. Dopuść do świadomości ten przykry fakt – we współczesnym świecie nie możesz chronić dziecka tylko przed czynnikami zewnętrznymi, równie ważna jest obrona przed nim samym…

Komory gazowe na obcasach

Wczoraj zobaczyłam coś niewiarygodnego. Aż przetarłam oczy ze zdziwienia. Myślałam, że takie zjawiska w dzisiejszych czasach nie istnieją. A jednak…

Na spacerniaku przy galerii handlowej przechadzała się pani w ciąży. Po dość sporym brzuchu można było wnioskować, że to jakiś szósty, siódmy miesiąc. Razem z koleżanką ostro dyskutowała gestykulując przy tym niemiłosiernie. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że w dłoni tej pani spoczywał papieros… Co kilka zdań majestatycznie zaciągała się dymem i wymachiwała fają we wszystkie strony. Uwierzcie, wmurowało mnie. W czasach, kiedy o skutkach palenia w ciąży wie nawet dzieciak w podstawówce, jakaś troglodytka jawnie, na oczach całego społeczeństwa niszczyła własne dziecko. Pomyślałam sobie, że równie dobrze mogłaby przyjść na spacerniak z niemowlakiem i podtopić go w fontannie… W zasadzie nie byłoby to bardziej drastyczne niż faszerowanie maleństwa tablicą Mendelejewa przez pępowinę…

Polskie akcje profilaktyczne są chyba zbyt łagodne i nie trafiają widać do każdej kobiety. Napis o szkodliwości palenia na paczce papierosów jest tylko pustym sloganem. Nie przemawia on do ludzi, bo nie każdy może pochwalić się bogatą wyobraźnią.

W Brazylii na przykład opakowania papierochów zawierają konkretne, mocne obrazy. Brazylijskie Ministerstwo Zdrowia narzuciło nawet napis odnoszący się właśnie do ciężarnych: „w przypadku kobiet w ciąży papieros może powodować przedwczesne porody, noworodki o wadze urodzeniowej poniżej normy i zwiększone prawdopodobieństwo zakażenia astmą”. Ale to nie wszystko, poza hasłem umieszczono również zdjęcie noworodka, który przyszedł na świat z ciąży palaczki. Może gdyby u nas w kioskach z paczek papierosów krzyczały takie obrazy, matki opamiętałyby się i dla dobra własnych dzieci zrezygnowały na te parę miesięcy z palenia.

 

Wychowaj moje dziecko!

I znowu popołudnie w książkach.  #pocotyletejnauki #b1 #nauka #nauczycielezgłupieli

Idzie rok szkolny. W internecie zaczęło krążyć mnóstwo memów z nieszczęśliwymi dziećmi i skaczącymi  do góry z radości rodzicami. Obrazki faktycznie są zabawne, ale poruszają dość smutny problem. Długo myślałam, czy wypowiedzieć się na ten temat. Muszę jednak wylać swoje żale, bo od dawna mnie irytuje podejście rodziców… I tym razem nie mówię jako mama ale jako nauczycielka…

Sama nie mogę doczekać się powrotu B1 do szkoły ale tylko dlatego, bo z nudów zaczyna być nieznośna i rozleniwiona. Mieszkamy daleko od jej koleżanek, z większością ma tylko kontakt telefoniczny, widzę, że za nimi tęskni. W trakcie roku szkolnego wstaje wcześniej i cały dzień jest lepiej zorganizowany, w szkole spędza czas z koleżankami, wybawi się, wyśmieje, wygada i wraca do domu naładowana pozytywną energią. Na lekcjach i przerwach zawsze coś się dzieje, nie da się nudzić. Jest to niestety jedyny atut zbliżających się dni. Cała reszta to godziny spędzone w książkach, stres przed sprawdzianami, tłumaczenie trudnych partii materiału i mnóstwo czasu poświęconego na odrabianie zadań domowych. Wiem, że nie dla każdego rodzica jest to utrapienie. Dlaczego? Bynajmniej nie z powodu posiadania uzdolnionych dzieci. Żaden uczeń nie poradzi sobie sam, bez pomocy rodzica. I nie mówię tu o wyręczaniu a o zwykłym wsparciu – sprawdzeniu zadania, przepytaniu, doradzeniu w doborze źródeł, itd. Nie zostawiam B1 na pastwę edukacji, pilnuję jej, pomagam, spędzam popołudnia na towarzyszeniu jej w nauce. Wiem, że muszę tego dopilnować jako matka, nie mogę zwalić tego obowiązku na nauczycieli, bo to nie jest ich „brocha”.

Niestety, wielu rodziców ma dziwne pojęcie, że dzień rozpoczęcia szkoły jest dla nich początkiem wakacji od kształcenia i wychowania. Zaprowadzają dziecko do szkoły i nie interesuje ich, czego się tam uczy, jaki materiał musi opanować i jak zachowuje się na lekcjach, przerwach, w relacji z rówieśnikami i pracownikami szkoły. Nie czują potrzeby wychowywania i uczenia dziecka. Zrzucają ten obowiązek na nauczycieli, zapominając, kto tak naprawdę powinien być pierwszym, najważniejszym źródłem wiedzy o świecie. Winą za wszelkie niepowodzenia obarczają szkołę, jakby nagle przestali zdawać sobie sprawę z tego, że większość czasu mimo wszystko dzieci spędzają w domu.

Szkoła to nie fabryka, nie wychowa młodych ludzi sama, nie wbije na siłę im wiedzy do głów, nie wypluje na koniec edukacji idealnego człowieka, gotowego na walkę z trudami życia. Uważam, że nauczyciele mogą jedynie wesprzeć rodziców w ICH obowiązku.

Dla wielu matek szkoła stała się wręcz „przechowalnią” dzieci. Miałam kiedyś krótki epizod pracy w szkolnej świetlicy. Dzieciaki mogły w niej przebywać od 6:30 do 16:00. Rodzice pracujący często z wywieszonymi językami pędzili po swoje pociechy, żeby jak najszybciej odebrać je ze szkoły, a niejednokrotnie dzieciaki bezrobotnych mam dosłownie zamykały ze mną świetlicę i nieraz musiałam czekać długo po godzinach mojej pracy, aż taka jedna z drugą między łykami kawy u koleżanki przypomni sobie, że jeszcze ma dziecko… To samo podczas przerw świątecznych, kiedy nauczyciele zapewniali uczniom opiekę. Nie przychodziły dzieciaki pracujących rodziców (oni zazwyczaj byli na tyle zorganizowani, że już dużo wcześniej mieli załatwioną pomoc w postaci babci, ciotki, sąsiadki, itd. Zwyczajnie, po ludzku chcieli dać możliwość odpoczynku od szkoły swoim pociechom). Ale niestety, byli tacy, którzy kręcili nosem na myśl, że w Wigilię szkoła czynna jest TYLKO do godziny 13:00. Myslę, że dla niektórych najbardziej satysfakcjonująca by była całodobowa opieka. W tym wszystkim najbardziej żal było mi tych dzieci. Czekały z utęsknieniem na matki, ojców, opowiadały, jak spędzą z nimi czas, wyglądały za okno i przebierając nogami liczyły na to, że chociaż raz ktoś odbierze je wcześniej…

Rodzicu! Pamiętaj! Jestem nauczycielem a nie opiekunką. Nie wychowam za ciebie dziecka. Mogę wesprzeć cię w tym trudnym zadaniu, mogę pokierować, doradzić. Przekażę twojemu dziecku wiedzę i dam niezbędne umiejętności, ale ty musisz z nim w domu utrwalać to, na co ja mam codziennie tylko czterdzieści minut. Musisz sprawdzać, czy radzi sobie ze wszystkim, kontrolować jego wiedzę, uczyć go dysponowania czasem, pokazać mu, że może na ciebie liczyć.

W procesie wychowania twojego dziecka musimy być partnerami, nie podważaj mojego autorytetu, bo kiedyś dziecko zlekceważy ciebie. Nie bagatelizuj moich uwag i ocen, bo nauczysz dziecko bagatelizowania obowiązków. Tylko współpracując możemy dać twojemu dziecku obszerną wiedzę, porządne umiejętności i solidne wychowanie. Wiedz, że bez ciebie poradzę sobie, przeprowadzę lekcję, dam dziecku maksymalne wsparcie i odnajdę w nim to, co najlepsze. Ale ty skrzywdzisz zarówno siebie jak i swoją pociechę. Twoja obojętność wbije w serce dzieciaka szpile, których nie uda ci się już wyciągnąć.

Dziecko jest twoje, mój jest uczeń. Nie zrzucaj na mnie obowiązku wychowania, bo ja będę z wami tylko kilka lat, potem zostajecie sami i musicie jakoś ze sobą żyć.

I tylko od ciebie zależy kształt waszej przyszłości. Chcesz mieć poczucie winy za notoryczne porażki czy czuć dumę z sukcesów twojego dziecka?

Od największych dla najmniejszych

Dzieci są największymi motywatorami do działania. To niesamowite, jak dorośli stają na głowie, żeby maluchom było w życiu łatwiej, cieplej, wygodniej, zdrowiej, itd…

Największe koncerny prześcigają się w innowacyjnych produktach do zabawy, jedzenia i pielęgnacji. A wszystko dla nich, najwspanialszych czasoumilaczy…

Wśród firm przyjaznych dzieciom zdecydowanie wiedzie prym Canpol Babies, która jeszcze nigdy mnie nie zawiodła i drugi raz towarzyszy nam w drodze macierzyńskiej. Jeśli chcecie poznać bliżej świat dziecięcych marzeń, rodzicielskich rozterek,wpadajcie do Blogosfery Canpol. Możecie tam nie tylko zasięgnąć porad w sprawie wychowania i pielęgnacji maluszków, wypowiedzieć się na forum i poznać inne mamy, ale też otrzymać świetne produkty – zabawki i akcesoria Canpol Babies.

Sama jestem Canpolmamą, o czym już nieraz mogłam Wam opowiedzieć, kiedy to razem z B2 testowaliśmy produkty. Jesteśmy wiernymi fanami Canpol Babies i mamy nadzieję, że i tym razem firma nam zaufa i pozwoli na wyrażenie swojej opinii o kolejnym fascynującym produkcie.

Zaglądajcie koniecznie!

Mleczna prawda

#karmieniepiersią #karmiębokocham #karmieniepiersiąjestpiękne #B2 #babylove #babyboy #blog #instababy

Ja wiem. Karmienie piersią to koszmar. Już po kilku dniach od porodu masz chęć uciec gdzieś daleko, schować swoje cycki przed światem ( a konkretnie przed wydanym na tenże świat nienażartym ssakiem) i wrzasnąć, żeby wszyscy dali ci święty spokój. Nie spodziewałaś się z pewnością, że leżenie może być tak męczące. A jednak! Kręgosłup jest poturbowany jak wóz na kamienistej drodze, czujesz każdy zastany mięsień, sutki pogryzione do krwi a piersi zapomniały dawno o jędrności i powoli  zaglądają pod kolana.
Ale przyznaj, kochasz to. Cierpisz jak cholera, ale wiesz też jak szybko ucieka czas. Te chwile trwają bardzo krótko i są niepowtarzalne. Takie mgnienie niewyobrażalnej cudowności. Przecież już nigdy więcej nie poczujesz tego błogostanu i aury więzi z dzieckiem.
To najpiękniejsze z przeżyć, podczas którego czujesz, jakby świat stanął w miejscu, nic nie jest ważne, liczy się tylko jedno – widok maleńkiego dzieciątka, które z przymrużonymi oczami, bez pośpiechu delektuje się każdym łykiem. To ponadwymiarowe poczucie, że teraz jesteś tylko ty i ono, jedność i świadomość, że wciąż tworzycie wspólny organizm, ten wszechobecny spokój. Nic tak nie wycisza cię jak ciepło wtulonego w ciebie dziecka!
Karmienie to przeżycie mistyczne. Ma w sobie cudowne pierwiastki. Nie uciekaj przed nim. Nie tłumacz się brakiem czasu, powrotem do pracy bólem czy niemożnością zaspokojenia głodu dziecka. Wykorzystaj swój dar do granic możliwości. Bo potem pozostanie już tylko szara rzeczywistość.