Słoik miodu, szczypta soli i dwa ziarnka gorczycy

Jesień... #niedziela #spacer #sosnowiec #b1 #b2 #mojemiłości #babylove #babyboy #babygirl

Pamiętacie swoją ostatnią chwilę błogostanu? Taką, w której nikt ani nic Was nie martwiło, stresowało,niczym nie zaprzątaliście sobie głowy? Kiedy mogliście skupić się tylko na tym, co tu i teraz?

Leżałam w szpitalu po porodzie, B1 jeszcze była ważona, mierzona i klasyfikowana w kategoriach niemowlęcych. W zasadzie nie pamiętam, co dokładnie czułam, ale było mi dobrze. Mimo tego, że minęło prawie dwanaście lat, ciągle mam w głowie to obce mi już teraz poczucie spokoju. Wiedziałam, że stres porodu już za mną, wszelkie obawy z nim związane odeszły w dal, bólu nie było a dzieciak urodził się zdrowy. Wywaliłam się więc szczęśliwa na łóżku i licząc na to, że już tylko to, co dobre przede mną, czekałam na bobasa.

I to była właśnie ostatnia spokojna chwila. Tak, wtedy skończył się beztroski rozdział mojego życia.

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam B1, taką malutką, pokiereszowaną po porodzie, uświadomiłam sobie, że już nigdy nie będę mogła spokojnie zasnąć. Bo od tej pory stałam się za kogoś odpowiedzialna…

Do dziś pamiętam to uczucie – dziwny, nieznany nigdy wcześniej strach i niemożebne przerażenie. W jednym momencie euforia związana z narodzinami dziecka zamieniła się w potężny stos obaw i poczucia bezradności. W mojej głowie zaczęły się przewijać obrazy potencjalnych zagrożeń, jakie czyhają na dziecko. I zrozumiałam, że to życie, które przed momentem się rozpoczęło, jest w pełni uzależnione ode mnie i jego los właśnie ja ściskam mocno w rękach.

Od tamtego dnia wiele się nie zmieniło. Codziennie z niepokojem obserwuję życie jednego i drugiego dzieciaka. A zmartwień jedynie przybywa. Wiem, na tym polega macierzyństwo. Być może histeryzuję, może jestem zbytnio przewrażliwiona, ale całą słodycz życia z dziećmi przyćmiewają obawy, które pewnie w każdej matce mnożą się z minuty na minutę. I nie jest to łatwe doświadczenie. Ale chyba taka właśnie jest rola matki. Kto, jeśli nie ona poradzi sobie lepiej z tym wszystkim? Nie tak prosto przełknąć słodycz doprawioną goryczą i słonymi łzami…

Nie jestem Anią Lewandowską

Love love love love  #babyboy #babylove #love #instamama #macierzyński #oszalałamnajegopunkcie #jesień #niedziela #ipoweekendzie

Bycie sławnym ma swoje plusy i minusy. Ktoś, kto osiągnął w życiu sukces, ma zapewne tylu zwolenników co i wrogów. Do takich osób należy zapewne rodzina Lewandowskich. Sukces, sława, pieniądze, uroda – praktycznie można im zazdrościć wszystkiego. Czasami przeglądam ich profile i czytam komentarze obserwujących ludzi. Mają w sobie tyle zawiści, że wyrzygują na nich swoje niespełnione aspiracje. Zarzucają im praktycznie wszystko, co złe. Każdy krok spotyka się z krytyką. Ania nosi córkę w nosidełku? Źle. Nie ma brzucha po ciąży? Tragedia! Udziela wywiadów, gdy dziecko jest obok? Niewybaczalne! Robert obronił licencjat? Po co? Poszedł na spacer z Klarą? No jak mógł się tak lansować? I tak można mnożyć te absurdy. Takie już mamy społeczeństwo. Jeszcze się taki nie urodził, co by Polakowi dogodził…

Każdy medal ma jednak dwie strony. Niewielu zauważa, że za kulisami tego idealnego świata Lewandowskich kryje się ciężka, znojna i wymagająca niemożebnych poświęceń praca.
Ania jest propagatorką zdrowego stylu życia. Uwielbia sport i próbuje zaszczepić w kobietach swoją pasję. To świetnie, że może łączyć przyjemne z pożytecznym. Na pozór wydaje się to wszystko takie sielskie. Ale…
Kiedy ja rano otwieram oczy, ona jest już po porannym treningu. Lubimy z B2 poleżeć i się poprzytulać z rana, to wyjątkowe i bezcenne chwile. Ona w tym czasie prowadzi zajęcia, udziela wywiadów, ćwiczy, przyrządza jedzenie, itd. Jej córka wtedy jest gdzieś z boku, musi pocieszyć się krótkimi chwilami z matką. A z pewnością dla Ani łatwe to nie jest. Przy B1 musiałam wiele czasu poświęcić pracy i pamiętam, jak to bolało. Chociaż pracowałam z radością, nieraz było mi przykro, że muszę zostawić maleństwo, zamiast wspólnie spędzić dzień. Matki spacerowały z dziećmi po parku, cieszyły się z pięknej pogody, szalały z pociechami, były świadkami przełomowych momentów w ich rozwoju, a ja nie widziałam pierwszego kroku B1, nie słyszałam pierwszych wypowiadanych słów. Wiecznie byłam w pracy…

Ludzie zazdroszczą Lewandowskim kariery. Sukces sam do nich nie przyszedł. Doszli do niego wieloma wyrzeczeniami i ciężką pracą. Robert ma talent ale to za mało. Trzeba umieć go rozwinąć. Zapewne to, że dziś jest tak znakomitym piłkarzem kosztowało go wiele poświęceń. Treningi, mecze, odpowiednia dieta, brak czasu na rozrywkę. Widzę, jak wiele dają z siebie mali piłkarze z drużyny B. Muszą godzić sport z nauką, skrupulatnie planować każdy dzień, żeby nie zaniedbać żadnych obowiązków.  Kiedy inni chłopcy bawili się w najlepsze, Robert zapewne ciężko trenował.

Ania jest piękną kobietą ale i to sami nie przychodzi. Kiedy w ciąży z psiapsiółą opychałyśmy się serniczkami, ona tworzyła menu przyszłej mamy, które z pewnością nie było rozkoszą dla podniebienia. My leżałyśmy z popcornem przy serialu, ona ćwiczyła i trzymała się restrykcyjnej diety. Musiała mieć w sobie mnóstwo siły i samozaparcia, żeby nie ulec pokusom, co w ciąży wydaje się być niemożliwe, a jednak!

Uważam, że Lewandowscy nie zasługują na falę krytyki. To ludzie, którzy naprawdę sami, dzięki własnej sile doszli do sukcesu i mają prawo się z niego cieszyć. Wszystkie te komentarze i uwagi dotyczące ich życia są efektem chorej zawiści. Ludziom wydaje się, że tak łatwo do czegoś dojść. Najłatwiej komentuje się czyjeś życie. W ten sposób można chociaż na chwilę ukryć to własne, beznadziejne i puste.

Co prawda miarą czyjegoś sukcesu jest liczba jego wrogów. Szkoda jednak, że nie potrafimy uznać czyjejś pracy, docenić jej i wyrazić słów uznania. Wiem, trudno im przebić się przez gardło pełne jadu….

Paradoksalnie, wielu ludzi ich krytykuje a jednocześnie chce choć odrobinę się do nich upodobnić. Nie rozumiem, dlaczego, skoro tak bardzo nie podoba im się to, co robią i jak się zachowują…

Nie jestem Anią Lewandowską. I w zasadzie nigdy nie chciałabym nią być, chociaż bardzo doceniam jej pracę. Dlaczego? Bo jestem Zmorą. Stuprocentową Zmorą. Mam swoje życie, własne cele, ideały i marzenia. Cieszę się mojego planu na siebie, nie chcę się do nikogo upodabniać, podoba mi się to, jak żyję, co mam i ile osiągnęłam. Lubię swój styl, nie kopiuję nikogo tylko po to, żeby poczuć się lepiej. Po co udawać kogoś, kim nie jestem, skoro mogę świetnie czuć się w swoim świecie?

Twoje dziecko – nie twój człowiek

#kochammorze #Bałtyk #zachodslonca

Moment, w którym na świat przychodzi nowe życie, jest niesamowitym doświadczeniem. Być może to, co napiszę, wyda się banalne i oczywiste, ale kiedy rodzi się tygrys, jest on dla wszystkich tygrysem. Słowik w oczach reszty ptaków po wykluciu się z jaja jest słowikiem. Kot kotem, jaszczurka jaszczurką, wieloryb wielorybem, nawet komar – ku naszej udręce – jest małym, upierdliwym, bzyczącym komarem…

Niestety, nie stało się to regułą w przyrodzie, bo jest taki jeden gatunek, który na siłę próbuje wszystko sobie podporządkować. I gdy rodzi się człowiek, oczy rodziny natychmiast widzą w nim lekarza, prawnika, piłkarza, następcę rodzinnego biznesu, piosenkarkę, modelkę, siatkarkę, itd… (Każdy mógłby tu dopisać swoje typy). Jeszcze dzieciak dobrze świata nie zobaczył, bo oczy mazią płodową miał pozalepiane, a już miał biedak całą przyszłość dokładnie zaplanowaną – najpierw szkoła, korepetycje, trzy języki, potem najlepsza uczelnia w kraju i praca – a to w kancelarii wujka, albo w klinice pod Warszawą, albo też w firmie ojca, matki, ciotki, babci…

Kiedy byłam mała, moja mama chciała, żebym została w przyszłości lekarzem. Pamiętam, że kupiła mi nawet zestaw medyczny do zabawy… A ja? Biegałam po podwórku z wielkim zeszytem pod pachą i rozsadzałam kolegów w ławkach ze starych drzew, potem z zadartym nosem chodziłam między nimi udając profesorkę. Do dziś krążę między ławkami, tylko nos zadarty się nie uchował.

Chcąc nie chcąc z medycznych planów nic nie wyszło. Nie latam w białym fartuchu, nie pracuję w prywatniej klinice, nie zarabiam fortuny i nie mam przed nazwiskiem kupy tytułów. Ale za to czuję się świetnie w swoim zawodzie i – uwierzcie mi – ani razu, odkąd pracuję, nie dąsałam się, że muszę iść do szkoły…

Rodzice i dziadkowie przekrzykują się w snuciu planów dla swoich potomków. „Ona będzie lekarzem, bo taka mądrość bije z jej oczu”, „on zostanie prawnikiem, przecież ma same szóstki”, „on będzie wykładał na uczelni i zrobi doktorat”, „ona stanie się sławną tancerką”… Świetnie, że tak kreatywnie potrafią oni podejść do pisania życiorysów, tylko dlaczego cudzych?

Każdy rodzic ma wizję przyszłości swoich dzieci. Oczywiście, ja też mam. Chcecie ją poznać? Moje dzieci będą… szczęśliwe. Pójdą za swoimi marzeniami. Zrobią to, w czym poczują się najlepiej. Może będą chciały się uczyć, może rozwinąć skrzydła w jakimś sporcie, a może pójść do pracy jak najszybciej i tam próbować drogi awansu, albo zwyczajnie żyć bez presji tytułu i pieniądza. Może zamiast szukać pustego podziwu u innych, osiądą gdzieś w spokojnej okolicy i będą skromnie cieszyć się każdym dniem, a może rozkręcą korpożycie w korpospołeczeństwie bez wytchnienia i praw człowieka.

Bez względu na to, co wybiorą, będzie to ICH decyzja. Bo ja na swoje wybory miałam już czas. Mogłam popełniać błędy i uczyć się na nich, mogłam odnosić sukcesy i budować poczucie własnej wartości, ale miałam też okazję wyciągnąć wnioski z porażek. Teraz dzięki temu mam możliwość przeżywania swojego życia i spełniać swoje marzenia. Nadal robię to, co lubię, w czym czuję się najlepiej. I dzięki temu jestem szczęśliwa.

Nawet nie wiecie, jak wpieprza mnie układanie przyszłości dziecku. Myślicie, że taki człowiek długo jest w stanie spełniać oczekiwania rodziców? Kiedy zauważy, że jego życie jest puste i bezsensowne!

Tylu rodziców okrada własne dzieci z marzeń… Po co? Dla własnych, chorych aspiracji? Dla pokazania się w kregu znajomych? Dla bycia lepszymi od sąsiadki, koleżanki z pracy, siostry, szefowej, kuzynki? No kuźwa po co? Bo ja za cholerę tego nie rozumiem.  Przecież każdy ma prawo przeżyć swoje życie tak jak chce…

Jedz, bo nie urośniesz!

Pożrę cię!!! Aaaaaaaaaa!!!! #b2 #b2ija #babylove #babyboy #żarłaczmały

Nie jestem ani pediatrą ani dietetykiem. Jestem zwykłą matką. I właśnie z tej perspektywy chciałabym Wam opowiedzieć moją przygodę z żywieniem dzieci.

B1 urodziła się w 36 tygodniu. Podchodziła pod wcześniaka tylko z teorii, bo parametry miała znakomite. Z moich planów trzymiesięcznego karmienia piersią nic nie wyszło. (Tylko przy pierwszym dziecku myślałam, że w macierzyństwie można coś zaplanować). Do siódmego miesiąca karmiłam ją wyłącznie moim mlekiem, następnie jeszcze jedenaście miesięcy na zmianę ze zwykłym jedzeniem. Stosunkowo późno zaczęłam wprowadzać jej inne pokarmy. Dziś widzę, że robiłam to bardzo chaotycznie.  Nie było wtedy tak rozpowszechnionego internetu, przeczytałam kilka książek, czasopism dla matek i połączyłam dobre rady w wygodną dla mnie całość. Bez ładu i składu uczyłam ją nowych smaków a to jagódek, a to marcheweczki, a to rosołku, sukcesywnie rezygnując z tego, czym pluła. Już na początku popełniłam kardynalny błąd podając jej na pierwszy rzut słodkie owoce. Przez to wiele warzyw natychmiast poszło w odstawkę. Drugim grzechem było niepowielanie prób. Gdy raz jej coś nie zasmakowało, więcej jej tego nie podawałam. kilka miesięcy próbowania i eliminowania skończyło się tym, że ostatecznie w menu B1 zostały parówki, bułka pszenna z masłem i Kinder kanapka…

Na szczęście badania, które wykonywaliśmy regularnie ani razu nie wykazały jakichkolwiek niedoborów. Wagę też udawało się utrzymać w normie, co prawda w dolnej granicy, ale jednak, za to wzrost nigdy nie schodził poniżej górnej kreski na siatce centylowej. Owszem, nigdy nie była ona pulchnym bobaskiem, raczej szczuplutką dziewczynką bez zwijek i pucołowatych policzków. W żaden sposób nie odbiło się to na jej rozwoju fizycznym ani intelektualnym. Niestety, za to duży wpływ wywarło na odporność, albo raczej na kompletny jej brak. Stąd kilkanaście razy w roku zmagaliśmy się z zapaleniem oskrzeli, leczyliśmy się nawet w kierunku astmy.

Latami walczyłam z nią o to, żeby chociaż spróbowała pomidora, sałaty czy owoców. Nadaremnie. Był ryk, zaciśnięte usta, dławienie się. Ani prośba ani groźba nie przynosiła efektów. Nie wiem, ile w tym było prawdziwej odrazy do jedzenia, a ile gry, bo aktorką w takich kwestiach jest ona wybitną…

O normalnym jedzeniu do dziś nie ma mowy. Co prawda nieco poszerzyła wachlarz smaków. Zaczęła jeść warzywa, owoce i inne pokarmy, nadal nie tknie się jednak wielu potraw. Przy większości kręci nosem. Ale je! Uodporniłam się już na jej fochy, zaciskam zęby przy obiedzie, nie patrzę na przerzucanie jedzenia na talerzu i marszczenie nosa, kurwuję w myślach, ale uśmiecham się i czekam cierpliwie, aż zje. Czasami trwa to pół godziny, czasami dłużej. Ale ostatecznie zjada. Najgorsze, że nie chce pić nic poza herbatą. Nie przyłoży do ust szklanki z wodą albo sokami. Po wypiciu wody ma odruchy wymiotne. Nawet nie wyobrażacie sobie, jak dziwnie patrzą na nas barmani pull barów, kiedy na wczasach przy temperaturze powyżej 30 stopni słyszą „Hot tea please…”

I tak za swój sukces uważam fakt, że od kilku tygodni do herbaty pozwala sobie wcisnąć cytrynę.

Ile ja się nasłuchałam, że głodzę dziecko, że chudzina, że nie urośnie, że szara cera… Tak jakbym specjalnie przed nią lodówkę zamykała… Nie było mi łatwo, miałam wyrzuty sumienia. Wiedziałam, że nikt poza mną nie ponosi winy za te błędy żywieniowe. Jednak czasu nie cofnę. Ostatecznie stwierdziłam, że głową muru nie przebiję i pozostaje mi przeczekać ten okres żywieniowego buntu.

Na szczęście widać organizm sam wie, ile mu potrzeba, bo wyrosła nam mądra, ładna, zgrabna i wysoka panna. Jest ona znakomitym przykładem na to, że hasło naszych babć „jedz, bo nie urośniesz” można zapisać w dziale bajek i legend…

Co do B2, w skrócie rzec by można, że lepiej go ubierać niż żywić…

Wchłonie wszystko, co tylko mu się przystawi pod nos. Kaszki, zupki, owoce, warzywa, chrupki, biszkopty, nie ma na niego mocnych. Kiedy jemy obiad, wychyla się z krzesełka i łapczywym wzrokiem żebraka zagląda do naszych talerzy. Ma ochotę na wszystko i o każdej porze. Nawet, gdy coś mu nie smakuje, wykrzywi buzię, zmruży oczy, otrzepie się, ale rozwiera paszczolka i sięga po jeszcze, jakby robił zapasy przed miesiącami epoki lodowcowej…

Nauczona błędami z pierwszego macierzyństwa, tym razem nie czekałam do siódmego miesiąca, tylko w połowie piątego zaczęłam wprowadzać pokarmy. I na pierwszy rzut za radą naszej kuzynki – przyszłej pani doktor, poszła dynia, brokuły i jabłko, długo potem dopiero przedstawiłam łasuchowi słodką marchew czy banana. W ten sposób zaakceptował on wszystkie smaki. Do tego nie stosuję się do haseł o niedopajaniu przy karmieniu piersią, a podaję mu wodę mineralną i sporadycznie herbatkę.

Jego obżarstwo jakoś wyjątkowo nie bije po oczach, jest wysokim chłopczykiem (jak na swój wiek oczywiście – ma mniej więcej osiemdziesiąt centymetrów), ale przy tym dość szczupłej postury. Nie policzę mu żeber, jak to mogę do dziś u B1 zrobić, ale też nie ma fałdek tłuszczu.

Mamy w domu dwie skrajności. Pod jednym dachem mieszka duży cedzak i mały odkurzacz – ta sama krew, te same geny, nawet kolor oczu ten sam, a jednak zupełnie różne nawyki żywieniowe. Jeden je tyle, żeby przeżyć, drugi żyje, żeby jeść… Nie wiem, co gorsze.

Widać jednak, że w żywieniu dzieci książki i teorie naukowe niekoniecznie się sprawdzają. Trzeba trochę posłuchać własnej intuicji i wyczuć potrzeby dziecka. A co najważniejsze – nie poddawać się. Wiem, że to nierówna walka, ale taki los rodzica. 

Cmentarz niezrealizowanych marzeń

Jeszcze dziś nowy wpis na blogu. O marzeniach. O niewykorzystanych okazjach. O tym, jak nie zabić w dziecku pragnień... #marzenia #blog #blogerka #humoryzmory

Dostałam kiedyś propozycję wyjazdu na rok do Neapolu. Mogłam tam uzyskać absolutorium i potem wrócić do kraju lub zostać na włoskiej uczelni. Nie zgodziłam się. Znalazłam natychmiast tysiące wymówek. Nawet nie zastanawiałam się, tylko odrazu odmówiłam, choć o takiej okazji zapewne marzyła każda młoda humanistka.
A tak naprawdę bałam się. Czego? Nowego, obcego miejsca. Nie znałam dobrze języka, myślałam, że nie odnajdę się sama w nowej rzeczywistości. Czułam się bezpiecznie na sprawdzonym gruncie i nie chciałam dysharmonizować swojego świata.

Z czego to wynikało? Z niewiary w siebie. Nie ufałam swoim możliwościom, nie miałam siły, żeby zmusić się do działania, bałam się porażki.
Wiem, że to nie w moim stylu. Dziś pewnie postąpiłabym inaczej. Nauczyłam się, że nie wolno rezygnować z szans, które los rzuca pod nogi. Ale potrzebowałam czasu, żeby do tego dojrzeć. Nie znam teraz przeszkody, której nie umiałabym pokonać, bo mam w sobie dużo siły. Wierzę w swoje umiejętności, potrafię je należycie wykorzystać i jestem świadoma własnej wartości. Dlatego mam odwagę stawić czoła każdej sytuacji. Szkoda, że dopiero po latach udało mi się wypracować w sobie te cechy.
Każdy z nas ma pewnie stos zmarnowanych okazji, źle podjętych decyzji i tęsknot za tym, co nie wyszło. Ciagną się one za nami jak niechciane odsetki kredytu i czasami biją po głowie wypominając nam tchórzostwo. Niestety, czasu się nie cofnie. Można jedynie naukę na wlasnych błędach wykorzystać w wychowaniu dzieci. Róbmy więc wszystko, by nie zabijać w nich marzeń i budować życiową odwagę.

Kiedy B1 była w pierwszej klasie, zapisała się na konkurs recytarorski. Zdziwiłam się bardzo, bo wiem, że nie ma ona za grosz talentu oratorskiego. Nawet w myślach rozśmieszyło mnie to, że porywa się z motyką na słońce. Wiele lat jeździłam z dzieciakami na takie konkursy i wiem, jak dużo zależy od wrodzonych zdolności. B1 ma mnóstwo talentów, ale wiersze potrafi najwyżej wykrztusić jak modlitwę albo rozkład jazdy autobusów.

Wiele dni ćwiczyła, wyuczyła się wtedy długiego i trudnego utworu, ale recytowała go co najwyżej poprawnie. Nie wygrała. Wróciła jednak dumna z siebie. Cieszyło ją to, że spróbowała swoich sił. Byłam zaskoczona jej reakcją na porażkę. Nie dosć, że nie bała się spróbować, to jeszcze przy tym świetnie się bawiła! Ile człowiek może nauczyć się od siedmiolatki…
Piąty rok obserwuję ją w szkole i widzę, że nie ma takiego zadania, którego by się nie podjęła. Jeśli się uda, to super, chodzi dumna i zadowolona z siebie; gdy coś nie wyjdzie, trudno. Ważne, że próbowała. Każdą porażkę potrafi zamienić w naukę i budulec charakteru.
Ma ona w sobie tę odwagę, której brakło mi, gdy miałam lecieć do Neapolu…
Co by było, gdybym wtedy przed konkursem recytarorskim powiedziala jej, że się nie nadaje? Pewnie obie siedziałybyśmy w domu bez większego celu. Ja żyjąca nieziszczonymi marzeniami a ona z tych marzeń ograbiona…

Nie zabijajmy w dzieciach pragnień. Niech się sparzą, niech doświadczą sukcesów i porażek.  Bo inaczej ich życie stanie sie puste. Muszą codziennie powtarzać i mocno w to wierzyć, że istnieją takie rzeczy, o które warto walczyć do samego końca. To właśnie marzenia…

Matka Polka udręczona

Zatrzymujemy chwile... #spacer #b2ija #razem #relaks #macierzyński

Zauważyłam, że za każdym razem, gdy w mediach społecznościowych opublikuję zdjęcie pokazujące mój relaks, czytanie książki czy – nie daj Boże – picie kawy, spotykam się z dziwną reakcją kobiet. Jedne piszą, że mnie podziwiają, bo ONE nie mają wolnego czasu (taki standardowy schemat – TY jesteś be a JA cacy!), inne zazdroszczą, jeszcze inne żalą się, że w ogromie pracy mogą zapomnieć o odpoczynku. W każdej reakcji jednak idzie wyczuć kroplę krytyki (jaśniej mówiąc – delikatne plucie jadem) i zestawienie mnie, bezczelnie łamiącą stereotyp padniętej na twarz matki z resztą świata kobiecego – urobionego do nieprzyzwoitości, oddanego dziecku lub pracy, bez szans na chwilę wytchnienia.

Przyjęło się, że kobieta musi być ucioraną cierpiętnicą. Bez względu na to, czy jest aktywna zawodowo, czy wychowuje dzieci. W jej słowniku nie istnieje termin relaks (którego perfidnie nadużywam na macierzyńskim), musi od rana do wieczora poświęcać się swojemu oprawcy (czyt. dziecku, szefowi, mężowi, psu, garom, pralce, podłodze, papierologii, itd…* niewłaściwe skreślić…), być wiecznie niewyspana, robić wołającą o współczucie minę i wciąż powtarzać, że na nic nie ma czasu i nie zdąża z obowiązkami. Mówienie głośno o tym, że ma się chwile dla siebie jest palone na stosie, bo matce, kobiecie pracującej, czy gospodyni domowej nie wypada odpoczywać. Zewsząd słychać tylko westchnienia, jakby to one chciały TAK JAK JA posiedzieć przy książce, obejrzeć serial albo wybić kawę…
Z każdej strony wzorowe kobiety biją mnie po uszach, że praca męczy, dziecko dobija, dom wykańcza. Sorry drogie panie. Ale czy ktoś wam każe pracować, wychowywać dzieci, sprzątać, gotować, itd.? Kto powiedział, że każda z nas musi skończyć przyduszona ciasnym kostiumem na dziesiątym piętrze biurowca albo wdeptana między kaszki, chrupki i kupy? Zawsze przecież można wybrać opcję mniej ambitną -tumiwisizmu społecznego, samotnej wyprawy dookoła świata, staropanieństwa (wiem, nie każdej to słowo przez gardło przejdzie). Pamiętajcie, WASZE życie to WASZ wybór! Dlaczego szukacie współczucia za decyzje, które przecież podjęłyście same? A przecież odpoczynek to nie wstyd!
Jeśli czegoś nie lubię, nie robię tego. Syf w domu może poczekać, kiedy akurat mam ochotę poczytać książkę, jechać na zakupy albo wyjść z moją gawiedzią na plac zabaw. Praca nigdy mnie nie męczyła – raczej dopingowała. Uwielbiałam te dni, kiedy po całym dniu wracałam zmęczona do domu. Znaczyło to, że był aktywny czas zawodowy i coś się działo. Dzięki takim chwilom nigdy nie straciłam zapału do swojego fachu. A dzieciaki? Potrafią doprowadzić mnie do szału, ale fajnie je mieć. Nawet to zmęczenie po nieprzespanych nocach ma swój urok.

Owszem, miewam gorsze dni – jak każdy. Wtedy warczę na wszystko. Bywam smutna, wściekła, podirytowana. Jak każdy – mam chwile słabości. One jednak mijają. Podchodzę więc do życia z dystansem. Nie wstydzę się tego, że mam czas dla siebie. Mam do niego prawo. Jak każdy. Nie udaję uciemiężonej, nie szukam współczucia. Bo i po co? Ono przecież nie buduje. Tylko na chwilę maskuje nasze prawdziwe emocje.  Matka nie jest synonimem cierpiętnicy. Matka to kobieta ciesząca się życiem i przekazująca tę umiejętność swoim dzieciom. Jaki byłby świat, gdybyśmy wychowywały takich mruków?
Czy naprawdę musimy narzekać, żeby czuć się lepiej? Piszecie, że zazdrościcie mi czasu przy książce. Usiądźcie i poczytajcie. Nie jesteście przecież operatorkami rakiety Kim Dzong Una, bez was czas pędzi tak samo. Najwyżej obiad się przypali, muchy utkną w lepiącej się podłodze, dzieciaki się chwilę ponudzą, albo może wreszcie nauczą się kreatywności?

„W dramacie życia nie ma małych ról” – Regina Brett

#wygrzebane z #przeszłości

Martin Luther King Jr. powiedział, że każda praca, która podnosi ludzkość na duchu, jest ważna i godna. Zastanawiam się, czy istnieje taka, która nie zasługuje na szacunek. Nie! Człowiek pracujący robi coś dla ludzkości. Bez względu na stopień trudności, rangę, zarobki i trud w nią włożony, praca zasługuje na poszanowanie.
Bulwersuje mnie zachowanie ludzi, którym wydaje się, że osoby pracujące fizycznie, sprzedawcy, pracownicy restauracji czy firm usługowych są służącymi. Bynajmniej, to tacy sami ludzie jak dyrektor biura, prezes czy kierownik. Może różni ich jedynie to, że muszą w swoją pracę włożyć więcej trudu i co miesiąc zmagać się z takim organizowaniem życia, żeby starczyło im na chleb, bo zarobki pracowników fizycznych znacznie różnią się od tych na wyższych pozycjach. Nie lubię, kiedy kelnerów traktuje się jak powietrze, albo podnosi się głos na sprzedawców, bo np. kod kreskowy nie chce się wbić i robi się przez to większa kolejka. Cmokanie i nerwowe tupanie ludzi doprowadza mnie wręcz do szału.
Myślę, że każdy człowiek powinien choć na chwilę wczuć się w sytuację pracowników, którymi pogardza.
Mam to szczęście, że od ponad dziesięciu lat pracuję w swoim zawodzie, który uwielbiam i jest on moją pasją, dzięki czemu nie odczuwam żadnych negatywnych emocji i rano z chęcią idę wykonywać swoje obowiązki. Jednak zanim odstałam pracę w szkole, doświadczyłam kilku bardzo trudnych fachów. Będą one dla mnie do końca życia nie lada nauką!
Kiedy dostałam się na studia, postanowiłam zamieszkać blisko uczelni. A że nie było mnie stać na wynajem mieszkania, znalazłam rodzinę z trójką dzieci, która odstąpiła mi małe mieszkanko na poddaszu w zamian za opiekę nad ich pociechami. Codziennie rano przed uczelnią szłam do dzieciaków, robiłam im śniadania, odprowadzałam do szkół i przedszkola. Potem z wywieszonym jęzorem pędziłam na własne zajęcia. po wykładach odbierałam gromadę, odrabiałam z nimi zadania domowe, odprowadzałam na lekcję gry na kontrabasie średniego chłopaka, z najmłodszą dziewczynką szłam na plac zabaw, wieczorem wreszcie mogłam usiąść do własnych notatek. Padałam zmęczona, ale byłam zadowolona z własnej przedsiębiorczości.
Kiedy plan zajęć pozwolił mi już na dojeżdżanie z domu, poszukałam innej pracy. Tym razem załapałam się do telewizji TVN, gdzie układałam krzyżówki to teleturnieju. Praca na pozór łatwa, jednak terminy goniły. Codziennie dwie krzyżówki, z których każda wymagała dobre dwie, trzy godziny poświęcenia. Wracałam z uczelni, przygotowywałam się na kolejny dzień i siadałam do krzyżówek. czasami wyrabiałam się do późnej nocy, niejednokrotnie kończyłam układać je wraz ze wschodem słońca, brałam więc zimny prysznic i jechałam na studia. Ucinałam sobie krótkie drzemki w przerwie między wykładami.
Gdy program zszedł z anteny, szukałam nowej pracy. Udało mi się załapać na czas wakacji do sklepu spożywczego. Wypełniałam luki w etatach osób przebywających na urlopach. To dopiero była orka na ugorze. Cały dzień na nogach, dźwiganie ciężarów, pchanie wózka z towarem, który był ode mnie cięższy i zazwyczaj przy hamowaniu długo ciągnął mnie za sobą, przebywanie w chłodni z mięsem, krojenie ton mięsa, mycie lodówek, zamrażalek, okien, podłóg. i codziennie to samo. Raz zamiatając zaplecze (a był to początek września) zobaczyłam dzieci idące do szkoły. Oparłam się wtedy o miotłę i pomyślałam, jak bardzo chciałabym je uczyć. Nie spodziewałam się wtedy, że za kilka lat dostanę pracę właśnie w tej szkole, do której dzieciaki pędziły… Ludzie do sklepu przychodzili różni. Jedni uśmiechnięci, inni naburmuszeni, z pretensjami, że chleb za suchy, że kurczak za tłusty, że cena jogurtu za wysoka. Niektórzy życzyli miłego dnia, inni obracali się na pięcie bez słowa i wychodzili ze sklepu jak ze stodoły. Nocami nie mogłam zasnąć z bólu i zmęczenia. Nieraz przepłakałam poranek, bo miałam dość. Do dziś jednak jestem przekonana, że właśnie ta praca nauczyła mnie najwięcej. Przede wszystkim nigdy nie traktuję nikogo z góry. Każdy człowiek zasługuje na szacunek. a co najważniejsze, doceniłam wartość wykształcenia.
Gdy zaczął się kolejny rok akademicki pracę w sklepie zamieniłam na weekendowe zatrudnienie w jednym z większych hipermarketów. Na szczęście udało mi się i nie musiałam wykładać towaru. Od razu posadzono mnie przy kasie… tam naoglądałam się cudów. Zmanierowane kobiety traktujące mnie jak powietrze, które nie odpowiadały na mój uśmiech i życzenia miłego dnia, nadpobudliwi klienci, którzy pieklili się widząc, jak kod nie wchodzi albo czytnik wbija inną cenę, niż zauważyli na półce, wrzeszczące dzieci wciskające klawisze czytnika kart płatniczych i matki niereagujące na to, dyskutujące ze sobą czpiotki, którym trzeba było kilka razy powtarzać kwotę do zapłaty, zanim się zorientowały, że ja tu pracuję i goni mnie czas, bo kolejka rośnie… Nieraz spotkałam się też z życzliwością, zrozumieniem, chociaż to akurat była rzadka przypadłość ludzka…
Ostatnim miejscem pracy fizycznej był MC Donald’s. tam chyba pracował każdy. Rozmowę kwalifikacyjną odbyłam w lobby, następnego dnia dostałam telefon, że mam stawić się do pracy. Pierwszy dzień upłynął na szkoleniu, filmikach BHP, regulaminach mycia rąk, odbierania zamówienia, smażenia frytek, kanapek, robienia kawy, szejków i kręcenia lodów (zawsze w lewą stronę i trzy obroty…) dostałam do domu wielką paczkę z logo firmy, w której znalazłam śmieszne spodnie, wielką koszulę w kratkę, identyfikator z moim imieniem i hasłem „uczę się” oraz czapeczkę z daszkiem. Oprócz tego zachwycającego uniformu znajdowały się tam książeczki przygotowujące do „egzaminu” – czas smażenia, ważność pokarmów (frytki po 5 minutach należało wyrzucić do kosza, kanapki po 15 minutach, ciastka po godzinie, lody i szejki natychmiast… Takiego marnotrawstwa żarcia nie widziałam jeszcze nigdy. A pracowałam w pobliżu noclegowni dla bezdomnych… Szkoda, że nikt z menadżerów nie wykazał się tam ludzkim odruchem). Zaczęłam wkuwać liczby, minuty, gramaturę, ale łatwiej było mi wyrecytować „Nadobną Paskwalinę” niż te bzdety…
Następnego dnia stanęłam przy kasie. To był hatcor. Pięćdziesiąt sekund na obsługę gościa (broń Boże – klienta, to byli GOŚCIE RESTAURACJI…), Wklepywanie zamówienia do komputera, dziwne zasady BHP (bo gdy dotknęłam twarzy rękami, musiałam natychmiast iść je myć, ale gdy wydawałam pieniądze, nie było problemu…). Tempo, pospieszanie, presja, pełne skupienie. ludzie podchodzili różni, cała wycieczka wrzeszczących dzieciaków zmieniających zdanie co minutę, babcia z wnuczkiem, która zażyczyła sobie, żebym jej colę podgrzała (no kur… jak w tych sztucznych warunkach???), ktoś inny chciał wegetariańską tortillę, jeszcze inna osoba złożyła zamówienie i zrezygnowała, komuś innemu karta płatnicza odmawiała posłuszeństwa, jakieś dziecko wylało mi na bluzkę szejka, zatroskane mamy dopytywały o pochodzenie składników (z pewnością w Fast – foodzie były to zdrowe warzywka prosto z plantacji wuja Toma…), jakiś natręt próbował wyciągnąć mój numer telefonu, obcokrajowcy nie potrafili zapłacić polskimi pieniędzmi, i znowu wycieczka rozwrzeszczanych, głodnych dzieci, i zaś jakaś babcia, mama, flegmatyk, natrętny Romeo, kobieta na diecie… A czas leciał… Na monitorze sekunda za sekundą uderzała krzycząc: „pospiesz się!!!”. W rogu stała menadżerka z założonymi rękami i spojrzeniem Lorda Vadera i tylko obserwowała. To był koszmar…
Szczęśliwa pożegnałam się z pracą, tzn. orką w MC Donald’sie i spróbowałam sił w rekrutacji do firmy (pseudokorporacji) w Krakowie zajmującej się szkoleniem dzieci w zakresie szybkiego czytania. Trzystopniową rekrutację przeszłam bez problemu, rozwiązałam miliony śmiesznych testów psychologicznych, w których rzucałam zwyczajnie takie odpowiedzi, jakich oczekiwał pracodawca. Potem dwuweekendowe szkolenie wbijające w głowę, że nie ma lepszej metody niż ta stworzona przez szefa wszystkich szefów firmy, że jest ona innowacyjna, niepowtarzalna i jedyna skuteczna. Że my, pracownicy, jesteśmy szczęściarzami, że możemy dla nich pracować i że to wspaniałe, że ktoś taki jak szef wszystkich szefów w ogóle istnieje i chce dla nas tworzyć metody nauczania dzieci. To nic, że szef wszystkich szefów dzieci na oczy nie widział a w szkole ostatni raz był po świadectwo jej ukończenia… Był wybitny, najwyższy, słońce narodu…
Kończyłam już studia, więc moje umiejętności i świadomość wykraczały nieco (bardzo nieco…) poza filozofię firmy, postanowiłam więc wreszcie postawić na własne doświadczenie. I tak rozkręciłam biznes korepetycji. A to był strzał w dziesiątkę. Codziennie kilka godzin, weekendy od rana do późnego popołudnia przewijały się przez mój dom ofiary systemu edukacji, które uważały, że bez mojej pomocy poparzą się książkami… I dobrze, bo dzięki tej pracy poznałam wielu wspaniałych ludzi, mogłam robić coś, co jest moją pasją i tak przetrwać, dopóki nie dostanę pracy w zawodzie. Na szczęście długo to nie trwało i szybko stanęłam przy tablicy parząc na dzieci, które kiedyś odprowadzałam wzrokiem zamiatając zaplecze sklepu spożywczego…
Moje przygody z różnymi miejscami zatrudnienia wiele mnie nauczyły. Przede wszystkim bezwzględnie szanuję własną pracę, doceniam to, co posiadam i cieszę się niemożebnie, że udało mi się iść drogą pasji. Po drugie nigdy nie lekceważę żadnego pracownika. Każdy robi coś wielkiego, ważnego i wyjątkowego. Bo zakład może i bez prezesa by nie funkcjonował, ale tak samo kulałby bez pań sprzątających, stróża, gońca i sekretarki. Dlatego każda cząstka systemu pracowniczego jest ważna i wyjątkowa.
Do dziś będąc w MC Donald’sie uśmiecham się do pracowników, spokojnie, szybko i bez wahania składam zamówienie, żeby nie robić im niepotrzebnych opóźnień, w hipermarketach wykładam towar na taśmę szybciutko i nie krzywię się, kiedy jakiś kod nie chce wejść, do sklepów wchodzę uśmiechnięta, zawsze staram się nawiązać krótką rozmowę ze sprzedawczyniami i wychodząc życzę im miłego dnia.
Każda praca jest godna, zasługuje na szacunek. Ludzie poniżający pracowników mają poważne problemy ze sobą. Być może to dla nich jakaś forma dowartościowania, albo zwyczajnie brak kultury, taktu i ogłady…

Przestępca w różowej sukience

Poranne pogaduchy z komputerem.  #obrazkisensoryczne #babylove #babyboy #B2 #sobota

Na zebraniu z rodzicami u B1 dyrekcja wyświetliła film o zagrożeniach związanych z korzystaniem z internetu przez dzieci. Zapewne to kolejny projekt Ministerstwa Edukacji. Co roku trąbi się o tej sprawie, bo prawda jest taka, że multimedia towarzyszą dzieciakom od początku.

W internecie znaleźć można filmiki z obrazkami sensoryczynymi już dla niemowląt. Sama z nich korzystam, no bo dlaczego nie? Dzieciaki przygotowują projekty, szukają informacji na lekcje, oglądają filmy (edukacyjne albo i nie), korzystają z aplikacji ułatwiających liczenie, rysowanie, tworzenie dźwięków, komunikują się, tworzą własne programy, itd.

B2 już jest specem w tych sprawach. Ma konta na portalach społecznościowych (mimo mojego sprzeciwu, ale z drugiej strony nie mam argumentu, żeby jej zabronić, skoro wszyscy w klasie korzystają z tego gówna), nagrywa filmiki na jakieś portale, zręcznie posługuje się pocztą, wyszukiwarką i resztą e-wymysłów…

Kontroluję ją (tak myślę) należycie. Mam dostęp do jej kont, widzę, co publikuje i kto na to reaguje, wiem, z kim rozmawia. Potrafię wyznaczyć granice a ona zdaje sobie sprawę z tego, czym może grozić nieumiejętne korzystanie z internetu. Z pewnością zwraca uwagę na to, co robi w wirtualnym świecie, mając z tyłu głowy świadomość mojego wzroku.

Mimo to w myślach mam miliony obaw. Próbuję przewidzieć potencjalne zagrożenie i zapobiec mu, zanim jeszcze nastąpi. Masz tak samo? Chcesz ochronić swoje dziecko przed każdym niebezpieczeństwem czającym się w sieci? Bardzo dobrze! Taka jest twoja rola. Ale co, jeśli to twoje dziecko jest przestępcą…?

Ja wiem, uśmiechasz się i wierzysz, że to niemożliwe. Ten istny słodziak nie przypomina rozczochranych psychopatów czyhających po drugiej stronie monitora na niewinne dzieci. Spoglądasz na nie, jak wybałusza oczy kota ze Shreka i przytula się do ciebie. Ono nie umiałoby nikomu zrobić krzywdy. No gdzież!

Będę to powtarzać bez końca! W wychowaniu jak na drodze trzymamy się zasady ograniczonego zaufania! Musimy dopuścić do siebie tę trudną myśl, że nasze dzieci mogą stać się zagrożeniem dla innych.

Ale jak? Nie potrzeba wiele. Może zacząć się niewinnie – od komentarza, zmontowanego zdjęcia, po prześladowanie, hejt czy rozsyłanie niewłaściwych treści w wirtualny świat. Teraz pewnie myślisz, że to ciebie nie dotyczy. Jesteś pewny?

Dasz sobie uciąć rękę, że twoje dziecko właśnie w tej chwili nikogo nie obraża, nie krytykuje, nie wyśmiewa kolegi z klasy, nie dokleja zdjęcia twarzy koleżanki do ciała jakiejś aktorki porno, nie zakłada na portalach społecznościowych grup, do których zabrania wstępu nielubianym osobom, nie tworzy na ich temat ośmieszających memów, wierszyków albo nie posługuje się rubasznym słownictwem w stosunku do innych?

Skąd wiesz, że swoimi komentarzami w internecie nie doprowadzi ono kogoś do próby samobójczej, że nie chcąc odstawać od grupy nie dokona słownego linczu na bezbronnym koledze lub koleżance, nie oczerni, nie pomówi, nie wrzuci do sieci ośmieszającego filmiku, który nagrał ukradkiem tylko po to, żeby przypodobać się innym?

Ufasz swojemu dziecku na tyle, aby zapewnić, że nie szykanuje kogoś, świadomie lub przypadkiem nie wyrządza krzywdy drugiej osobie? Nie możesz udawać, żaden rodzic nie jest w stanie ręczyć za niewinność dziecka, dopóki nie zbuduje z nim silnej więzi opartej na zaufaniu i wspólnym systemie wartości.

Jedna z moich koleżanek miała syna w gimnazjum. Chłopiec nie należał do klasowych łobuzów, uczył się dobrze, nie „włóczył” się, dzień spędzał w pokoju, bo lubował się w grach komputerowych. W przyszłości chciał zostać grafikiem. Jakże była zdziwiona, gdy dostała wezwanie na policję. Po przesłuchaniu chłopaka okazało się, że razem z kolegami z klasy knuli, jak pozbyć się nielubianego ucznia. Wśród wymyślnych propozycji padła – ku wielkiemu zdziwieniu koleżanki ze profilu jej syna – propozycja, aby złapać go po lekcjach, wrzucić do wcześniej przygotowanego dołu i zakopać żywcem.

Nie wiadomo, czy to miało być tylko głupie zdanie rozluźniające rozmowę, czy chłopak pisał na serio – w sieci nie da się zinterpretować emocji i tekst pisany, który może być z przymrużeniem oka, staje się realną groźbą.

Konsekwencje sprawy były poważne – młody do dziś ma nadzór kuratora, nie dostał się do wymarzonego liceum ze względu na naganne zachowanie, a w jego świadomości istnieje już poczucie, że jest przestępcą…

Jak temu zapobiec?

Jest uniwersalny sposób – rozmowa. Bądź cały czas przy swoim dzieciaku. Słuchaj, nawet jeśli jesteś zmęczony, masz dość opowieści o Maćku, Franku, Janku i ich pomysłach. Nie bagatelizuj najmniejszego problemu. Opowiadaj, ucz empatii. Nie odsuwaj się od niego. Kiedy będzie czuło twoje wsparcie, nie ucieknie w złość i poczucie niesprawiedliwości, którą przecież gdzieś musi wyżyć.

Nie udawaj, że temat internetu nie istnieje. Skoro sieć stała się integralną częścią życia twojego dziecka, staraj się dowiedzieć o niej jak najwięcej. Pytaj o gry, słuchaj o postępach, „levelach”, zachwycaj się nimi, interesuj się portalami i miejscami, które odwiedza w sieci twoje dziecko, pokaż, że obchodzi cię jego mały e – światek, a nawet nie wiesz, kiedy, samo zacznie opowiadać ci o tym, co robi w internecie, z kim rozmawia i na jakich stronach spędza najwięcej czasu.

Najlepszą kontrolą rodzicielską jest wyrobienie w dziecku zaufania do siebie.

Ale musisz też edukować. Przestrzegaj przed konsekwencjami, uświadamiaj, że słowo jest równe czynom i za to, co napisze w sieci, jest karane identycznie, jak za przestępstwa w rzeczywistości. Niech wie, że treści umieszczone w internecie są trwałe. I nawet usunięcie ich nie powoduje całkowitego wymazania, że to, co raz trafiło do wirtualnego świata, pozostaje w nim na zawsze.

Ucz dwoje dziecko rozwiązywania problemów i konfliktów w świecie rzeczywistym, nie pozwalaj ukrywać się za monitorem. Choćbyś miał go za rękę targać do kolegi, wyrób w nim przeświadczenie, że ręka podana na zgodę jest najpiękniejszym czynem, na jaki człowiek może się zdobyć. Buduj w nim wartości i bądź w jego życiu zawsze obok. Niech nie czuje się samotny. Jeśli nie znajdzie w tobie nauczyciela, szybko zastąpi cię googlami, wikipediami i wszechwiedzącymi kolegami. Nie pozwól na to, żeby kiedyś żałował swoich czynów, słów i decyzji.

Jak widzisz, zagrożenia z internetu walą drzwiami i oknami, sieć potęguje ich intensywność, a twoją jedyną tarczą jest trzeźwe myślenie. Dopuść do świadomości ten przykry fakt – we współczesnym świecie nie możesz chronić dziecka tylko przed czynnikami zewnętrznymi, równie ważna jest obrona przed nim samym…

Komory gazowe na obcasach

Wczoraj zobaczyłam coś niewiarygodnego. Aż przetarłam oczy ze zdziwienia. Myślałam, że takie zjawiska w dzisiejszych czasach nie istnieją. A jednak…

Na spacerniaku przy galerii handlowej przechadzała się pani w ciąży. Po dość sporym brzuchu można było wnioskować, że to jakiś szósty, siódmy miesiąc. Razem z koleżanką ostro dyskutowała gestykulując przy tym niemiłosiernie. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że w dłoni tej pani spoczywał papieros… Co kilka zdań majestatycznie zaciągała się dymem i wymachiwała fają we wszystkie strony. Uwierzcie, wmurowało mnie. W czasach, kiedy o skutkach palenia w ciąży wie nawet dzieciak w podstawówce, jakaś troglodytka jawnie, na oczach całego społeczeństwa niszczyła własne dziecko. Pomyślałam sobie, że równie dobrze mogłaby przyjść na spacerniak z niemowlakiem i podtopić go w fontannie… W zasadzie nie byłoby to bardziej drastyczne niż faszerowanie maleństwa tablicą Mendelejewa przez pępowinę…

Polskie akcje profilaktyczne są chyba zbyt łagodne i nie trafiają widać do każdej kobiety. Napis o szkodliwości palenia na paczce papierosów jest tylko pustym sloganem. Nie przemawia on do ludzi, bo nie każdy może pochwalić się bogatą wyobraźnią.

W Brazylii na przykład opakowania papierochów zawierają konkretne, mocne obrazy. Brazylijskie Ministerstwo Zdrowia narzuciło nawet napis odnoszący się właśnie do ciężarnych: „w przypadku kobiet w ciąży papieros może powodować przedwczesne porody, noworodki o wadze urodzeniowej poniżej normy i zwiększone prawdopodobieństwo zakażenia astmą”. Ale to nie wszystko, poza hasłem umieszczono również zdjęcie noworodka, który przyszedł na świat z ciąży palaczki. Może gdyby u nas w kioskach z paczek papierosów krzyczały takie obrazy, matki opamiętałyby się i dla dobra własnych dzieci zrezygnowały na te parę miesięcy z palenia.

 

Wychowaj moje dziecko!

I znowu popołudnie w książkach.  #pocotyletejnauki #b1 #nauka #nauczycielezgłupieli

Idzie rok szkolny. W internecie zaczęło krążyć mnóstwo memów z nieszczęśliwymi dziećmi i skaczącymi  do góry z radości rodzicami. Obrazki faktycznie są zabawne, ale poruszają dość smutny problem. Długo myślałam, czy wypowiedzieć się na ten temat. Muszę jednak wylać swoje żale, bo od dawna mnie irytuje podejście rodziców… I tym razem nie mówię jako mama ale jako nauczycielka…

Sama nie mogę doczekać się powrotu B1 do szkoły ale tylko dlatego, bo z nudów zaczyna być nieznośna i rozleniwiona. Mieszkamy daleko od jej koleżanek, z większością ma tylko kontakt telefoniczny, widzę, że za nimi tęskni. W trakcie roku szkolnego wstaje wcześniej i cały dzień jest lepiej zorganizowany, w szkole spędza czas z koleżankami, wybawi się, wyśmieje, wygada i wraca do domu naładowana pozytywną energią. Na lekcjach i przerwach zawsze coś się dzieje, nie da się nudzić. Jest to niestety jedyny atut zbliżających się dni. Cała reszta to godziny spędzone w książkach, stres przed sprawdzianami, tłumaczenie trudnych partii materiału i mnóstwo czasu poświęconego na odrabianie zadań domowych. Wiem, że nie dla każdego rodzica jest to utrapienie. Dlaczego? Bynajmniej nie z powodu posiadania uzdolnionych dzieci. Żaden uczeń nie poradzi sobie sam, bez pomocy rodzica. I nie mówię tu o wyręczaniu a o zwykłym wsparciu – sprawdzeniu zadania, przepytaniu, doradzeniu w doborze źródeł, itd. Nie zostawiam B1 na pastwę edukacji, pilnuję jej, pomagam, spędzam popołudnia na towarzyszeniu jej w nauce. Wiem, że muszę tego dopilnować jako matka, nie mogę zwalić tego obowiązku na nauczycieli, bo to nie jest ich „brocha”.

Niestety, wielu rodziców ma dziwne pojęcie, że dzień rozpoczęcia szkoły jest dla nich początkiem wakacji od kształcenia i wychowania. Zaprowadzają dziecko do szkoły i nie interesuje ich, czego się tam uczy, jaki materiał musi opanować i jak zachowuje się na lekcjach, przerwach, w relacji z rówieśnikami i pracownikami szkoły. Nie czują potrzeby wychowywania i uczenia dziecka. Zrzucają ten obowiązek na nauczycieli, zapominając, kto tak naprawdę powinien być pierwszym, najważniejszym źródłem wiedzy o świecie. Winą za wszelkie niepowodzenia obarczają szkołę, jakby nagle przestali zdawać sobie sprawę z tego, że większość czasu mimo wszystko dzieci spędzają w domu.

Szkoła to nie fabryka, nie wychowa młodych ludzi sama, nie wbije na siłę im wiedzy do głów, nie wypluje na koniec edukacji idealnego człowieka, gotowego na walkę z trudami życia. Uważam, że nauczyciele mogą jedynie wesprzeć rodziców w ICH obowiązku.

Dla wielu matek szkoła stała się wręcz „przechowalnią” dzieci. Miałam kiedyś krótki epizod pracy w szkolnej świetlicy. Dzieciaki mogły w niej przebywać od 6:30 do 16:00. Rodzice pracujący często z wywieszonymi językami pędzili po swoje pociechy, żeby jak najszybciej odebrać je ze szkoły, a niejednokrotnie dzieciaki bezrobotnych mam dosłownie zamykały ze mną świetlicę i nieraz musiałam czekać długo po godzinach mojej pracy, aż taka jedna z drugą między łykami kawy u koleżanki przypomni sobie, że jeszcze ma dziecko… To samo podczas przerw świątecznych, kiedy nauczyciele zapewniali uczniom opiekę. Nie przychodziły dzieciaki pracujących rodziców (oni zazwyczaj byli na tyle zorganizowani, że już dużo wcześniej mieli załatwioną pomoc w postaci babci, ciotki, sąsiadki, itd. Zwyczajnie, po ludzku chcieli dać możliwość odpoczynku od szkoły swoim pociechom). Ale niestety, byli tacy, którzy kręcili nosem na myśl, że w Wigilię szkoła czynna jest TYLKO do godziny 13:00. Myslę, że dla niektórych najbardziej satysfakcjonująca by była całodobowa opieka. W tym wszystkim najbardziej żal było mi tych dzieci. Czekały z utęsknieniem na matki, ojców, opowiadały, jak spędzą z nimi czas, wyglądały za okno i przebierając nogami liczyły na to, że chociaż raz ktoś odbierze je wcześniej…

Rodzicu! Pamiętaj! Jestem nauczycielem a nie opiekunką. Nie wychowam za ciebie dziecka. Mogę wesprzeć cię w tym trudnym zadaniu, mogę pokierować, doradzić. Przekażę twojemu dziecku wiedzę i dam niezbędne umiejętności, ale ty musisz z nim w domu utrwalać to, na co ja mam codziennie tylko czterdzieści minut. Musisz sprawdzać, czy radzi sobie ze wszystkim, kontrolować jego wiedzę, uczyć go dysponowania czasem, pokazać mu, że może na ciebie liczyć.

W procesie wychowania twojego dziecka musimy być partnerami, nie podważaj mojego autorytetu, bo kiedyś dziecko zlekceważy ciebie. Nie bagatelizuj moich uwag i ocen, bo nauczysz dziecko bagatelizowania obowiązków. Tylko współpracując możemy dać twojemu dziecku obszerną wiedzę, porządne umiejętności i solidne wychowanie. Wiedz, że bez ciebie poradzę sobie, przeprowadzę lekcję, dam dziecku maksymalne wsparcie i odnajdę w nim to, co najlepsze. Ale ty skrzywdzisz zarówno siebie jak i swoją pociechę. Twoja obojętność wbije w serce dzieciaka szpile, których nie uda ci się już wyciągnąć.

Dziecko jest twoje, mój jest uczeń. Nie zrzucaj na mnie obowiązku wychowania, bo ja będę z wami tylko kilka lat, potem zostajecie sami i musicie jakoś ze sobą żyć.

I tylko od ciebie zależy kształt waszej przyszłości. Chcesz mieć poczucie winy za notoryczne porażki czy czuć dumę z sukcesów twojego dziecka?