Matka – instrukcja obsługi

 love #b2ija #babylove #babyboy #son #love #oszalałamnajegopunkcie

Potraktujcie ten wpis jako kontynuację poprzedniego. Zawrzało na blogu po tym, jak poruszyłam problem krytykowania matek przez otoczenie. Nie spodziewałam się, że znajdę tyle współtowarzyszek niedoli macierzyńskiej. Widziałam nawet podobny temat w telewizji śniadaniowej. Czemu to tak popularne? Bo przecież każdą matkę zapewne cholernie boli to wieczne ocenianie, komentowanie i krytykowanie. Ile można znosić boksy od innych?

Matka – osobnik stanowiący centralną część podstawowej komórki społecznej, kobieta wykończona do granic możliwości, sfrustrowana, niewyspana, podrapana i pogryziona przez dziecko, wiecznie nieuczesana i ubrana w to, co akurat jej wpadnie w ręce. Śmierdzi mlekiem, często klnie i mruży oczy przy wypatrywaniu kurzu, tudzież pajęczyn. Żywi się tym, czego nie zje dziecko, zna na pamięć piosenkę o czterech małych pluszowych niedźwiadkach i potrafi ułożyć wieżę Eiffela w 3D . Rozumie niewerbalny język niemowląt i fochy nastolatek, potrafi znaleźć rozwiązanie największego problemu wszechświata – od zgubionej grzechotki poczynając, na braku odpowiedniego kapelusza do występu w szkole kończąc. Całodobowo pochłonięta w myślach o dzieciach, bezwzględnie kochająca i równie niebezpieczna w stosunku do tych, co choćby krzywo popatrzą na jej pociechy…

Matka to specyficzne stworzenie. Z jednej strony wiecznie krytykowane, z drugiej podziwiane. Każdy jej dzień to słodko – gorzka mieszanka radości, nerwów, płaczu, śmiechu, szału i wyciszenia. I właśnie dziś, w tym koktajlu emocji, podczas jazdy samochodem z Witaminami, próbowałam wyłączyć się z przeszywającego uszy i mózg piskowrzasku B2 (bo kiedy jest zmęczony, najgorszą katorgą jest dla niego siedzenie w mało wygodnym foteliku, co nieugięcie próbuje nam oznajmić, nie rozumiejąc przy tym przepisów prawa drogowego). Zaczęłam się zastanawiać, jakiej pomocy oczekiwałabym od innych ludzi chociażby w takiej chwili. Zapewne zostałabym obdarowana milionem dobrych rad, co zrobić, żeby dziecko nie płakało w samochodzie. Teoria jest rozległa, niestety nie za każdym razem przydatna. Szczerze mówiąc, mam już po dziurki w nosie tych na okrągło przewijających się wierszyków: „dawaj mu kaszkę, bo twoim mlekiem nie najada się”, „nie noś go tyle”, „ucz go picia w kubku”, „nie usypiaj go przy telewizorze”, „ubieraj go cieplej”, „nie wprowadzaj takiej ciszy podczas jego drzemki” itd., itp., i srete…

Kurcze, ludzie, czy Wy naprawdę myślicie, że ja (i inne matki) jestem aż tak niezdecydowana, tępa albo nieobyta w świecie, że popełniam błędy nieświadomie? Owszem, i tak się zdarza. Ale dobrze wiem, że kiedy maluch płacze, zapewne jest głodny, zmęczony, jest mu zimno albo po prostu narżnął w pieluchę! Jak każda matka, czuję, co powinnam zrobić, czasami tylko zwyczajnie nie mam na to siły…

Drogi ekspercie od spraw wychowania mojego dziecka!

Jeśli chcesz pomóc, zrób to umiejętnie. Nie graj znawcy, tylko bądź bratnią duszą. Naucz się rozumieć matkę, pamiętaj, że ma ona świetnego doradcę – instynkt macierzyński. Nie dawaj dobrych rad, jeśli o to nie prosi, nie krytykuj, bo to w żaden sposób nie pomoże. Nie mów: „on chyba jest głodny”, powiedz: „jeśli chcesz, mogę go nakarmić, a ty zrób sobie chwilę przerwy”. Nie mów: „kiedy moje dzieci były małe, zawsze miałam porządek”. Zapytaj: „jak mogę pomóc ci w ogarnięciu domu?”. Nie mów: „śpij wtedy, kiedy dziecko śpi”. Zaproponuj, że zabierzesz je na spacer, do siebie, na basen, GDZIEKOLWIEK… Dasz w ten sposób matce możliwość spokojnego, nieprzerwanego snu, o którym może zapomnieć przy bobasie. Zamiast mówić: „nie noś go tyle”, powiedz: „ponoszę go, ty daj rękom odpocząć”, zamiast szukać przyczyny płaczu, zabaw dzieciaka i pozwól matce wyjść do sąsiedniego pokoju, zamiast przypominania, że dziecko powinno być wychowywane w porządku i czystości, przyjdź, chwyć miotłę, poprasuj, zaproponuj, że umyjesz okna. Nie krzyw się na widok pełnego zlewu, tylko podwiń rękawy i pozmywaj naczynia, nie śmiej się z połamanych paznokci, doceń przyczynę ich zniszczenia, nie doradzaj, jak pielęgnować malucha, zapytaj, czy chce, aby jej w tym pomóc. Nie komentuj jej wyglądu. Daj jej czas dla siebie. Pozwól wziąć kąpiel w spokoju. Nie stój za drzwiami łazienki z dzieckiem wrzeszczącym w niebogłosy, daj jej chwilę ciszy. Kiedy bobas się rozchoruje, nie zrzucaj na nią za to winy. Przecież nie chciała tego, a w takich chwilach szczególnie przyda jej się twoja pomoc.

Nie próbuj decydować za nią, bądź w gotowości, gdyby przypadkiem potrzebowała wsparcia.

Nie ucz jej jak być mamą! Pomóż jej w tym, ale z boku, nie wychowasz za nią dziecka, możesz najwyżej jej to ułatwić.

Hej(t) mama!

 

#poranek #b2 #czytamygazetę #macierzyński #deszczowydzień #piątek #weekend

Odkąd zobaczyłaś dwie krechy na teście, zaczynasz nowe życie. Nie mam tu jednak na myśli cudownych wizji matki z okrągłym brzuszkiem składającej ręce w kształt serca czy pulchnych bobasów przytulających się do cycka. Od tej chwili jesteś na świeczniku. Twoje życie zostało rzucone na żer innych ludzi – matek, niematek, panien, mężatek, babć, ciotek i całej reszty świata, która z pewnością wie lepiej, co dla ciebie dobre, dzięki czemu będziesz zdrowsza a twoje dziecko szczęśliwsze.

Najpierw musisz przetrwać ciążę – kilogramy dobrych rad, tony zabobonów i setki tysięcy instrukcji. Uodpornij się więc na:

- Bo jak ja byłam w ciąży…

- Musisz jeść to i to…

- Powinnaś…

- Ja na twoim miejscu…

- Nie możesz …

Bez względu na to, co robisz i tak usłyszysz, że to jest złe, bo w ciąży jesz za mało/ za dużo, (nie) ćwiczysz, zbyt wiele/mało przytyłaś, (nie) pijesz kaw(y/ę), śpisz na prawym/lewym boku,  (nie) kompletujesz wyprawk(i/ę) dla dziecka, chodzisz na wysokim/niskim obcasie, (nie) opalasz się, za dużo/za mało odpoczywasz.*

*Niepotrzebne skreślić.

Choćbyś jak się starała, zawsze napatoczy się ktoś, kto znajdzie w tobie coś złego. Ale nie przejmuj się. Jeszcze za tym zatęsknisz. Bo prawdziwy hardcor zacznie się, kiedy urodzisz. Najpierw cię zlinczują, bo rodziłaś ze znieczuleniem zewnątrzoponowym, zamiast dać się zarżnąć na żywca. Jesteś egoistką, nie liczysz się z dobrem dziecka, jakoś dawniej nie było takich udziwnień i kobiety dawały radę. Do tego jeszcze zaraz po porodzie szły pracować w pole a ty udajesz zmęczoną!

Nie miałaś znieczulenia? I co z tego? Dostanie ci się, bo udajesz strongbabę. A co z cesarką? No to dopiero wygoda! Leżałaś sobie a lekarze za ciebie odbębnili robotę!

Potem kwestia karmienia. Na piersi źle, bo chude mleko, bo dziecko niedożywione. Jesz wszystko – przez ciebie dziecko ma kolki. Uważasz z dietą, głodzisz je. Przy sztucznym karmieniu trujesz je chemią. Kąpiesz codziennie – obnizasz odporność, nie kąpiesz, uczysz życia w brudzie.

Idziesz na spacer – mrozisz, trujesz smogiem. Siedzisz w domu – kisisz dzieciaka. Nosisz – dajesz sobą manipulować, nie nosisz – jesteś leniwa. Kiedy bawisz się z dzieckiem, słyszysz, że powinnaś zająć się domem, gdy sprzątasz, zaniedbujesz dziecko. Za wcześnie oddajesz je w ręce opiekunki i wracasz do pracy. Kurodomowiejesz, zamiast zacząć życie zawodowe, niańczysz dzieciaka. Masz za cicho/ za głośno, gdy maluch śpi. Nie potrafisz go nawet ubrać odpowiednio do pogody…

U jednej z blogerek zawrzała gównowojna, bo w kwietniu wyszła z domu z dzieckiem bez czapki. Zatroskane losem maltretowanego wiosennym wiatrem blogpotomka e-matki prawie już pal naostrzyły, żeby wyrodną nabić na niego… Bo one wiedzą, że robi żle.

Kiedy Lewandowska pokazała swój wyrzeźbiony brzuch miesiąc po porodze, w komentarzach już jej opiekę społeczną nasyłali, no bo jak to po ciąży tyle ćwiczyć można? Trzeba zająć się dzieckiem a nie sobą! Za to na żonie Janiaka psy wieszali miesiącami, bo dodatkowe kilogramy długo jej nie opuszczały. Wrzeszczeli w komentarzach, że zamiast pomyśleć o sobie, bawi tylko dzieci. To dopiero była pożywka dla hejterów!

Matka to najlepszy worek treningowy. Bo zawsze znajdzie się coś, do czego można się będzie przypieprzyć. A specjalistów od wychowania dookoła jest mnóstwo. I zazwyczaj najwięcej do powiedzenia mają ci, którzy dzieci widują tylko w reklamach pieluch albo tacy, co już dawno wyprawili je w świat.

Matka ma prawo popełniać błędy, uczyć się na nich. Dziecko nie potrzebuje idealnego wychowania. Czasami może potknąć się o niepoukładane buty w holu, nie mieć w czym wypić herbaty, bo wszystkie kubki są brudne, może iść spać nieumyte i zamiast kanapki z szynką bez konserwantów wsunąć tabliczkę czekolady. Najważniejsze, żeby zawsze czuło, że jest kochane.

Niech cię tłumy linczują, niech gadają za plecami i prosto w twarz. Słuchaj, że jesteś złą matką, że kompletnie nie nadajesz się do wychowywania dzieci. Niech się nawet nad tobą rozciąga chmura negatywnych komentarzy. To co mówią o tobie inni, jest nieistotne. Dla świata możesz być złą matką. Jakoś to przełkniesz. I tak najważniejszymi recenzentami są twoje dzieci i to, ile gwiazdek dostaniesz od nich za dwadzieścia lat powinno liczyć się najbardziej.

Matko, nie masz prawa!

Hi!

Nie obserwuję zbyt wielu blogów.  Mam dosłownie kilka ulubionych, do których zaglądam wieczornymi porami. Wśród nich jest świat dziewczyny, która z zawodu jest ginekologiem i w tle życia prywatnego dzieli się swoimi spostrzeżeniami na tematy kobiece. Ma synka i spodziewała się drugiego dzieciaka. No właśnie… Spodziewała…

Wczoraj zmroził mnie jej wpis, w którym oświadczyła, że jej drugi synek, Ernest, umarł, zanim zdążył się narodzić… Była w 23 tygodniu ciąży.

W nocy nie mogłam spać.  Zastanawiałam się, jak ta dziewczyna teraz musi cierpieć. Straciła dziecko, ktore od pięciu miesięcy czuła pod sercem. Miała już wybrane imię, przygotowaną wyprawkę, nawet życzenia z okazji Dnia Matki otrzymała już w imieniu obydwóch synków. Dla niej to trauma na całe życie.  Minie wiele lat, zanim się z tego podniesie.

Przy tym wszystkim po głowie zaczęły mi krążyć słowa wielu matek, których podejście do dzieci jest wręcz przerażające. Ciągle narzekają, a to że nie mają czasu dla siebie, a to, że brak im sił, że przytyły, że mają za dużo na głowie, że przestały rozwijać się zawodowo, że brakuje im pieniędzy, że są zmęczone…

Matko! Nawet nie wiesz, ile kobiet wzięłoby od ciebie to zmęczenie, kilogramy i brak czasu! Przyglądają ci się z boku i nie widzą twoich zmartwień, a jedynie ogrom szczęścia, jaki trafił się właśnie tobie, nie im. Nie masz więc prawa bluźnić!

Jesteś zmęczona, bo ktoś tak bardzo cię potrzebuje, że nie potrafi bez ciebie żyć.  Masz bóle kręgosłupa, bo ktoś nosi w sobie tak wielką miłość do ciebie, że tylko twoje ramiona są w stanie ją zaspokoić. Twój brzuch jest pomarszczony a skóra rozszarpana rozstępami, bo w nim narodziło się życie i tam mogło bezpiecznie przygotować się do przyjścia na świat, bo udało mu się tam przetrwać! Nie masz czasu dla siebie, bo ktoś tylko przy tobie czuje się bezpiecznie. Nie masz pieniędzy, ale dla kogoś ty jesteś największym skarbem, nie potrzebuje on drogich zabawek, najnowszej kolekcji ubrań czy zagranicznych wczasów. Wystarczy mu to, że jesteś. Masz w domu bałagan? Ktoś nie będzie pamiętał czystych podłóg i lśniących okien, on tylko chce ciebie, twojej uwagi, uśmiechu, poczucia bliskości.

Dziecko nie zajmuje ci czasu, ono go wypełnia, nadaje twojemu życiu sens i nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak bardzo pusty byłby twój świat bez niego. Doceń to, bo wygrałaś życie – udało ci się zajść w ciążę, donosić ją, urodzić dziecko, teraz możesz je wychowywać. Czy można czegoś więcej chcieć?

Bycie mamą to nie żmudny obowiązek czy ascetyczna praca zmuszająca do wielozadoniowości. To przywilej, który dostałaś od Boga i za to powinnaś być wdzięczna do ostatniej nanosekundy życia.

Matka nowicjuszka

Kiedy zachodzisz w drugą ciążę, nie zostawiasz miejsca na obawy i niepokoje związane z macierzyństwem. Wydaje ci się, że doświadczenie zdobyte podczas wychowywania pierwszego dziecka pozwoli ci uniknąć błędów i wpadek. Bo przecież tyle przeżyłaś, zaliczyłaś tyle lęków, smutków, nieprzespanych nocy, sraczek, rozbitych kolan, gorączek i łez. Myślisz, że wiesz już wszystko. Gówno prawda. Nic nie wiesz. Jesteś tak samo niedoświadczona jak ta matka nowicjuszka, która dopiero pozna blaski i cienie macierzyństwa. I chociażbyś przeczytała stosy ksiąg o pielęgnacji i wychowaniu dziecka, choćbyś przeszła wszystkie możliwe kursy, prześledziła fora internetowe i wychowała kilkoro dzieci, nigdy nie będziesz przygotowana należycie do bycia mamą.

Każde dziecko jest inne. To odrębny człowieczek, nowa historia, charakter, inna reakcja na różne bodźce i inny sposób odbierania świata. Zawsze natrafisz na jakąś sytuację, która cię zaskoczy, kiedy nie będziesz wiedziała, co masz zrobić.

Skąd to wiem? Ostatnia niedziela zdecydowanie nakopała mi do dupy pokorą.

Myślałam, że wychowanie B1 pokazało mi każdy aspekt bycia matką. I to nic, że już ciąża była zupełnie inna. Że poranne mdłości tym razem wystąpiły w formie rozdzierania gardła, że dyskomfort pleców zamienił się na łupanie w kręgosłupie a zamiast naturalnego porodu przeszłam przerażającą operację wyjęcia siłą dziecka z brzucha (zwaną potocznie cesarką).

Wciąż sądziłam, że wydoktoryzowana po pierwszym dziecku i tym razem łagodnie przejdę przez te parę lat, żeby później już tylko cieszyć się z efektów pracy. Nic bardziej mylnego.

Wszystko pamiętam jak w spowolnionym tempie – widok zesztywniałego B2, jego przerażonych oczu, kiedy nie mógł chwycić powietrza, jakby patrzył na mnie z błaganiem o ratunek, jakby nie wiedział, co się dzieje i czemu nie czuje się bezpiecznie, mimo tego, że jest przy mamie, potem wpadającego do pokoju B i jego nieludzki wrzask, żebym dzwoniła po pogotowie, B1 łkającą i powtarzającą tylko słowa: „oddychaj! oddychaj!”. Moje drżące ręce chwytające za telefon. Było mi tak zimno, jakby ktoś wyrzucił na mnie stos śniegu. Instrukcje dyspozytorki i ten dłużący się czas oczekiwania na karetkę. Dźwięk walczącego z oddechem B2, jego główka zwisająca z ręki ojca, malutkie rączki z zaciśniętymi piąstkami. I  w tym wszystkim ja, taka bezradna z rozkołatanym sercem i zawrotami głowy. Wszystko dookoła wirowało, dławiłam się łzami, nie wiedziałam, co robić. Bo przecież dopiero co dałam dziecku życie. Jak je teraz ratować? Czułam, jakbym stała obok i na to wszystko patrzyła spoza ciała. Jakby to był tylko jakiś cholernie zły sen. Jakbym zaraz miała się obudzić i zobaczyć leżącego w spokoju maluszka, czekającego na posiłek. Nagle jutro przestało mieć sens, bo zależało ono tylko od tej chwili…

Od tej pory nie potrafię zostawić B2 na chwilę samego. Boję się go przebierać, żeby nie zachłysnął się cofającym mlekiem, noszę go, kiedy mam wrażenie, że zaczyna się dławić, w nocy nie śpię, tylko słucham jego oddechu. Boję się o niego. Ale nie jest to naturalny lęk, który czułam przy B1, to paniczny strach. Każdy jego gwałtowny ruch podnosi mi ciśnienie, zrywam się i z bijącym sercem sprawdzam, czy wszystko jest w porządku.

Błogostan macierzyństwa zamienił się w potworny lęk. I cóż z doświadczenia? Nawet gdyby było to moje dziesiąte dziecko, przeżycia byłyby takie same.

Jestem matką nowicjuszką. Popełniam błędy i wiem, że niejedna sytuacja mnie może zaskoczyć. Nie potrafię poradzić sobie w każdej sytuacji. Ale mam jeden cel – wychować małego człowieka, dać mu poczucie bezpieczeństwa i tyle miłości, ile będzie w stanie w siebie zmieścić.

Trzymajcie kciuki!

Bo to najtrudniejsze zadanie…

#love ❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤#babyboy #babylove #boy #mama #synuśmamusi

#love ❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤#babyboy #babylove #boy #mama #synuśmamusi

Nocne rozważania przy śnieżnym księżycu o skojarzonym dziadostwie

Wreszcie znalazłam wolny czas. Co prawda w nocy i do tego po dość wyczerpującym dniu. Ale zawsze to coś. Załapałam się na ciekawe zjawiska za oknem – pełnia, zwana śnieżnym księżycem, chwilowe zaćmienie i kometa, którą ma być widać za jakąś godzinkę.

589dd06bafa5f_o,size,933x0,q,70,h,cba959

 

B1 choruje u babci, B2 absorbuje mnie caluteńki dzień, za to w nocy śpi tak, że niejedna matka by mi tego pozazdrościła. W domu sterta prasowania, kurz grubszy niż moja tkanka tłuszczowa a ja robię za mleczarnię od świtu do nocy…

Mieliśmy mieć już pierwsze szczepienie. Jednak przez chorobę B1 lekarka odłożyła je na kolejny tydzień.

Zapytacie pewnie o szczepionki. Naturalnie – bierzemy tylko te obowiązkowe. Jestem wielką przeciwniczką skojarzonych paści. Kiedy byłam w pierwszej ciąży, kończyłam studia logopedyczne. Było to dawno, szczepionki skojarzone były wielkim hitem. Rodzice płacili i kłuli, bo myśleli, że jak zapłacą, to będzie – nie wiem – lepsze? skuteczniejsze?  Lekarze rozbudowywali swoje posiadłości, bo płynęła do nich kasa od koncernów za polecanie tego dziadostwa. Sama zapisałam B1 do – rzekomo – najlepszej w mieście pediatry. Jako młoda matka powinnam jej zaufać. Tak się składa, że na zaliczenie logopedii miałam wtedy zrobić analizę przypadku dziecka autystycznego. Wgłębiłam się w temat bardzo, bo mnie on wyjątkowo zaciekawił. Byłam nawet na konferencji, na której prezes Związku Logopedów przedstawił wykład na temat zależności między zdiagnozowaniem autyzmu a szczepionkami skojarzonymi. Już wtedy udowodniono kilka przypadków. I tak jako żółtodziób poszłam z B1 na pierwsze szczepienie, na którym pani doktor z wielkim uśmiechem poleciła mi skojarzoną szczepionkę. Zapytałam ją o skutki uboczne, powiedziała, że nie istnieją. Wiem dobrze, że lekarka znała opisane na konferencji przypadki, bo uczestniczyła ona we wszystkich sympozjach. Zapytałam ją więc konkretnie – czy szczepionki te nie są przypadkiem przyczyną autyzmu. Pani doktor zaprzeczyła.

A ja?

Ja ubrałam B1, podziękowałam grzecznie za przyjęcie nas, wyszłam i już nigdy więcej tam nie zawitałam..

Możecie mówić, co chcecie. Nikt mnie nie przekona, że skojarzone szczepienie jest lepsze dla dziecka. Bo mniej boli? Da się to zapomnieć. Bo mniejsza trauma? W czasie swojego życia dzieciak porozwala kolana, zobaczy, jak jego ukochany pies choruje, dowie się, że święty Mikołaj nie istnieje – to będą prawdziwe traumy. Bo wymęczy się przy tylu igłach? Kto z nas pamięta swoje pierwsze szczepienia? Kto pamięta chociaż to ostatnie???  Bo jak płatne to lepsze? Powiększanie ust do wymiarów tyłka pawiana też nie jest refundowane…

Wnuk mojego kolegi z pracy urodził się kilka tygodni przed B1. Rodzice zaszczepili go płatną opcją – jak to stwierdził kolega – mieli za dużo pieniędzy. Chłopak jest dzieckiem autystycznym. Być może to nie jest przyczyna, może to tylko mrzonki, ale jeśli istnieje choć cień podejrzeń, nie warto ryzykować. Bo kto chciałby na własnym dziecku udowadniać swoją rację?

Siostra

wpid-img_20151214_213028

 

Przygotowania do świąt w naszym domu zawsze są wesołym momentem. Najlepsze jest to, że większość rzeczy robimy wspólnie – od porządków zaczynając, na pieczeniu i gotowaniu kończąc. Dzięki temu unikam takich sytuacji, w których na kolacji wigilijnej nie różniłabym się wiele od tego zmasakrowanego karpia na talerzu. I w tym roku, mimo ciążącego mi jak cholera brzucha i bolącego kręgosłupa robiłam wszystko, żeby ten czas był taki jak zawsze. Zależało mi na tym ze względu na moją dziesięciolatkę, która zawsze celebruje takie chwile. Nie chciałam jej zniszczyć wizji rodzinnych i wspaniałych świąt.

Jednak mimo wszelkich starań, coś było nie tak. Moje dziecko zrobiło się bardziej poważne, już nie cieszyło jej ozdabianie pierników i pomarańczy z goździkami. Wreszcie podczas ubierania choinki B1 posmutniała tak bardzo, że nie dało się tego nie zauważyć. Kiedy zapytałam, co się stało, wyszeptała, że to już ostatni raz, kiedy zakłada na czubek gwiazdę. Na początku nie skojarzyłam, o co jej chodzi. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że w ten sposób chciała mi przekazać swoje obawy, jakie narodziły się wraz z wizją pojawienia się w jej życiu nowej osoby.

W naszej rodzinie tradycją już się stało, że najmłodszy członek rodziny wieńczy ubraną choinkę zakładając na czubek ozdobę. Zawsze to zadanie należało do niej i w sumie nawet nie pomyślałabym, że ktoś inny mógłby to zrobić. Ale ona w głowie miała już tylko fakt, że niedługo urodzi się ktoś młodszy od niej i być może przejmie wszystkie jej zadania. Takie dziecięce myślenie. Pewnie w jej głowie roiło się od czarnych myśli, w których to ona zostanie zepchnięta na drugi tor a całą chwałę będzie zbierał mały, tłusty bobas w pieluszce. Zauważyłam wtedy pierwsze oznaki zmiany zachowania mojego dziecka. To oczywiste, że wiązały się one z faktem, że wkrótce w rodzinie miał pojawić się B2. Wiedziałam, że to prędzej czy później nastąpi. Nic dziwnego. Dziesięć lat była sama, a tu nagle jakiś intruz wchodzi w jej życie. Nie miałam tylko pojęcia, jak to się będzie przejawiało.

Dobrze, że poród przyszedł w święta. B1 spędziła je z naszą bardzo liczną rodziną. Było tam gwarno, śpiewnie i wesoło. Nie miała więc czasu myśleć o nowej sytuacji. Zadzwoniłam do niej ze szpitala wieczorem i już w głosie wyczułam jakiś dystans. Nie przedłużałam więc rozmowy, nie pytałam, co się dzieje, wolałam zostawić ją sam na sam z myślami, żeby mogła sobie wszystko spokojnie poukładać.

Po powrocie z B2 do domu na drzwiach wisiała laurka z napisem „Witamy” (chociaż z pewnością dzieło to zostało wymuszone na niej przez moją mamę). Nie wyszła z pokoju przywitać nas. Całe popołudnie siedziała tam i rozmawiała przez telefon z koleżankami. Moja mama próbowała ją przekonać, żeby do nas przyszła, natychmiast jej kazałam przestać. Nic na siłę. Uważam, że dziecko samo musi przełamać bariery. A im bardziej się na nie naciska, tym te bariery stają się bardziej rażące.

Następnego dnia niepewnie przyszła do pokoju malucha. To był jej świadomy, niewymuszony ruch. Musiała do niego się widocznie przygotować. Chyba ciekawość wygrała z dumą. Dokładnie go obejrzała, dotknęła jego głowy, chwyciła rączkę, wpatrywała się w niego dłuższą chwilę i chyba to była miłość od pierwszego wejrzenia…

Od tej pory jej podejście do nowej istotki zupełnie się zmieniło. B1 towarzyszy nam w każdej sytuacji: podczas karmienia, przy kąpieli, podczas ubierania, rano przychodzi poleżeć przy bracie, po przyjściu ze szkoły wita się z nim, wpatruje się w niego w wolnej chwili, nawet uczy się w salonie, gdzie zazwyczaj mały bąbel śpi w wózeczku. Bywa też tak, że jako wzorowa siostra, obrończyni małego brata, potrafi mieć do nas pretensje o ropiejące oczko czy zsuniętą z nóżki skarpetkę. To niesamowite zjawisko. Na moich oczach narodziła się ta dziwna więź, o której – z racji bycia jedynaczką – nie miałam bladego pojęcia…

Sterylny umiar

Nie należę do wyjątkowo przewrażliwionych na punkcie czystości matek. Moje dzieci raczej nie mogą zlizywać z podłogi jedzenia. Staram się zachować umiar w podejściu do dbania o dom. Owszem, utrzymuję czystość, ale bez przesady.

Są jednak pewne obszary, w których nie odpuszczam. Nie wyobrażam sobie stosowania półśrodków w kwestii czystości odzieży i naczyń.

Wiem, jak ważne jest odpowiednio wyprane ubranie dla dzieci. Dlatego też zainwestowaliśmy w pralkę z programem antyalergicznym. Co prawda każdą wypraną rzecz dodatkowo prasuję, ale z pewnością zmniejsza to ryzyko uchowania się bakterii.

Oprócz pralki kupiliśmy też zmywarkę z programem Baby. Ma on wyparzać butelki, smoczki, grzechotki i całą resztę atrybutów małego mlekożercy. Program ten wykorzystuję też do wyparzania zabawek B1. Nic tak dobrze nie wymyje klocków Lego jak właśnie taka zmywarka.

To rozwiązanie nie sprawdza się jednak w użytkowaniu codziennym. Nie mam tylu butelek i smoczków, żeby czekać na zapełnienie całego programu zmywarki a włączanie jednej czy dwóch flaszek jest zwyczajnie nieekonomiczne.

W takich sytuacjach przydaje się sterylizator. Przy B1 korzystałam z niego na bieżąco. Teraz również dostałam taką możliwość dzięki firmie Canpol babies.

Elektryczny sterylizator parowy to bardzo wygodne w użyciu i skuteczne w działaniu urządzenie przeznaczone do użytku domowego. Pozwala ono szybko i wygodnie wysterylizować butelki, laktatory i akcesoria niezbędne do codziennej pielęgnacji dziecka. Nie trzeba czekać na zebranie pełnego programu – tak jak w zmywarce. Można oszczędnie wysterylizować nawet jedną butelkę!

Nie muszę kupować całego zestawu flaszek, wystarczą dwie, ewentualnie trzy i bez problemu będę mogła utrzymać je w czystości po każdym karmieniu. Zakładając fakt, że mam zamiar szybko korzystać z laktatora, bo nie potrafię zagrzać w domu zbyt długo miejsca i – znając życie – zaraz wrócę do swoich pozadomowych zajęć – takie wyparzanie pojedynczych buteleczek i elementów sterylizatora będzie bardzo przydatne.

Każda mama zapewne zastanawia się, jak to działa? Wytworzona para wodna dokładnie i równomiernie otacza wszystkie elementy podlegające sterylizacji, zapewniając wysoką higienę w max. 12 minut. Specjalnie zaprojektowany pojemnik filtrujący ułatwia usuwanie wody i zanieczyszczeń po zakończeniu procesu sterylizacji. Szybko i sprawnie mamy gotowe do użycia flachy.

 

Ponieważ wyparzone elementy są bardzo gorące, sterylizator jest wyposażony w szczypce umożliwiające wyjmowanie gorących elementów.

Zmywarka potrzebuje przynajmniej 90 minut na porządne umycie naczyń, sterylizator w 12 minut pozwoli na korzystanie z czyściutkich butelek, smoczków i wszystkiego, co tylko chcemy (i możemy) wyparzyć.

Pisałam o tym, że wyparzyć można nawet tylko jedną butelkę. Tak też zrobiłam, bo na początku mi więcej nie potrzeba. Ale urządzenie może sterylizować 5/6 butelek oraz inne drobne akcesoria. Ma trzy tacki, na których układa się elementy.

Można więc wykorzystać go nawet po większej mlecznej wyżerce.Inne sterylizatory zazwyczaj mają maksymalnie dwa poziomy, dzięki temu ten z Canpol babies znacznie góruje nad innymi.

Nie zużywa dużo wody ani nie trzeba go dodatkowo myć. To dla i tak już ledwo żywych matek wielki atut.

Elektryczny sterylizator Canpol babies jest kapitalnym rozwiązaniem w domu z małym dzieckiem. Nie zabiera cennego czasu, jest łatwy w utrzymaniu i łagodny dla portfela. Każda matka powinna skorzystać z takiego ułatwienia.

Więcej informacji na temat sterylizatora znajdziecie tutaj.

Chętne mamusie urządzenie mogą kupić tu.

Jak już pisałam, w pewnych sprawach należy zachować umiar. Jednak pierwsze miesiące życia dla malucha są takim czasem, który może zaważyć o całej jego przyszłości. Nie warto wtedy ryzykować…

Do czego każdej matce przyda się piwnica?

Kiedy byłaś mała, problemy wydawały się łatwiejsze do rozwiązania. Na trzydniówkę dostałaś lekarstwo, zły sen odszedł, kiedy usłyszałaś, że jestem wróżką, która strzeże Twoich myśli i nie pozwoli Cię skrzywdzić byle potworowi z szafy, na siniaka wystarczyło przytulenie a katar miał nawet swoje plusy, bo mogłaś z nami spać i wtedy niczego więcej już nie potrzebowałaś. Dopóki żyłaś tylko w moim świecie, cztery ściany domu i ramiona całej rodziny tworzyły dla Ciebie niepodważalną ochronę. Nic z zewnętrznego życia nie mogło Ci zaszkodzić. Wtedy każdy problem był do rozwiązania, wszystkie łzy dało się osuszyć i nie bałam się, że coś mnie przerośnie.

Szybko się to skończyło. Musiał nadejść ten czas, kiedy wyszłaś poza bezpieczne granice domu i zaczęłaś życie w społeczeństwie. Drobne przedszkolne problemy rozwiązywałyśmy wspólnie rozmowami, nie potrzeba było ingerencji nauczycielek, bo opatrzność zazwyczaj obdarzała Cię grzecznymi kolegami i koleżankami. Nawet pierwsze lata szkolne minęły jakoś spokojnie. Ale teraz, kiedy weszłaś już wiek muzycznych idoli, pamiętników i przyrośniętego do ręki smartfona, poczułam strach. Cholerne obawy, które czasami spędzają mi sen z powiek.

Widzę Cię śpiącą, masz taki błogi wyraz twarzy, w Twoim pokoju panuje spokój a ja siedzę i myślę, jak mogę uchronić Cię przed światem. Wiem, że to niemożliwe i ta prawda rozdziera mi serce. Bo już teraz, kiedy widzę że dzieje Ci się krzywda, chcę tak bardzo Ci pomóc. Najchętniej sama rozwiązałabym Twoje problemy, połamała nogi temu gnojkowi z szóstej klasy, który Cię zaczepia, wyrwała włosy nauczycielce, za to, że podniosła na Ciebie głos, wsadziła laptopa do gardła cwaniakowi, który skrytykował Twoje zdjęcie na portalu społecznościowym. Niestety, wiem, że nie mogę tego zrobić. Są pewne granice Twojego świata, do których mam dostęp. I mam świadomość tego, że pozornie chroniąc Cię, wyrządzę Ci wielką krzywdę.

Ale co będzie dalej? Skąd mam wziąć siły na znoszenie Twoich rozterek? Jak zareagować na pierwszy zawód miłosny? Oczywiście najchętniej zamknęłabym takiegoż skurwysyna w piwnicy i z precyzją Michel’a Moran poszatkowała mu przyrodzenie. Wydrapałabym oczy dziewusze, która drwiąco popatrzyłaby na Ciebie. Najchętniej spaliłabym żywcem każdego, kto ma wobec Ciebie złe intencje. Niestety, nie pozwolisz mi na to. Będę mogła tylko być obok. Przygryzając język i hamując łzy znów zostanie mi do wykorzystania tylko jeden środek – przytulanie. Bo raczej w wersję z wróżką już nie uwierzysz…

Jak mam pogodzić się z tym, że Twoje ciało już dziś jest przedmiotem dyskusji obleśnych starców pierdzących w stołki sejmowe? Jak żyć ze świadomością, że co chwilę słyszy się w telewizji o brutalnych gwałtach na kobietach? Jak mogę pozwolić na to, aby ktoś kiedyś Tobą pomiatał tylko dlatego, że jesteś na niższym stanowisku? Jak wytrzymać złowrogi wzrok wykładowców, którzy będą chcieli Ci udowodnić, że nie jesteś nic warta? Jak mam znieść Twoje łzy wywołane czyjąś zawiścią? Nie uchronię Cię przed nimi.

Ta bezsilność mnie przeraża. Czuję lęk przed światem, chociaż sama musiałam dać z siebie wiele, aby go okiełznać w młodości. Wiem, że sobie z tym poradzisz. Jesteś silną dziewczynką a każda porażka jeszcze bardziej Cię uodporni na kolejne, masz przecież mój charakter, więc kiedyś przyjdzie taki czas, gdy to Ty będziesz dyktować swojemu życiu warunki. Ale dziś jesteś jeszcze taka bezbronna. Tyle jeszcze musi się zdarzyć, abym spokojnie mogła patrzeć na Twoje decyzje i doświadczenia.

Nie ma trudniejszej roli od bycia matką…

#b1 mierzy długość włosów. Można i tak. #dziecko #b1 #pomysłydzieci #zadzieckiemnienadążysz

Czwarta klasa Oxfordu

Dzisiaj wpis z zupełnie innej beczki. Pora na chwilę odłożyć sprawy ciążowe i wizje ponownego macierzyństwa. Obok rosnącego brzucha i cukierkowych bodziaków, śpiochów, wózków i całej reszty niemowlęcych klamotów jest jeszcze drugi świat, w którym problemy wydają się być o wiele większe a moja wszechsiła matki traci moc, bo nie działa już na wszystko. To świat mojej B1, dziesięciolatki, która musiała stawić czoła szarej, szkolnej rzeczywistości. I na tym temacie chciałabym się zatrzymać…

B1 chodzi do szkoły o rzekomo bardzo wysokim poziomie na tle innych podstawówek w naszym mieście. Od lat nauczyciele szczycą się sukcesami, świetnymi wynikami egzaminów i doskonałymi losami absolwentów. Żal było nie posłać tam dziecka, tym bardziej, że znam jej możliwości i wiem, że w prowincjonalnej szkółce mogłaby wtopić się w tłum i zniknąć w tle problematycznych dzieciaków, na których zazwyczaj bardziej skupiają się uczący.

Pierwsze trzy lata były rewelacyjne. Wychowawczyni i nauczyciel wspomagający (klasa integracyjna) stworzyli iście domową atmosferę. Dzieci pokochały lekcje i samą szkołę. Rodzice zaangażowali się w życie klasy, nauczycielki robiły wszystko, żeby proces wychowania uczniów był wspólnym zadaniem. Ogrom materiału, jaki ministerstwo narzuca na te małe główki, przyswajało się z lekkością, bo panie wypracowały takie środki i metody, że najmniej kumaci osobnicy łapali w mig to, co trzeba było umieć. Praktycznie w domu wystarczyło utrwalić wiedzę i bez żadnych problemów można było chłonąć ją dalej. Dla dzieci nieobecność w szkole była czymś przykrym. Pamiętam, jak B1 po każdej chorobie niecierpliwiła się, kiedy wróci do szkoły. Już nie mogła doczekać się spotkania z koleżankami i paniami. Z uśmiechem witała się z wychowawczynią, przytulała się do niej, uwielbiała przebywać w szkole. Kiedy wracała do domu, z zapartym tchem opowiadała o radosnych lekcjach, ciekawych zabawach, podczas których poznawała świat, o szaleństwach pań nauczycielek, które wprowadzały niesamowity klimat na zajęcia.

I czar prysł w czwartej klasie. Kompletna zmiana systemu sprawiła, że nie tylko moje dziecko, ale i ja nie łapię zakrętu. Nauczyciele wczuli się w rolę wykładowców uniwersyteckich i lekcje traktują jak wykłady. Przez czterdzieści minut mówią bez podkreślania tego, co ważne, potem zadają w cholerę ćwiczeń do domu a na następnych zajęciach zwyczajnie tego wszystkiego wymagają. Nie ma dnia bez kartkówki czy sprawdzianu. Nauczyciel każe się dzieciom nauczyć. Po stronie rodzica leży raptem wytłumaczenie dziecku niejasności, przećwiczenie zadań, pomoc w zrozumieniu tematu, wyłapanie najważniejszych informacji i utrwalenie materiału. Czyli praktycznie wszystko…

B1 wraca do domu ze szkoły, pół godziny zajmuje jej zjedzenie obiadu i krótki odpoczynek, potem około dwóch, trzech godzin odrabia zadania domowe, następnie jakieś trzy godziny uczy się na kolejne hektoilości kartkówek, sprawdzianów i reszty wymagań. Łącznie sześć godzin dzień w dzień ślęczy w książkach. Widzę, że z beztroskiej dziewczynki powoli zamienia się w zestresowany produkt systemu edukacji. Przeraża ją oschłość, chamstwo i krzyk pedagogów, którzy traktują dzieci jak zło konieczne. Chcą z nich zrobić maszyny do recytowania regułek i rozwiązywania zadań, nie umieją przy tym wprowadzić skutecznej metody nauczania, stąd spychologia na rodziców.

Mój dzieciak należy do tych bardziej lotnych, wiedza wchodzi jej stosunkowo szybko, ciekawa jestem, ile czasu na to wszystko poświęcają te dzieci, które mają większe problemy z przyswajaniem wiedzy. Zapobiegawczo zapisaliśmy ją już na korepetycje z matematyki i języka angielskiego. W klasie praktycznie większość już rypie korki z kilku przedmiotów, bo rodzice zwyczajnie nie mają czasu na przesiadywanie przy biurku całych godzin. Na szczęście w tym roku nie pracuję i mam czas na to, żeby spokojnie, bez pośpiechu pomóc B1 w nauce. Nie wyobrażam sobie tego w moim naturalnym trybie życia, czyli przy pracy popołudniami, weekendami, późnowieczornych powrotach i przynoszeniu do domu sterty papierów.

Tak czy inaczej, horda korepetytorów, zdesperowani rodzice i ledwo żywe dzieci pracują cały rok szkolny mizernie na każdą ocenę. I przychodzi dzień podsumowania nauki, pani dyrektor z radością na twarzy wychodzi na środek, włącza prezentację o wdzięcznym tytule: „SUKCESY NASZEJ SZKOŁY”. W tym momencie w myślach zgromadzonych rodziców rodzi się jedna myśl – wielkie, soczyste KUR** Czyje sukcesy? Szkoły? Nauczyciele szczycą się wygranymi w konkursach, wysokimi wynikami egzaminów i świetną średnią uczniów. Ale to nie ich zasługa. To ciężka praca rodziców, korepetytorów i przede wszystkim dzieci, to walka z kartkówkami i sprawdzianami, których intensywność gotuje krew w żyłach. To próba sprostania wymaganiom uczących, pozbawionych empatii, zapatrzonych w siebie i wierzących w swoją nieomylność. To błędne mniemanie o sobie nauczycieli, którzy sądzą, że wszystko, co powiedzą, uczniowie wchłaniają niczym gąbka wodę i nie wiedzą (albo nie chcą przyjąć tego do wiadomości), że po szkole każdy dzieciak wkłada maksimum wysiłku w ogarnięcie materiału. Z czego wynika wysoki poziom szkoły? Bynajmniej nie z profesjonalizmu nauczycieli. Wręcz przeciwnie – to efekt żmudnej walki rodziców z egocentryzmem uczących.

Nie wypowiadałabym się na ten temat, gdybym sama nie pracowała w tej „branży”. Nie wyobrażam sobie takiej spychologii i siania terroru wśród uczniów. Czuję odpowiedzialność za każdego i nie liczę na to, że po wyjściu z sali lekcyjnej nagle młodzi rzucą się na sterty książek i sami pożrą wiedzę. Od przekazywania jej jestem ja. To ja mam tłumaczyć wszelkie niejasności, podpowiadać, jak szybciej nauczyć się materiału, usystematyzować go, nie mogę liczyć na rodziców i samodzielność uczniów. Przecież nie każdy ma w domu odpowiednie warunki do nauki, za to każdy ma prawo do solidnego wykształcenia. To nauczyciele mają być przewodnikami i pomocnikami dla uczniów. Nauczanie nie polega na zacytowaniu kilku fraz z podręcznika i wymaganiu odtworzenia materiału. Po co by wtedy były szkoły?

Mam takie wrażenie, że niektórzy nauczyciele trafili do pracy zwyczajnie z braku lepszego pomysłu na swoje życie i siedzą za tym biurkiem wyrzucając sobie zmarnowane lata. Kompletnie nie rozumieją uczniów, nie potrafią wczuć się w ich sytuację, jak więc mają ich czegokolwiek nauczyć? No, może poza depresją, stresem i znienawidzeniem szkoły…

Tola i BLOG 27