Warcz po cichu!?!?

Wyobraź sobie, że na twoim podwórku toczy się wojna między Putinem a Kim Dzonk Unem. Bordowi od gniewu przywódcy marszczą brwi, skaczą sobie do gardła, wyrzucają błędy, wrzeszczą  i grożą. Słyszysz trzaski, ogólne zamieszanie i okrutnie nerwową atmosferę.
Co czujesz?
Nie wiesz, jak zareagować, boisz się ich ruchów, podejrzewasz, że zaraz zacznie się konkretna rozpierducha i twój dom pójdzie z dymem albo w najlepszym wypadku zamieni się w kupę gruzu. Jest ci gorąco, ściska cię w żołądku i chcesz wyrzygać z siebie ten strach. Myślisz o jutrze. Jakie będzie. I czy w ogóle będzie…

Abstrakcja, co?
Nie do końca.
Bo właśnie to czuje twoje dziecko, kiedy kłócisz się ze swoim mężem/ swoją żoną.
Czasami najmniejsza sprzeczka, ta o pierdoły, dla dziecka może być stresorem na miarę egzaminu na prawo jazdy.  Ono nie rozumie, że tak musicie, że gdzieś trzeba wyładować emocje, że po udowadnianiu sobie racji w końcu odpuścicie.

Sprawa jest patowa, bo w małżeństwie kłótnie to norma. Moja babcia zawsze powtarzała, że jeśli przestałaś kłócić się z mężem, znaczy, że albo umarł, albo właśnie pakuje walizki i się rozstajecie.
Przed ślubem planowałam, że każdą kłótnię rozwiążemy na spacerze. Tak żeby dzieci nie słuchały. Kulturalnie wymienimy argumenty, powoli przemierzając ścieżki jakiegoś parku. Obok nas będzie biegał pies, a my będziemy rzeczowo dyskutować…
Planowałam też liczne potomstwo, mieszkanie w Krakowie i to, że będę biegać co wieczór. Jak to z planami bywa, poszły się… (W pobliżu brak parków, zamiast psa mam królika, który z Chiny nie ruszyłby sadła ze swojego sianka, więc o spacerze mogę zapomnieć, a do kulturalnej wymiany argumentów musiałabym zeżreć ze trzy paczki tabletek ziołowych na uspokojenie…)
Nasze kłótnie mają włoski charakter. Warczymy jak dwa lwy na wspólnym terytorium. Albo raczej jak diabły tasmańskie, bo z lwów brakuje nam opanowania…
Wiem, że B2 ma z tego niezły cyrk, bo dla niemowlaka wszystko, co jest odstępstwem od rutyny, staje się atrakcyjne. Za to B1 przeżywa każdą, najdrobniejszą nawet sprzeczkę. Nieraz już zauważyłam, że kiedy robi się gorąco, stara się załagodzić nadchodzącą wojnę. Czasami na samą myśl, że tak to bierze do siebie, chłodzę nerwy i próbuję uspokoić się na tyle, żeby ograniczyć kłótnię do małej acz bolesnej szpili w ego B, zupełnie niewyłapywalnej przez czujne ucho B1.

Niestety, nie za każdym razem mi się to udaje i po wszystkim mam cholerne wyrzuty sumienia. Wiem, jako matka powinnam trzymać nerwy na wodzy. Ale mój piekielnie ognisty temperament  czasami nie daje się ujarzmić… Cóż… Nie jestem idealna…

Poradniki tworzą sryliony teorii na temat kłótni małżeńskiej. Zalecają stosowanie łagodnego tonu (dziwnie brzmiałoby kurwowanie ciepłym głosikiem z uśmiechem na twarzy…), przełożenie kłótni „na potem”, kiedy emocje opadną i włączy się mózg (no ale jak, kiedy ja właśnie w tym momencie muszę z siebie wywrzeszczeć, co czuję), albo rozwiązywanie problemów w poradni rodzinnej (przy trybie pracy B musieliby tam wprowadzić sesje nocne). Każde małżeństwo jest inne i wszelkie teorie nijak się mają do rzeczywistych relacji. Nie da się tłumić w sobie złości, bo jak negatywne emocje się skumulują, całe małżeństwo może runąć jak domek z kart.

Kłótnia to też forma relacji. Dzieci nie mogą wierzyć, że życie wolne jest od konfliktów. Przeciwnie, niech widzą, że one istnieją, że są czymś naturalnym i że – przede wszystkim – można je rozwiązać. Dzięki temu w przyszłości mała sprzeczka z chłopakiem, przyjaciółką, czy kolegą z pracy nie będzie dla nich tragedią na miarę wojny atomowej. Świat przecież nie jest tylko czarny albo wyłącznie biały.

Matka Polka udręczona

Zatrzymujemy chwile... #spacer #b2ija #razem #relaks #macierzyński

Zauważyłam, że za każdym razem, gdy w mediach społecznościowych opublikuję zdjęcie pokazujące mój relaks, czytanie książki czy – nie daj Boże – picie kawy, spotykam się z dziwną reakcją kobiet. Jedne piszą, że mnie podziwiają, bo ONE nie mają wolnego czasu (taki standardowy schemat – TY jesteś be a JA cacy!), inne zazdroszczą, jeszcze inne żalą się, że w ogromie pracy mogą zapomnieć o odpoczynku. W każdej reakcji jednak idzie wyczuć kroplę krytyki (jaśniej mówiąc – delikatne plucie jadem) i zestawienie mnie, bezczelnie łamiącą stereotyp padniętej na twarz matki z resztą świata kobiecego – urobionego do nieprzyzwoitości, oddanego dziecku lub pracy, bez szans na chwilę wytchnienia.

Przyjęło się, że kobieta musi być ucioraną cierpiętnicą. Bez względu na to, czy jest aktywna zawodowo, czy wychowuje dzieci. W jej słowniku nie istnieje termin relaks (którego perfidnie nadużywam na macierzyńskim), musi od rana do wieczora poświęcać się swojemu oprawcy (czyt. dziecku, szefowi, mężowi, psu, garom, pralce, podłodze, papierologii, itd…* niewłaściwe skreślić…), być wiecznie niewyspana, robić wołającą o współczucie minę i wciąż powtarzać, że na nic nie ma czasu i nie zdąża z obowiązkami. Mówienie głośno o tym, że ma się chwile dla siebie jest palone na stosie, bo matce, kobiecie pracującej, czy gospodyni domowej nie wypada odpoczywać. Zewsząd słychać tylko westchnienia, jakby to one chciały TAK JAK JA posiedzieć przy książce, obejrzeć serial albo wybić kawę…
Z każdej strony wzorowe kobiety biją mnie po uszach, że praca męczy, dziecko dobija, dom wykańcza. Sorry drogie panie. Ale czy ktoś wam każe pracować, wychowywać dzieci, sprzątać, gotować, itd.? Kto powiedział, że każda z nas musi skończyć przyduszona ciasnym kostiumem na dziesiątym piętrze biurowca albo wdeptana między kaszki, chrupki i kupy? Zawsze przecież można wybrać opcję mniej ambitną -tumiwisizmu społecznego, samotnej wyprawy dookoła świata, staropanieństwa (wiem, nie każdej to słowo przez gardło przejdzie). Pamiętajcie, WASZE życie to WASZ wybór! Dlaczego szukacie współczucia za decyzje, które przecież podjęłyście same? A przecież odpoczynek to nie wstyd!
Jeśli czegoś nie lubię, nie robię tego. Syf w domu może poczekać, kiedy akurat mam ochotę poczytać książkę, jechać na zakupy albo wyjść z moją gawiedzią na plac zabaw. Praca nigdy mnie nie męczyła – raczej dopingowała. Uwielbiałam te dni, kiedy po całym dniu wracałam zmęczona do domu. Znaczyło to, że był aktywny czas zawodowy i coś się działo. Dzięki takim chwilom nigdy nie straciłam zapału do swojego fachu. A dzieciaki? Potrafią doprowadzić mnie do szału, ale fajnie je mieć. Nawet to zmęczenie po nieprzespanych nocach ma swój urok.

Owszem, miewam gorsze dni – jak każdy. Wtedy warczę na wszystko. Bywam smutna, wściekła, podirytowana. Jak każdy – mam chwile słabości. One jednak mijają. Podchodzę więc do życia z dystansem. Nie wstydzę się tego, że mam czas dla siebie. Mam do niego prawo. Jak każdy. Nie udaję uciemiężonej, nie szukam współczucia. Bo i po co? Ono przecież nie buduje. Tylko na chwilę maskuje nasze prawdziwe emocje.  Matka nie jest synonimem cierpiętnicy. Matka to kobieta ciesząca się życiem i przekazująca tę umiejętność swoim dzieciom. Jaki byłby świat, gdybyśmy wychowywały takich mruków?
Czy naprawdę musimy narzekać, żeby czuć się lepiej? Piszecie, że zazdrościcie mi czasu przy książce. Usiądźcie i poczytajcie. Nie jesteście przecież operatorkami rakiety Kim Dzong Una, bez was czas pędzi tak samo. Najwyżej obiad się przypali, muchy utkną w lepiącej się podłodze, dzieciaki się chwilę ponudzą, albo może wreszcie nauczą się kreatywności?

Od największych dla najmniejszych

Dzieci są największymi motywatorami do działania. To niesamowite, jak dorośli stają na głowie, żeby maluchom było w życiu łatwiej, cieplej, wygodniej, zdrowiej, itd…

Największe koncerny prześcigają się w innowacyjnych produktach do zabawy, jedzenia i pielęgnacji. A wszystko dla nich, najwspanialszych czasoumilaczy…

Wśród firm przyjaznych dzieciom zdecydowanie wiedzie prym Canpol Babies, która jeszcze nigdy mnie nie zawiodła i drugi raz towarzyszy nam w drodze macierzyńskiej. Jeśli chcecie poznać bliżej świat dziecięcych marzeń, rodzicielskich rozterek,wpadajcie do Blogosfery Canpol. Możecie tam nie tylko zasięgnąć porad w sprawie wychowania i pielęgnacji maluszków, wypowiedzieć się na forum i poznać inne mamy, ale też otrzymać świetne produkty – zabawki i akcesoria Canpol Babies.

Sama jestem Canpolmamą, o czym już nieraz mogłam Wam opowiedzieć, kiedy to razem z B2 testowaliśmy produkty. Jesteśmy wiernymi fanami Canpol Babies i mamy nadzieję, że i tym razem firma nam zaufa i pozwoli na wyrażenie swojej opinii o kolejnym fascynującym produkcie.

Zaglądajcie koniecznie!

Mleczna prawda

#karmieniepiersią #karmiębokocham #karmieniepiersiąjestpiękne #B2 #babylove #babyboy #blog #instababy

Ja wiem. Karmienie piersią to koszmar. Już po kilku dniach od porodu masz chęć uciec gdzieś daleko, schować swoje cycki przed światem ( a konkretnie przed wydanym na tenże świat nienażartym ssakiem) i wrzasnąć, żeby wszyscy dali ci święty spokój. Nie spodziewałaś się z pewnością, że leżenie może być tak męczące. A jednak! Kręgosłup jest poturbowany jak wóz na kamienistej drodze, czujesz każdy zastany mięsień, sutki pogryzione do krwi a piersi zapomniały dawno o jędrności i powoli  zaglądają pod kolana.
Ale przyznaj, kochasz to. Cierpisz jak cholera, ale wiesz też jak szybko ucieka czas. Te chwile trwają bardzo krótko i są niepowtarzalne. Takie mgnienie niewyobrażalnej cudowności. Przecież już nigdy więcej nie poczujesz tego błogostanu i aury więzi z dzieckiem.
To najpiękniejsze z przeżyć, podczas którego czujesz, jakby świat stanął w miejscu, nic nie jest ważne, liczy się tylko jedno – widok maleńkiego dzieciątka, które z przymrużonymi oczami, bez pośpiechu delektuje się każdym łykiem. To ponadwymiarowe poczucie, że teraz jesteś tylko ty i ono, jedność i świadomość, że wciąż tworzycie wspólny organizm, ten wszechobecny spokój. Nic tak nie wycisza cię jak ciepło wtulonego w ciebie dziecka!
Karmienie to przeżycie mistyczne. Ma w sobie cudowne pierwiastki. Nie uciekaj przed nim. Nie tłumacz się brakiem czasu, powrotem do pracy bólem czy niemożnością zaspokojenia głodu dziecka. Wykorzystaj swój dar do granic możliwości. Bo potem pozostanie już tylko szara rzeczywistość.

Pranie mózgu?

Kiedy wróciłam ze szpitala z maleńką B1, zastałam cały sznur miniubranek wypranych starannie przez moją mamę. Jest ona zwolenniczką prania ręcznego, dlatego każde ubranko potraktowała osobiście płatkami mydlanymi i hektolitrami wody. Potem długo je prasowała i układała w szafie bez składania w kostkę, żeby przypadkiem zagięcia nie gniotły małego ciałka. Po pierwszej wizycie położnej z rąk ubranka powędrowały do pralki, bo usłyszałam, że nawet najbardziej uparte ręce matczyne nie wypłukają tak dobrze chemii z tkanin jak urządzenie specjalnie do tego stworzone. Płatki mydlane też poszły w odstawkę i zaczęłam testować różne proszki i płyny – hypoalergiczne, bezzapachowe, zmiękczające, itd. Ostatecznie, gdy B1 miała roczek, prałam już w zwykłych proszkach i do dziś moje dziecko nie ma żadnych problemów ze skórą.
Przy B2 pominęłam etap płatków mydlanych i od początku wprowadziłam proszek dla dzieci. Najbardziej przypadł mi do gustu Jelp. Jest dobry. Nie ma mdłego zapachu jak Lovella i łatwo się wypłukuje z ubranek. W programie antyalergia radzi sobie z większością świeżych zabrudzeń. Gorzej z zaschniętymi plamami… Nie znalazłam jeszcze złotego środka na swoiste menu dnia B2 na jego koszulkach i bodziakach…

Zastanawiam się jednak nad faktyczną wyższością proszków dla dzieci nad zwykłymi środkami do prania. Stosuję, bo wolę nie testować swoich wątpliwości na dziecku, ale podejrzewam, że to mydlenie oczu matkom przez koncerny produkujące chemię domową. Zapewne przy B2 też wrócę do zwykłego prania już za kilka miesięcy.

Chociaż…
Usłyszałam też o innowacyjnej metodzie prania, szczególnie sprzyjającej niemowlakom. Firma TianDe wypuściła na rynek kule turmalinowe do prania, które w 100% posiadają naturalne składniki. Doskonale i ekonomicznie zastępują proszek do prania, płyn do prania oraz płyn do płukania. Kule są przeznaczone do prania bielizny osobistej i pościelowej bez użycia proszków i innych środków do prania.
Turmalinowe kule zapewniają doskonałe efekty prania bez fosforanów i środków powierzchniowo czynnych. Ze względu na brak agresywnych składników chemicznych kule są całkowicie nieszkodliwe dla zdrowia ludzkiego i środowiska. Nie uczulają. Nie powodują podrażnienia i reakcji  alergicznych. Ponadto granulki kul mają silne działanie antybakteryjne. Usuwają nieprzyjemny zapach. Nadają materiałowi miękkość, świeżość i ochronę koloru.
Podstawowy składnik w procesie prania stanowi woda. Aby usunąć brudne plamy, należy wzmocnić jej właściwości rozpuszczenia substancji za pomocą zmniejszenia jej napięcia powierzchniowego. W proszkach do prania dzieje się to za sprawą Substancji Powierzchniowo Czynnych (SPC). Natomiast ekosfery osiągają ten rezultat oddziałując na wodę za pomocą stabilnych zmiennych pól elektromagnetycznych.
Przy ruchu turmalinu w wodzie tworzą się elektryczne mikrostrumienie, które zmniejszają siłę napięcia między molekułami wody, zwiększając ich właściwości rozpuszczające. Metale ziem rzadkich poprawiają jakość prania, zwiększając przewodzenie prądu w wodzie. Zeolity zaś zmiękczają ją poprzez usunięcie nadmiaru soli. W skład niebieskiej ekosfery wchodzi srebro koloidalne posiadające działanie antybakteryjne.
Po praniu z użyciem ekosfer odzież pachnie prawdziwą czystością i świeżością. Jest też bezpieczna dla delikatnego ciała dziecka.
W dzisiejszych czasach my, mamy możemy dokonywać wyborów. Jest dużo możliwości utrzymania czystości i dbania o zdrowie naszych dzieci. Co prawda era płatków mydlanych już przeminęła, ale wśród proszków  i naturalnych produktów można się bardzo długo zastanawiać.
A Wy jak pierzecie ubranka dzieci?

Zejdź do poziomu podłogi!

 #babylove #babyboy #b2 #oszalałamnajegopunkcie

W sklepie starsza pani podeszła do B2 i zaczęła robić głupie miny. Ten z deka się wystraszył i położył, po czym nie umiał sobie usiąść, bo nie dostawał nóżkami do pałąka, a to jedyna podpora, dzięki której podnosi się do siadu. Pani zdziwiła się, zrobiła wielkie oczy i padł klasyk: „To on JESZCZE nie siedzi”???
A no kuźwa nie! Nie siedzi, nie chodzi, nie mówi, nie pisze, nawet nie śpiewa. A! No i nie lata!
Naprawdę, nie ogarniam tego chorego wyścigu w rozwoju dzieci. Co to ma dać? Jaka różnica, czy dzieciak zacznie siedzieć, mówić, chodzić czy czytać wcześniej albo później? Ciągle to powtarzam, że każde dziecko jest inne i nie da się książkowo określać jego rozwoju. Ludzie notorycznie przyspieszają pewne etapy, sadzają, prowadzą za ręce, pod pachy,  wkładają do krzesełek, chodzików, itd. To tak, jakby otwierali pączek róży na siłę. Owszem, uda się, kwiat będzie wyglądał na pozór pięknie, ale długo się nie utrzyma, bo wewnątrz będzie zniszczony. Tak też jest z dzieckiem. Zmuszając je do siadania czy chodzenia, po pierwsze możemy spowodować mikrouszkodzenia układu ruchowego, po drugie  wysyłamy do mózgu błędne informacje i ten nie jest w stanie dostosować się do sztucznego procesu, przez co na przykład odpuszcza rozwój pewnych partii mięśni na rzecz innych albo nie może zsynchronizować działania półkul mózgowych, o czym jeszcze za chwilę wspomnę.

A przecież wiemy, że w naturze wszystko potrzebuje czasu i ciągu przyczynowo skutkowego. Kwiat nie wyrośnie, jeśli łodyga nie pójdzie do góry, nie wypuści liści, pąków, nie będzie czerpać wody i słońca. Tak też jest z człowiekiem. Nie rozwinie się prawidłowo, jeśli pewne etapy zostaną pominięte, bo mózg zmuszany do rozwoju może przykładowo skupić się na kształtowaniu sygnałów odpowiedzialnych za utrzymanie równowagi w zamian za rozwój zmysłu smaku, albo odpuścić koordynację prawej ręki z prawym okiem na rzecz utrzymania miednicy w ryzach. To wszystko po latach ujawnia zaburzenia na różnych płaszczyznach rozwoju. Czytałam ostatnio artykuł, w którym autorka pokusiła się o stwierdzenie, że zbyt wczesne pionizowanie dziecka zaburza jego umiejętności łaknienia. Zgadzam się z tym. Mózg to nie kobieta ( nawet w gramatyce dali mu męski rodzaj), nie potrafi ogarnąć wielu rzeczy naraz, stąd potem różne deficyty rozwojowe.
Dziwi mnie, że w czasach, kiedy świadomość społeczna jest tak wysoka, ludzie jeszcze bawią się w takie wyścigi. Ktoś powiedział kiedyś, że wygrana w tej „konkurencji” może być bardzo gorzka – zaburzenia rozwojowe własnego dziecka. Do tego ciągle – nie wiadomo czy z wygody, głupoty, czy po prostu z nieświadomości – rodzice decydują się na używanie chodzików. Jest ich w sklepach w cholerę. Skoro tak, znaczy, że ktoś je kupuje! Raz nawet na forum dla rodziców widziałam ogłoszenie: „Kupię chodzik”. Jezu! Jak to? Myślałam, że wszyscy wiedzą, jakie konsekwencje czekają dziecko wkładane do tego gówna!
Mój ulubiony  profesor, który prowadził zajęcia z logopedii, mówił o pokoleniu chodzików. To dzieciaki (dziś już dorośli ludzie!!!) z lat dziewięćdziesiątych, charakterystycznie poruszające się na palcach albo pochylone lekko do przodu. Mają one nierzadko problemy z zapamiętywaniem, czytaniem ze zrozumieniem, myśleniem matematycznym i logicznym wnioskowaniem. Są dysortografami, bo nie umieją w praktyce zastosować wiedzy. Z czego to się bierze? Jak to mówi Michał Piróg – z braku synchronów. Półkule mózgowe nie współpracują ze sobą, a co za tym idzie, nie porozumiewają się z okiem, ręką, uchem, przez co bodźce nie działają jak należy. Człowiek nie potrafi jednocześnie czytać i zapamiętywać, albo mówić i myśleć, albo wnioskować i wyszukiwać w pamięci, i tak można mnożyć tu przykłady. Dlaczego tak się dzieje? Bo nie było kiedy tych synchronów wyćwiczyć. A nic tak ich nie hartuje jak raczkowanie. Naprzemienne ruchy zmuszają półkule do działania. Nie wolno więc pominąć tego etapu rozwoju pod żadnym pozorem!

Rodzice! Wywalcie chodziki! Wiem, że dzięki nim mieliście czas dla siebie. Olać kawę, olać serial w TV, dziecko jest najważniejsze. Lepiej teraz poświęcić mu czas niż za kilka lat po nocach siedzieć z nim nad książkami i wyzywać od nieuków. Kupcie maty na ziemię! Połóżcie na nich dzieciaka i sami zejdźcie do poziomu podłogi. Turlajcie się, gońcie na czworaka! Pozwólcie dziecku przejść wszystkie etapy rozwoju. Ma ono czas na siedzenie, chodzenie, wstawanie. Niech naturalnie rozwija te funkcje mózgu, które będą niezbędne na dalszym etapie życia.

Z B1 spędzaliśmy całe dnie na podłodze. Pięknie raczkowała, chodzić zaczęła, gdy miała czternaście miesięcy (nasłuchałam się, że „nie przekroczyła roczku”, chociaż nie wiem, jakie to ma znaczenie). Świetnie radzi sobie w szkole, książki dosłownie połyka i nie da się jej zagiąć na żadnym pytaniu dotyczącym treści, uwielbia matematykę, ma świetną pamięć i myślenie logiczne, nauka obcych języków wchodzi jej błyskawicznie. Ale podłoga towarzyszyła nam non stop. Moja mama często narzekała, że rzucamy dziecko na ziemię, że bidulka zostawiona jest w samopas. Bądźcie odporni na lamenty babć, pewnie i tak im nie przegadacie, że to ma zbawienny wpływ na rozwój dzieciaka!

B2 również otrzymał swój kawałek podłogi. Leży na niej, przewraca się na boki, walczy z zabawkami. Był czas na ćwiczenia całego ciała, teraz zajął się rączkami, jest na etapie nauki chwytania. Skupia się tylko na ćwiczeniu małej motoryki i robi to zawsze etapowo. Dziś  na przykład dostał pudełko klocków Lego Duplo. Zaczęłam mu się przyglądać. Zajął miejsce w wielkim skupieniu przy nowym nabytku. Każdy element osobno wyciągał prawą dłonią, obracał, przekładał do lewej, wkładał do buzi, zrzucał i podnosił, po czym przemawiał do niego i odkładał, żeby wziąć kolejny. Czynność powtórzył dokładnie w takiej kolejności z każdym klockiem. Zabawa zajęła mu prawie godzinę. Ani razu nie zmienił kolejności, za każdym razem dokładnie wykonał wszystkie zadania, nie spieszył się, podszedł do sprawy bardzo skrupulatnie. Nie przerywałam mu, nie poprawiałam, kiedy nie mógł dosięgnąć któregoś klocka. Poradził sobie sam. Jednak taki sposób spędzania czasu z dzieckiem wymaga wielkiej cierpliwości (i chyba wyspania, bo w pewnych momentach już mi się oczy zamykały).

Na koniec jeszcze raz proszę, dajcie dzieciakom możliwość swobodnego rozwoju. Nie bierzcie udziału w tym najgłupszym wyścigu świata, nie porównujcie dzieci do siebie, nie szukajcie w książkach, nie googlujcie haseł typu „co powinien umieć siedmiomiesięczny niemowlak”. On sam wie, na jakie umiejętności jest gotowy. Zobaczycie, że wasza cierpliwość w przyszłości da znakomite efekty!

Mamo, nie zabijaj mnie!

 

Zastanów się nad swoimi wydatkami z ostatniego półrocza. Ile kupiłaś nowych par butów? Wiem, aż grzech nie wziąć, gdy twoje wymarzone kozaki świecą na czerwono ceną niższą o 500 zł, a te czółenka z cudną aplikacją możesz mieć gratis, jeśli wydasz na inne buty zaledwie 200 zł. Jak wiele pieniędzy poszło ci na ubrania? Najpierw zimowa, wiosenna, teraz letnia wyprzedaż. Tu stówka na bluzeczkę, tam dwie na płaszczyk i gdzieś jeszcze kolejna na jeansy. A inne przyjemności? Wyjazd w góry na weekend majowy, nowe zasłony do salonu, kolczyki, trochę kosmetyków do makijażu (bo w jednej z sieciówek była promocja), jakieś drobne umilacze – wypad do kina, fryzjer, ptasie mleczko, godzina w siłowni. Pewnie nazbierałoby się tego sporo. Odpowiedz mi więc na jedno, elementarne pytanie – dlaczego uważasz, że nie stać cię na prawdziwy fotelik do samochodu dla twojego dziecka?

Na rynku wybór fotelików jest olbrzymi. Ciężko jednak znaleźć ten jeden, odpowiedni. Niestety, bez względu na to, jaki wybierzemy, chcąc mieć pewność bezpieczeństwa, nie będzie on kosztował mniej niż tysiąc złotych. Owszem, są tańsze, dobre, ale używane. Odradzam jednak takie rozwiązanie, bo nigdy nie macie pewności, że fotelik nie brał udziału w wypadku, albo jakaś jego część nie zużyła się już na tyle, że nie będzie chronić dziecka. Na używanym foteliku możecie zaoszczędzić jakieś 200 – 300 złotych, dlatego lepiej odmówić sobie pary butów, dwóch miesięcy siłowni albo jakiejś fajnej kiecki i zainwestować w nowy. Zagłuszanie sumienia steropianowymi pseudofotelikami za 150, 300 albo 500 złotych nie rozwiąże problemu. Czy czułabyś się bezpiecznie w domu z tektury? Oczywiście, że nie! I żadna combo – srombo nazwa nie zapewni twojemu dziecku bezpieczeństwa, bo nie sztuką jest założyć piękną, oczojebną – tak przecież modną teraz – tapicerkę na gówniany fotelikopodobny twór, który na zdjęciach wygląda zajebiście. Myślisz, że w gazecie informującej o wypadku na pierwszej stronie też będzie pięknie się prezentował?

Zajmijmy się więc prawdziwymi fotelikami. Nie zakładamy innej opcji, jak zakup fotelika posiadającego nie tylko europejskie certyfikaty bezpieczeństwa ECE R44-03 oraz ECE R44-04 ale też pozytywne wyniki testów zderzeniowych przeprowadzanych przez niezależne organizacje, takie jak np. ADAC.

Na co należy zwrócić uwagę?

1. Na rynku jest kilka kategorii fotelików, jednak nie zawsze powinniśmy się nimi kierować, ponieważ niekoniecznie oddają one faktyczne potrzeby dziecka. Pierwsza bezwzględnie nakazuje wozić dzieciaka w tak zwanej skorupce, czyli foteliku nie tylko zabezpieczającym głowę, ale również dbającym o kręgosłup. Tu jedyne, co może wzmocnić bezpieczeństwo, to wybór nosidełka mocowanego do samochodu systemem isofix.

Kolejna kategoria to fotelik dla dziecka około sześciomiesięcznego. Szukając takiego spotkałam się jeszcze z błędnym określaniem przedziału na podstawie wagi dziecka. Od 2013 norma i-Size nakazała dokonywanie wyboru fotelika w oparciu o wzrost, a nie wagę dziecka. To oczywiste, że waga absolutnie nie oddaje gabarytów, tzn. wysokości ułożenia główki, ramion, itd. Wiem coś o tym. W końcu ja sama ważę tyle co modelki… Niestety, jestem od nich niższa o jakieś 25cm… Główka dziecka nie może wystawać poza obrys oparcia fotelika, bo groziłoby to poważnymi urazami szyi. Dlatego foteliki zgodne z normą i-Size nie dzielą się już na kategorie wagowe (0, 0+, 1, 2 itd.), ale ich rozmiar uwzględnia dwie rzeczy – wzrost wyrażony w centymetrach oraz maksymalną wagę dziecka, które może danego fotelika używać.

Kompletnie nielogiczną kategorią fotelika jest dla mnie przedział 0 – 36kg. Wychodzi na to, że w tym samym foteliku mogę przewozić B1 (~ 34 kg) i B2 (ponad 8 kilosów konkretnej masy). Wiecie jak to się mówi, jeśli coś jest do wszystkiego, to jest do d… W takiej kategorii żadne dziecko nie będzie bezpieczne, bo fotelik nie będzie gwarantował maksimum ochrony dziecku w razie zderzenia, ponieważ jego konstrukcja nie uwzględnia dynamicznie zmieniających się proporcji ciała dziecka.

Dziecko powinno mieć trzy foteliki (minimum!). Ostatni w wieku około 4 lat. I to ten, który jako pierwszy mocuje się wyłącznie przodem do kierunku jazdy!

2. I właśnie tu zajmę się najpopularniejszym ostatnio tematem – kierunek jazdy. Norma i-Size nakłada obowiązek przewożenia dzieci tyłem do kierunku jazdy. Ostatnie badania wykazują, że dzieci co najmniej do 15 miesiąca życia są dużo bezpieczniejsze w podróży, gdy są przewożone tyłem do kierunku jazdy. Dopiero wtedy ich mięśnie szyjne są na tyle silne by wytrzymać nagłe szarpnięcie wywołane kolizją czołową.

Jeśli niemowlę podróżowałoby przodem do kierunku jazdy, w przypadku kolizji czołowej, jego duża i ciężka głowa w stosunku do reszty ciała nie mając podparcia, zostałaby szarpnięta do przodu. Mogłoby to spowodować bardzo poważne uszkodzenia i obrażenia szyi oraz głowy. Przy mocnym zderzeniu kręgosłup zwyczajnie może nie wytrzymać i nie utrzymać główki! Przewożenie niemowląt tyłem do kierunku jazdy gwarantuje, że w chwili zderzenia czołowego, głowa dziecka ma podparcie, a siły działające podczas wypadku, rozchodzą się po większym obszarze, przez co są amortyzowane.
Dziecko może być przewożone tyłem nawet do szóstego roku życia. Im dłużej, tym lepiej i bezpieczniej dla niego.

3. I-Size promuje mocowanie poprzez system ISOFIX. Dzięki temu fotelik staje się integralną częścią samochodu. Niestety, nie wszystkie samochody posiadają ten system. W sklepie z fotelikami dowiedziałam się, że podobno od 2000 roku większość aut powinna być wyposażona, nowsze mają na pewno. Musimy więc najpierw sprawdzić nasze auto. Jeśli takiego systemu nie posiadamy, pozostaje wybór wśród fotelików montowanych pasami.

4.Nie każdy fotelik będzie pasował do każdego auta. Dlatego należy najpierw to sprawdzić. Producenci zazwyczaj mają takie listy samochodów kompatybilnych z ich fotelikami, dlatego koniecznie należy się z nią zapoznać. Na stronkach producentów fotelików samochodowych są też specjalne aplikacje, które nie tylko sprawdzą, czy nasze auto było sprawdzane pod względem kompatybilności z danym fotelikiem, ale również zobaczymy, jak powinniśmy go zamontować, na którym fotelu może być wożony.

Wbrew pozorom zakup fotelika nie jest więc tak trudną sprawą.

Sprawę doboru fotelika mamy za sobą. Pozostaje znów kwestia finansów. Wiesz już, że skrobnie cię to minimum półtora tysiąca, w dobrej promocji znajdziesz może coś za tysiąc złotych. Chociaż miałaś pół roku czasu na zebranie gotówki, omamiły cię jednak te wyprzedaże, buty, kiecki i fitnessy, portfel świeci pustką. Ale jest nadzieja! Jeden z banków pomyślał nie tylko o własnych korzyściach ale o bezpieczeństwie najmniejszych. Oferuje kredyt do 2000 zł na zakup fotelika (trzeba przedstawić dowód zakupu!). Najważniejsze, że pożyczka nie jest obciążona żadnymi opłatami, oprocentowaniem, itd. W 10 ratach oddajesz dokładnie tyle, ile weźmiesz. Jeśli fotelik będzie kosztował 1500 zł, rata będzie równa 150 zł, jeśli 2000 – 200 zł, itd. Jest to więc całkiem dobre rozwiązanie.

Nie masz już więc żadnej wymówki, aby nie kupić dziecku bezpiecznego fotelika. Nic nie stoi na przeszkodzie. Pamiętaj, że wyrazem największej miłości rodzicielskiej jest dbanie o zdrowie i życie dzieci.

Przeczytaj jeszcze raz uważnie cały tekst i poszukaj w okolicy sklepu z fotelikami. Nie żałuj pieniędzy. Zastanów się, czy twoje nowe buty warte są więcej niż życie dziecka?

Matka – instrukcja obsługi

 love #b2ija #babylove #babyboy #son #love #oszalałamnajegopunkcie

Potraktujcie ten wpis jako kontynuację poprzedniego. Zawrzało na blogu po tym, jak poruszyłam problem krytykowania matek przez otoczenie. Nie spodziewałam się, że znajdę tyle współtowarzyszek niedoli macierzyńskiej. Widziałam nawet podobny temat w telewizji śniadaniowej. Czemu to tak popularne? Bo przecież każdą matkę zapewne cholernie boli to wieczne ocenianie, komentowanie i krytykowanie. Ile można znosić boksy od innych?

Matka – osobnik stanowiący centralną część podstawowej komórki społecznej, kobieta wykończona do granic możliwości, sfrustrowana, niewyspana, podrapana i pogryziona przez dziecko, wiecznie nieuczesana i ubrana w to, co akurat jej wpadnie w ręce. Śmierdzi mlekiem, często klnie i mruży oczy przy wypatrywaniu kurzu, tudzież pajęczyn. Żywi się tym, czego nie zje dziecko, zna na pamięć piosenkę o czterech małych pluszowych niedźwiadkach i potrafi ułożyć wieżę Eiffela w 3D . Rozumie niewerbalny język niemowląt i fochy nastolatek, potrafi znaleźć rozwiązanie największego problemu wszechświata – od zgubionej grzechotki poczynając, na braku odpowiedniego kapelusza do występu w szkole kończąc. Całodobowo pochłonięta w myślach o dzieciach, bezwzględnie kochająca i równie niebezpieczna w stosunku do tych, co choćby krzywo popatrzą na jej pociechy…

Matka to specyficzne stworzenie. Z jednej strony wiecznie krytykowane, z drugiej podziwiane. Każdy jej dzień to słodko – gorzka mieszanka radości, nerwów, płaczu, śmiechu, szału i wyciszenia. I właśnie dziś, w tym koktajlu emocji, podczas jazdy samochodem z Witaminami, próbowałam wyłączyć się z przeszywającego uszy i mózg piskowrzasku B2 (bo kiedy jest zmęczony, najgorszą katorgą jest dla niego siedzenie w mało wygodnym foteliku, co nieugięcie próbuje nam oznajmić, nie rozumiejąc przy tym przepisów prawa drogowego). Zaczęłam się zastanawiać, jakiej pomocy oczekiwałabym od innych ludzi chociażby w takiej chwili. Zapewne zostałabym obdarowana milionem dobrych rad, co zrobić, żeby dziecko nie płakało w samochodzie. Teoria jest rozległa, niestety nie za każdym razem przydatna. Szczerze mówiąc, mam już po dziurki w nosie tych na okrągło przewijających się wierszyków: „dawaj mu kaszkę, bo twoim mlekiem nie najada się”, „nie noś go tyle”, „ucz go picia w kubku”, „nie usypiaj go przy telewizorze”, „ubieraj go cieplej”, „nie wprowadzaj takiej ciszy podczas jego drzemki” itd., itp., i srete…

Kurcze, ludzie, czy Wy naprawdę myślicie, że ja (i inne matki) jestem aż tak niezdecydowana, tępa albo nieobyta w świecie, że popełniam błędy nieświadomie? Owszem, i tak się zdarza. Ale dobrze wiem, że kiedy maluch płacze, zapewne jest głodny, zmęczony, jest mu zimno albo po prostu narżnął w pieluchę! Jak każda matka, czuję, co powinnam zrobić, czasami tylko zwyczajnie nie mam na to siły…

Drogi ekspercie od spraw wychowania mojego dziecka!

Jeśli chcesz pomóc, zrób to umiejętnie. Nie graj znawcy, tylko bądź bratnią duszą. Naucz się rozumieć matkę, pamiętaj, że ma ona świetnego doradcę – instynkt macierzyński. Nie dawaj dobrych rad, jeśli o to nie prosi, nie krytykuj, bo to w żaden sposób nie pomoże. Nie mów: „on chyba jest głodny”, powiedz: „jeśli chcesz, mogę go nakarmić, a ty zrób sobie chwilę przerwy”. Nie mów: „kiedy moje dzieci były małe, zawsze miałam porządek”. Zapytaj: „jak mogę pomóc ci w ogarnięciu domu?”. Nie mów: „śpij wtedy, kiedy dziecko śpi”. Zaproponuj, że zabierzesz je na spacer, do siebie, na basen, GDZIEKOLWIEK… Dasz w ten sposób matce możliwość spokojnego, nieprzerwanego snu, o którym może zapomnieć przy bobasie. Zamiast mówić: „nie noś go tyle”, powiedz: „ponoszę go, ty daj rękom odpocząć”, zamiast szukać przyczyny płaczu, zabaw dzieciaka i pozwól matce wyjść do sąsiedniego pokoju, zamiast przypominania, że dziecko powinno być wychowywane w porządku i czystości, przyjdź, chwyć miotłę, poprasuj, zaproponuj, że umyjesz okna. Nie krzyw się na widok pełnego zlewu, tylko podwiń rękawy i pozmywaj naczynia, nie śmiej się z połamanych paznokci, doceń przyczynę ich zniszczenia, nie doradzaj, jak pielęgnować malucha, zapytaj, czy chce, aby jej w tym pomóc. Nie komentuj jej wyglądu. Daj jej czas dla siebie. Pozwól wziąć kąpiel w spokoju. Nie stój za drzwiami łazienki z dzieckiem wrzeszczącym w niebogłosy, daj jej chwilę ciszy. Kiedy bobas się rozchoruje, nie zrzucaj na nią za to winy. Przecież nie chciała tego, a w takich chwilach szczególnie przyda jej się twoja pomoc.

Nie próbuj decydować za nią, bądź w gotowości, gdyby przypadkiem potrzebowała wsparcia.

Nie ucz jej jak być mamą! Pomóż jej w tym, ale z boku, nie wychowasz za nią dziecka, możesz najwyżej jej to ułatwić.

Hej(t) mama!

 

#poranek #b2 #czytamygazetę #macierzyński #deszczowydzień #piątek #weekend

Odkąd zobaczyłaś dwie krechy na teście, zaczynasz nowe życie. Nie mam tu jednak na myśli cudownych wizji matki z okrągłym brzuszkiem składającej ręce w kształt serca czy pulchnych bobasów przytulających się do cycka. Od tej chwili jesteś na świeczniku. Twoje życie zostało rzucone na żer innych ludzi – matek, niematek, panien, mężatek, babć, ciotek i całej reszty świata, która z pewnością wie lepiej, co dla ciebie dobre, dzięki czemu będziesz zdrowsza a twoje dziecko szczęśliwsze.

Najpierw musisz przetrwać ciążę – kilogramy dobrych rad, tony zabobonów i setki tysięcy instrukcji. Uodpornij się więc na:

- Bo jak ja byłam w ciąży…

- Musisz jeść to i to…

- Powinnaś…

- Ja na twoim miejscu…

- Nie możesz …

Bez względu na to, co robisz i tak usłyszysz, że to jest złe, bo w ciąży jesz za mało/ za dużo, (nie) ćwiczysz, zbyt wiele/mało przytyłaś, (nie) pijesz kaw(y/ę), śpisz na prawym/lewym boku,  (nie) kompletujesz wyprawk(i/ę) dla dziecka, chodzisz na wysokim/niskim obcasie, (nie) opalasz się, za dużo/za mało odpoczywasz.*

*Niepotrzebne skreślić.

Choćbyś jak się starała, zawsze napatoczy się ktoś, kto znajdzie w tobie coś złego. Ale nie przejmuj się. Jeszcze za tym zatęsknisz. Bo prawdziwy hardcor zacznie się, kiedy urodzisz. Najpierw cię zlinczują, bo rodziłaś ze znieczuleniem zewnątrzoponowym, zamiast dać się zarżnąć na żywca. Jesteś egoistką, nie liczysz się z dobrem dziecka, jakoś dawniej nie było takich udziwnień i kobiety dawały radę. Do tego jeszcze zaraz po porodzie szły pracować w pole a ty udajesz zmęczoną!

Nie miałaś znieczulenia? I co z tego? Dostanie ci się, bo udajesz strongbabę. A co z cesarką? No to dopiero wygoda! Leżałaś sobie a lekarze za ciebie odbębnili robotę!

Potem kwestia karmienia. Na piersi źle, bo chude mleko, bo dziecko niedożywione. Jesz wszystko – przez ciebie dziecko ma kolki. Uważasz z dietą, głodzisz je. Przy sztucznym karmieniu trujesz je chemią. Kąpiesz codziennie – obnizasz odporność, nie kąpiesz, uczysz życia w brudzie.

Idziesz na spacer – mrozisz, trujesz smogiem. Siedzisz w domu – kisisz dzieciaka. Nosisz – dajesz sobą manipulować, nie nosisz – jesteś leniwa. Kiedy bawisz się z dzieckiem, słyszysz, że powinnaś zająć się domem, gdy sprzątasz, zaniedbujesz dziecko. Za wcześnie oddajesz je w ręce opiekunki i wracasz do pracy. Kurodomowiejesz, zamiast zacząć życie zawodowe, niańczysz dzieciaka. Masz za cicho/ za głośno, gdy maluch śpi. Nie potrafisz go nawet ubrać odpowiednio do pogody…

U jednej z blogerek zawrzała gównowojna, bo w kwietniu wyszła z domu z dzieckiem bez czapki. Zatroskane losem maltretowanego wiosennym wiatrem blogpotomka e-matki prawie już pal naostrzyły, żeby wyrodną nabić na niego… Bo one wiedzą, że robi żle.

Kiedy Lewandowska pokazała swój wyrzeźbiony brzuch miesiąc po porodze, w komentarzach już jej opiekę społeczną nasyłali, no bo jak to po ciąży tyle ćwiczyć można? Trzeba zająć się dzieckiem a nie sobą! Za to na żonie Janiaka psy wieszali miesiącami, bo dodatkowe kilogramy długo jej nie opuszczały. Wrzeszczeli w komentarzach, że zamiast pomyśleć o sobie, bawi tylko dzieci. To dopiero była pożywka dla hejterów!

Matka to najlepszy worek treningowy. Bo zawsze znajdzie się coś, do czego można się będzie przypieprzyć. A specjalistów od wychowania dookoła jest mnóstwo. I zazwyczaj najwięcej do powiedzenia mają ci, którzy dzieci widują tylko w reklamach pieluch albo tacy, co już dawno wyprawili je w świat.

Matka ma prawo popełniać błędy, uczyć się na nich. Dziecko nie potrzebuje idealnego wychowania. Czasami może potknąć się o niepoukładane buty w holu, nie mieć w czym wypić herbaty, bo wszystkie kubki są brudne, może iść spać nieumyte i zamiast kanapki z szynką bez konserwantów wsunąć tabliczkę czekolady. Najważniejsze, żeby zawsze czuło, że jest kochane.

Niech cię tłumy linczują, niech gadają za plecami i prosto w twarz. Słuchaj, że jesteś złą matką, że kompletnie nie nadajesz się do wychowywania dzieci. Niech się nawet nad tobą rozciąga chmura negatywnych komentarzy. To co mówią o tobie inni, jest nieistotne. Dla świata możesz być złą matką. Jakoś to przełkniesz. I tak najważniejszymi recenzentami są twoje dzieci i to, ile gwiazdek dostaniesz od nich za dwadzieścia lat powinno liczyć się najbardziej.

Matko, nie masz prawa!

Hi!

Nie obserwuję zbyt wielu blogów.  Mam dosłownie kilka ulubionych, do których zaglądam wieczornymi porami. Wśród nich jest świat dziewczyny, która z zawodu jest ginekologiem i w tle życia prywatnego dzieli się swoimi spostrzeżeniami na tematy kobiece. Ma synka i spodziewała się drugiego dzieciaka. No właśnie… Spodziewała…

Wczoraj zmroził mnie jej wpis, w którym oświadczyła, że jej drugi synek, Ernest, umarł, zanim zdążył się narodzić… Była w 23 tygodniu ciąży.

W nocy nie mogłam spać.  Zastanawiałam się, jak ta dziewczyna teraz musi cierpieć. Straciła dziecko, ktore od pięciu miesięcy czuła pod sercem. Miała już wybrane imię, przygotowaną wyprawkę, nawet życzenia z okazji Dnia Matki otrzymała już w imieniu obydwóch synków. Dla niej to trauma na całe życie.  Minie wiele lat, zanim się z tego podniesie.

Przy tym wszystkim po głowie zaczęły mi krążyć słowa wielu matek, których podejście do dzieci jest wręcz przerażające. Ciągle narzekają, a to że nie mają czasu dla siebie, a to, że brak im sił, że przytyły, że mają za dużo na głowie, że przestały rozwijać się zawodowo, że brakuje im pieniędzy, że są zmęczone…

Matko! Nawet nie wiesz, ile kobiet wzięłoby od ciebie to zmęczenie, kilogramy i brak czasu! Przyglądają ci się z boku i nie widzą twoich zmartwień, a jedynie ogrom szczęścia, jaki trafił się właśnie tobie, nie im. Nie masz więc prawa bluźnić!

Jesteś zmęczona, bo ktoś tak bardzo cię potrzebuje, że nie potrafi bez ciebie żyć.  Masz bóle kręgosłupa, bo ktoś nosi w sobie tak wielką miłość do ciebie, że tylko twoje ramiona są w stanie ją zaspokoić. Twój brzuch jest pomarszczony a skóra rozszarpana rozstępami, bo w nim narodziło się życie i tam mogło bezpiecznie przygotować się do przyjścia na świat, bo udało mu się tam przetrwać! Nie masz czasu dla siebie, bo ktoś tylko przy tobie czuje się bezpiecznie. Nie masz pieniędzy, ale dla kogoś ty jesteś największym skarbem, nie potrzebuje on drogich zabawek, najnowszej kolekcji ubrań czy zagranicznych wczasów. Wystarczy mu to, że jesteś. Masz w domu bałagan? Ktoś nie będzie pamiętał czystych podłóg i lśniących okien, on tylko chce ciebie, twojej uwagi, uśmiechu, poczucia bliskości.

Dziecko nie zajmuje ci czasu, ono go wypełnia, nadaje twojemu życiu sens i nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak bardzo pusty byłby twój świat bez niego. Doceń to, bo wygrałaś życie – udało ci się zajść w ciążę, donosić ją, urodzić dziecko, teraz możesz je wychowywać. Czy można czegoś więcej chcieć?

Bycie mamą to nie żmudny obowiązek czy ascetyczna praca zmuszająca do wielozadoniowości. To przywilej, który dostałaś od Boga i za to powinnaś być wdzięczna do ostatniej nanosekundy życia.