Warcz po cichu!?!?

Wyobraź sobie, że na twoim podwórku toczy się wojna między Putinem a Kim Dzonk Unem. Bordowi od gniewu przywódcy marszczą brwi, skaczą sobie do gardła, wyrzucają błędy, wrzeszczą  i grożą. Słyszysz trzaski, ogólne zamieszanie i okrutnie nerwową atmosferę.
Co czujesz?
Nie wiesz, jak zareagować, boisz się ich ruchów, podejrzewasz, że zaraz zacznie się konkretna rozpierducha i twój dom pójdzie z dymem albo w najlepszym wypadku zamieni się w kupę gruzu. Jest ci gorąco, ściska cię w żołądku i chcesz wyrzygać z siebie ten strach. Myślisz o jutrze. Jakie będzie. I czy w ogóle będzie…

Abstrakcja, co?
Nie do końca.
Bo właśnie to czuje twoje dziecko, kiedy kłócisz się ze swoim mężem/ swoją żoną.
Czasami najmniejsza sprzeczka, ta o pierdoły, dla dziecka może być stresorem na miarę egzaminu na prawo jazdy.  Ono nie rozumie, że tak musicie, że gdzieś trzeba wyładować emocje, że po udowadnianiu sobie racji w końcu odpuścicie.

Sprawa jest patowa, bo w małżeństwie kłótnie to norma. Moja babcia zawsze powtarzała, że jeśli przestałaś kłócić się z mężem, znaczy, że albo umarł, albo właśnie pakuje walizki i się rozstajecie.
Przed ślubem planowałam, że każdą kłótnię rozwiążemy na spacerze. Tak żeby dzieci nie słuchały. Kulturalnie wymienimy argumenty, powoli przemierzając ścieżki jakiegoś parku. Obok nas będzie biegał pies, a my będziemy rzeczowo dyskutować…
Planowałam też liczne potomstwo, mieszkanie w Krakowie i to, że będę biegać co wieczór. Jak to z planami bywa, poszły się… (W pobliżu brak parków, zamiast psa mam królika, który z Chiny nie ruszyłby sadła ze swojego sianka, więc o spacerze mogę zapomnieć, a do kulturalnej wymiany argumentów musiałabym zeżreć ze trzy paczki tabletek ziołowych na uspokojenie…)
Nasze kłótnie mają włoski charakter. Warczymy jak dwa lwy na wspólnym terytorium. Albo raczej jak diabły tasmańskie, bo z lwów brakuje nam opanowania…
Wiem, że B2 ma z tego niezły cyrk, bo dla niemowlaka wszystko, co jest odstępstwem od rutyny, staje się atrakcyjne. Za to B1 przeżywa każdą, najdrobniejszą nawet sprzeczkę. Nieraz już zauważyłam, że kiedy robi się gorąco, stara się załagodzić nadchodzącą wojnę. Czasami na samą myśl, że tak to bierze do siebie, chłodzę nerwy i próbuję uspokoić się na tyle, żeby ograniczyć kłótnię do małej acz bolesnej szpili w ego B, zupełnie niewyłapywalnej przez czujne ucho B1.

Niestety, nie za każdym razem mi się to udaje i po wszystkim mam cholerne wyrzuty sumienia. Wiem, jako matka powinnam trzymać nerwy na wodzy. Ale mój piekielnie ognisty temperament  czasami nie daje się ujarzmić… Cóż… Nie jestem idealna…

Poradniki tworzą sryliony teorii na temat kłótni małżeńskiej. Zalecają stosowanie łagodnego tonu (dziwnie brzmiałoby kurwowanie ciepłym głosikiem z uśmiechem na twarzy…), przełożenie kłótni „na potem”, kiedy emocje opadną i włączy się mózg (no ale jak, kiedy ja właśnie w tym momencie muszę z siebie wywrzeszczeć, co czuję), albo rozwiązywanie problemów w poradni rodzinnej (przy trybie pracy B musieliby tam wprowadzić sesje nocne). Każde małżeństwo jest inne i wszelkie teorie nijak się mają do rzeczywistych relacji. Nie da się tłumić w sobie złości, bo jak negatywne emocje się skumulują, całe małżeństwo może runąć jak domek z kart.

Kłótnia to też forma relacji. Dzieci nie mogą wierzyć, że życie wolne jest od konfliktów. Przeciwnie, niech widzą, że one istnieją, że są czymś naturalnym i że – przede wszystkim – można je rozwiązać. Dzięki temu w przyszłości mała sprzeczka z chłopakiem, przyjaciółką, czy kolegą z pracy nie będzie dla nich tragedią na miarę wojny atomowej. Świat przecież nie jest tylko czarny albo wyłącznie biały.

Poskromienie Zmory

Wczoraj kręgosłup zagrał mi na nerwach, nie mogłam ruszyć się z miejsca, ból nóg, opuchlizna i drętwienie rąk dodatkowo nabuzowały mnie jak cholera i jeszcze B2 jakiś taki ruchliwy był, zrobił sobie z mojej przepony trampolinę. Do tego samotność w domu mnie przygnębiła.

Wszyscy wychodzą do swoich codziennych zajęć a ja zostaję tu sama. Moim jedynym rozmówcą jest królik, który, kiedy dostanie siano i świeży zapas karmy, ma mnie – delikatnie mówiąc – w swojej małej, puchatej dupie. Cały dzień gadam sama ze sobą, dopiero trochę życia wpada do domu, kiedy wraca B1 i zdaje relację z tego, co działo się w szkole. Ale szybko znika w swoim pokoju, żeby przygotować się na kolejny dzień szkoły i poplotkować z koleżankami przez skype’a.

B (czytaj – mąż, facet spokojny, opanowany, od jedenastu lat zmagający się z moimi humorami) wrócił do domu wieczorem i zamiast zamienić ze mną jakieś parę zdań, wlepił się w swojego smartfona. Oj, dolało to oliwy do ognia. Wyburczałam na niego coś i poturlałam się do sypialni, żeby chociaż w serialu jakieś głosy usłyszeć.

No nic, foch pospolity, kobieca przypadłość. Ale złośliwość losu musiała mnie sprowadzić do pokory. W nocy – jak zwykle od kilku tygodni – chwycił mnie przeraźliwy ból rąk. Zdrętwiały mi ramiona, palce zaczęły mrowieć, czułam się tak, jakby mi je ktoś wyrywał. Wybudziło mnie to i próbowałam w jakikolwiek dogodny sposób dotrwać do rana. Może i zawyłam kilka razy z bólu, co obudziło B. A ten, zamiast iść dalej spać, bo rano nie dość, że wyprawia B1 do szkoły, to jeszcze sam wychodzi do pracy, zaczął mi te ręce masować. No kur… wymiękłam. Ja to psy na nim wieszam cały wieczór i sapię rozwścieczona, a on, zwyczajnie, jakby nigdy nic, próbuje mi załagodzić cierpienie…

Fuck, prawdziwa ze mnie wiedźma…

14470540_673583716141695_557638462087592846_n