Matka Polka udręczona

Zatrzymujemy chwile... #spacer #b2ija #razem #relaks #macierzyński

Zauważyłam, że za każdym razem, gdy w mediach społecznościowych opublikuję zdjęcie pokazujące mój relaks, czytanie książki czy – nie daj Boże – picie kawy, spotykam się z dziwną reakcją kobiet. Jedne piszą, że mnie podziwiają, bo ONE nie mają wolnego czasu (taki standardowy schemat – TY jesteś be a JA cacy!), inne zazdroszczą, jeszcze inne żalą się, że w ogromie pracy mogą zapomnieć o odpoczynku. W każdej reakcji jednak idzie wyczuć kroplę krytyki (jaśniej mówiąc – delikatne plucie jadem) i zestawienie mnie, bezczelnie łamiącą stereotyp padniętej na twarz matki z resztą świata kobiecego – urobionego do nieprzyzwoitości, oddanego dziecku lub pracy, bez szans na chwilę wytchnienia.

Przyjęło się, że kobieta musi być ucioraną cierpiętnicą. Bez względu na to, czy jest aktywna zawodowo, czy wychowuje dzieci. W jej słowniku nie istnieje termin relaks (którego perfidnie nadużywam na macierzyńskim), musi od rana do wieczora poświęcać się swojemu oprawcy (czyt. dziecku, szefowi, mężowi, psu, garom, pralce, podłodze, papierologii, itd…* niewłaściwe skreślić…), być wiecznie niewyspana, robić wołającą o współczucie minę i wciąż powtarzać, że na nic nie ma czasu i nie zdąża z obowiązkami. Mówienie głośno o tym, że ma się chwile dla siebie jest palone na stosie, bo matce, kobiecie pracującej, czy gospodyni domowej nie wypada odpoczywać. Zewsząd słychać tylko westchnienia, jakby to one chciały TAK JAK JA posiedzieć przy książce, obejrzeć serial albo wybić kawę…
Z każdej strony wzorowe kobiety biją mnie po uszach, że praca męczy, dziecko dobija, dom wykańcza. Sorry drogie panie. Ale czy ktoś wam każe pracować, wychowywać dzieci, sprzątać, gotować, itd.? Kto powiedział, że każda z nas musi skończyć przyduszona ciasnym kostiumem na dziesiątym piętrze biurowca albo wdeptana między kaszki, chrupki i kupy? Zawsze przecież można wybrać opcję mniej ambitną -tumiwisizmu społecznego, samotnej wyprawy dookoła świata, staropanieństwa (wiem, nie każdej to słowo przez gardło przejdzie). Pamiętajcie, WASZE życie to WASZ wybór! Dlaczego szukacie współczucia za decyzje, które przecież podjęłyście same? A przecież odpoczynek to nie wstyd!
Jeśli czegoś nie lubię, nie robię tego. Syf w domu może poczekać, kiedy akurat mam ochotę poczytać książkę, jechać na zakupy albo wyjść z moją gawiedzią na plac zabaw. Praca nigdy mnie nie męczyła – raczej dopingowała. Uwielbiałam te dni, kiedy po całym dniu wracałam zmęczona do domu. Znaczyło to, że był aktywny czas zawodowy i coś się działo. Dzięki takim chwilom nigdy nie straciłam zapału do swojego fachu. A dzieciaki? Potrafią doprowadzić mnie do szału, ale fajnie je mieć. Nawet to zmęczenie po nieprzespanych nocach ma swój urok.

Owszem, miewam gorsze dni – jak każdy. Wtedy warczę na wszystko. Bywam smutna, wściekła, podirytowana. Jak każdy – mam chwile słabości. One jednak mijają. Podchodzę więc do życia z dystansem. Nie wstydzę się tego, że mam czas dla siebie. Mam do niego prawo. Jak każdy. Nie udaję uciemiężonej, nie szukam współczucia. Bo i po co? Ono przecież nie buduje. Tylko na chwilę maskuje nasze prawdziwe emocje.  Matka nie jest synonimem cierpiętnicy. Matka to kobieta ciesząca się życiem i przekazująca tę umiejętność swoim dzieciom. Jaki byłby świat, gdybyśmy wychowywały takich mruków?
Czy naprawdę musimy narzekać, żeby czuć się lepiej? Piszecie, że zazdrościcie mi czasu przy książce. Usiądźcie i poczytajcie. Nie jesteście przecież operatorkami rakiety Kim Dzong Una, bez was czas pędzi tak samo. Najwyżej obiad się przypali, muchy utkną w lepiącej się podłodze, dzieciaki się chwilę ponudzą, albo może wreszcie nauczą się kreatywności?

Last minute

 

Najpierw bieganina w pracy. Koniec roku szkolnego, konferencje, papierologia. Nie było czasu na nic.

Potem przygotowania do wczasów. Uzupełnienie garderoby, jakieś kosmetyki, trochę zabawek, pranie, prasowanie, walka z wiecznie za małą walizką.

Nie było czasu na nic.

Po wczasach wpadliśmy na chwilę, przywieźliśmy mydełka, ouzo i pierdoły z greckich kramów. Oglądaliśmy zdjęcia, zachwycaliśmy się hotelem, plażą, pogodą… ale była już taka nieobecna.

 

Zawsze wpatrzona w nas, z ciepłym uśmiechem, teraz spoglądała w dal, a w oczach brakowało tych wyjątkowych iskierek. Tylko pustka.

Szybko się zwinęliśmy, żeby zacząć pakowanie do krótkiego wypadu nad morze. Wsiadałam do samochodu, a ona siedziała przy oknie balkonowym i machała mi na pożegnanie.  Wtedy przeszlo mnie jakieś drżenie. Jakbym czuła, że ta chwila zostanie w moim sercu już na zawsze…
Wróciliśmy dwa dni przed jej urodzinami, zdążyłam podjechać do sklepu po nalewkę, którą co roku kupowałam jej w prezencie. Planowałam wpaść na chwilę. Ale w dniu urodzin nie miałam czasu, bo wieczorem wyjeżdżałam na obóz z dzieciakami.
Nie było czasu… Wiecznie nie było czasu…

No nic, postanowiłam odwiedzić ją po powrocie. Przecież nalewka się nie zepsuje.
Kiedy wróciłam, już jej nie było. Wiedziała, że nie znoszę pogrzebów, że pożegnania są dla mnie okrutnym przeżyciem. Postanowiła mi tego oszczędzić, nie zaprzątać mi sobą głowy, bo przecież ja wiecznie nie miałam czasu…
Do dziś w myślach widzę ją w oknie, jak podnosi firankę, macha mi i puszcza całusy. Uśmiechnięta, spokojna i pełna miłości. A ja pędziłam. Zawsze gdzieś, po coś, tyle było spraw, tyle obowiązków, planów, ciągle w biegu… Ona zawsze czekała. I była. Nie usłyszałam nigdy, że nie może, że nie da rady, że nie ma czasu, że jutro, za tydzień…

Zawsze miała dla mnie czas.
Nigdy sobie nie wybaczę, że jej nie odwiedziłam w urodziny. Co roku przyjeżdżałam, choćby na chwilę. Co się ze mną stało? Jak mogłam tak przewartościować mój świat?

Czas…
Najgorzej rozlokowany dar, jaki posiadam…

Już nauczyłam się, że mogę nie mieć go na sprzątanie, obejrzenie filmu, książkę, bloga czy pracę. W każdej chwili jednak MUSZĘ bezwzględnie go poświęcić komuś, kto tego właśnie potrzebuje. Teraz! Bo to może już być ostatnia minuta…

Matka – instrukcja obsługi

 love #b2ija #babylove #babyboy #son #love #oszalałamnajegopunkcie

Potraktujcie ten wpis jako kontynuację poprzedniego. Zawrzało na blogu po tym, jak poruszyłam problem krytykowania matek przez otoczenie. Nie spodziewałam się, że znajdę tyle współtowarzyszek niedoli macierzyńskiej. Widziałam nawet podobny temat w telewizji śniadaniowej. Czemu to tak popularne? Bo przecież każdą matkę zapewne cholernie boli to wieczne ocenianie, komentowanie i krytykowanie. Ile można znosić boksy od innych?

Matka – osobnik stanowiący centralną część podstawowej komórki społecznej, kobieta wykończona do granic możliwości, sfrustrowana, niewyspana, podrapana i pogryziona przez dziecko, wiecznie nieuczesana i ubrana w to, co akurat jej wpadnie w ręce. Śmierdzi mlekiem, często klnie i mruży oczy przy wypatrywaniu kurzu, tudzież pajęczyn. Żywi się tym, czego nie zje dziecko, zna na pamięć piosenkę o czterech małych pluszowych niedźwiadkach i potrafi ułożyć wieżę Eiffela w 3D . Rozumie niewerbalny język niemowląt i fochy nastolatek, potrafi znaleźć rozwiązanie największego problemu wszechświata – od zgubionej grzechotki poczynając, na braku odpowiedniego kapelusza do występu w szkole kończąc. Całodobowo pochłonięta w myślach o dzieciach, bezwzględnie kochająca i równie niebezpieczna w stosunku do tych, co choćby krzywo popatrzą na jej pociechy…

Matka to specyficzne stworzenie. Z jednej strony wiecznie krytykowane, z drugiej podziwiane. Każdy jej dzień to słodko – gorzka mieszanka radości, nerwów, płaczu, śmiechu, szału i wyciszenia. I właśnie dziś, w tym koktajlu emocji, podczas jazdy samochodem z Witaminami, próbowałam wyłączyć się z przeszywającego uszy i mózg piskowrzasku B2 (bo kiedy jest zmęczony, najgorszą katorgą jest dla niego siedzenie w mało wygodnym foteliku, co nieugięcie próbuje nam oznajmić, nie rozumiejąc przy tym przepisów prawa drogowego). Zaczęłam się zastanawiać, jakiej pomocy oczekiwałabym od innych ludzi chociażby w takiej chwili. Zapewne zostałabym obdarowana milionem dobrych rad, co zrobić, żeby dziecko nie płakało w samochodzie. Teoria jest rozległa, niestety nie za każdym razem przydatna. Szczerze mówiąc, mam już po dziurki w nosie tych na okrągło przewijających się wierszyków: „dawaj mu kaszkę, bo twoim mlekiem nie najada się”, „nie noś go tyle”, „ucz go picia w kubku”, „nie usypiaj go przy telewizorze”, „ubieraj go cieplej”, „nie wprowadzaj takiej ciszy podczas jego drzemki” itd., itp., i srete…

Kurcze, ludzie, czy Wy naprawdę myślicie, że ja (i inne matki) jestem aż tak niezdecydowana, tępa albo nieobyta w świecie, że popełniam błędy nieświadomie? Owszem, i tak się zdarza. Ale dobrze wiem, że kiedy maluch płacze, zapewne jest głodny, zmęczony, jest mu zimno albo po prostu narżnął w pieluchę! Jak każda matka, czuję, co powinnam zrobić, czasami tylko zwyczajnie nie mam na to siły…

Drogi ekspercie od spraw wychowania mojego dziecka!

Jeśli chcesz pomóc, zrób to umiejętnie. Nie graj znawcy, tylko bądź bratnią duszą. Naucz się rozumieć matkę, pamiętaj, że ma ona świetnego doradcę – instynkt macierzyński. Nie dawaj dobrych rad, jeśli o to nie prosi, nie krytykuj, bo to w żaden sposób nie pomoże. Nie mów: „on chyba jest głodny”, powiedz: „jeśli chcesz, mogę go nakarmić, a ty zrób sobie chwilę przerwy”. Nie mów: „kiedy moje dzieci były małe, zawsze miałam porządek”. Zapytaj: „jak mogę pomóc ci w ogarnięciu domu?”. Nie mów: „śpij wtedy, kiedy dziecko śpi”. Zaproponuj, że zabierzesz je na spacer, do siebie, na basen, GDZIEKOLWIEK… Dasz w ten sposób matce możliwość spokojnego, nieprzerwanego snu, o którym może zapomnieć przy bobasie. Zamiast mówić: „nie noś go tyle”, powiedz: „ponoszę go, ty daj rękom odpocząć”, zamiast szukać przyczyny płaczu, zabaw dzieciaka i pozwól matce wyjść do sąsiedniego pokoju, zamiast przypominania, że dziecko powinno być wychowywane w porządku i czystości, przyjdź, chwyć miotłę, poprasuj, zaproponuj, że umyjesz okna. Nie krzyw się na widok pełnego zlewu, tylko podwiń rękawy i pozmywaj naczynia, nie śmiej się z połamanych paznokci, doceń przyczynę ich zniszczenia, nie doradzaj, jak pielęgnować malucha, zapytaj, czy chce, aby jej w tym pomóc. Nie komentuj jej wyglądu. Daj jej czas dla siebie. Pozwól wziąć kąpiel w spokoju. Nie stój za drzwiami łazienki z dzieckiem wrzeszczącym w niebogłosy, daj jej chwilę ciszy. Kiedy bobas się rozchoruje, nie zrzucaj na nią za to winy. Przecież nie chciała tego, a w takich chwilach szczególnie przyda jej się twoja pomoc.

Nie próbuj decydować za nią, bądź w gotowości, gdyby przypadkiem potrzebowała wsparcia.

Nie ucz jej jak być mamą! Pomóż jej w tym, ale z boku, nie wychowasz za nią dziecka, możesz najwyżej jej to ułatwić.

Hej(t) mama!

 

#poranek #b2 #czytamygazetę #macierzyński #deszczowydzień #piątek #weekend

Odkąd zobaczyłaś dwie krechy na teście, zaczynasz nowe życie. Nie mam tu jednak na myśli cudownych wizji matki z okrągłym brzuszkiem składającej ręce w kształt serca czy pulchnych bobasów przytulających się do cycka. Od tej chwili jesteś na świeczniku. Twoje życie zostało rzucone na żer innych ludzi – matek, niematek, panien, mężatek, babć, ciotek i całej reszty świata, która z pewnością wie lepiej, co dla ciebie dobre, dzięki czemu będziesz zdrowsza a twoje dziecko szczęśliwsze.

Najpierw musisz przetrwać ciążę – kilogramy dobrych rad, tony zabobonów i setki tysięcy instrukcji. Uodpornij się więc na:

- Bo jak ja byłam w ciąży…

- Musisz jeść to i to…

- Powinnaś…

- Ja na twoim miejscu…

- Nie możesz …

Bez względu na to, co robisz i tak usłyszysz, że to jest złe, bo w ciąży jesz za mało/ za dużo, (nie) ćwiczysz, zbyt wiele/mało przytyłaś, (nie) pijesz kaw(y/ę), śpisz na prawym/lewym boku,  (nie) kompletujesz wyprawk(i/ę) dla dziecka, chodzisz na wysokim/niskim obcasie, (nie) opalasz się, za dużo/za mało odpoczywasz.*

*Niepotrzebne skreślić.

Choćbyś jak się starała, zawsze napatoczy się ktoś, kto znajdzie w tobie coś złego. Ale nie przejmuj się. Jeszcze za tym zatęsknisz. Bo prawdziwy hardcor zacznie się, kiedy urodzisz. Najpierw cię zlinczują, bo rodziłaś ze znieczuleniem zewnątrzoponowym, zamiast dać się zarżnąć na żywca. Jesteś egoistką, nie liczysz się z dobrem dziecka, jakoś dawniej nie było takich udziwnień i kobiety dawały radę. Do tego jeszcze zaraz po porodzie szły pracować w pole a ty udajesz zmęczoną!

Nie miałaś znieczulenia? I co z tego? Dostanie ci się, bo udajesz strongbabę. A co z cesarką? No to dopiero wygoda! Leżałaś sobie a lekarze za ciebie odbębnili robotę!

Potem kwestia karmienia. Na piersi źle, bo chude mleko, bo dziecko niedożywione. Jesz wszystko – przez ciebie dziecko ma kolki. Uważasz z dietą, głodzisz je. Przy sztucznym karmieniu trujesz je chemią. Kąpiesz codziennie – obnizasz odporność, nie kąpiesz, uczysz życia w brudzie.

Idziesz na spacer – mrozisz, trujesz smogiem. Siedzisz w domu – kisisz dzieciaka. Nosisz – dajesz sobą manipulować, nie nosisz – jesteś leniwa. Kiedy bawisz się z dzieckiem, słyszysz, że powinnaś zająć się domem, gdy sprzątasz, zaniedbujesz dziecko. Za wcześnie oddajesz je w ręce opiekunki i wracasz do pracy. Kurodomowiejesz, zamiast zacząć życie zawodowe, niańczysz dzieciaka. Masz za cicho/ za głośno, gdy maluch śpi. Nie potrafisz go nawet ubrać odpowiednio do pogody…

U jednej z blogerek zawrzała gównowojna, bo w kwietniu wyszła z domu z dzieckiem bez czapki. Zatroskane losem maltretowanego wiosennym wiatrem blogpotomka e-matki prawie już pal naostrzyły, żeby wyrodną nabić na niego… Bo one wiedzą, że robi żle.

Kiedy Lewandowska pokazała swój wyrzeźbiony brzuch miesiąc po porodze, w komentarzach już jej opiekę społeczną nasyłali, no bo jak to po ciąży tyle ćwiczyć można? Trzeba zająć się dzieckiem a nie sobą! Za to na żonie Janiaka psy wieszali miesiącami, bo dodatkowe kilogramy długo jej nie opuszczały. Wrzeszczeli w komentarzach, że zamiast pomyśleć o sobie, bawi tylko dzieci. To dopiero była pożywka dla hejterów!

Matka to najlepszy worek treningowy. Bo zawsze znajdzie się coś, do czego można się będzie przypieprzyć. A specjalistów od wychowania dookoła jest mnóstwo. I zazwyczaj najwięcej do powiedzenia mają ci, którzy dzieci widują tylko w reklamach pieluch albo tacy, co już dawno wyprawili je w świat.

Matka ma prawo popełniać błędy, uczyć się na nich. Dziecko nie potrzebuje idealnego wychowania. Czasami może potknąć się o niepoukładane buty w holu, nie mieć w czym wypić herbaty, bo wszystkie kubki są brudne, może iść spać nieumyte i zamiast kanapki z szynką bez konserwantów wsunąć tabliczkę czekolady. Najważniejsze, żeby zawsze czuło, że jest kochane.

Niech cię tłumy linczują, niech gadają za plecami i prosto w twarz. Słuchaj, że jesteś złą matką, że kompletnie nie nadajesz się do wychowywania dzieci. Niech się nawet nad tobą rozciąga chmura negatywnych komentarzy. To co mówią o tobie inni, jest nieistotne. Dla świata możesz być złą matką. Jakoś to przełkniesz. I tak najważniejszymi recenzentami są twoje dzieci i to, ile gwiazdek dostaniesz od nich za dwadzieścia lat powinno liczyć się najbardziej.

Matko, nie masz prawa!

Hi!

Nie obserwuję zbyt wielu blogów.  Mam dosłownie kilka ulubionych, do których zaglądam wieczornymi porami. Wśród nich jest świat dziewczyny, która z zawodu jest ginekologiem i w tle życia prywatnego dzieli się swoimi spostrzeżeniami na tematy kobiece. Ma synka i spodziewała się drugiego dzieciaka. No właśnie… Spodziewała…

Wczoraj zmroził mnie jej wpis, w którym oświadczyła, że jej drugi synek, Ernest, umarł, zanim zdążył się narodzić… Była w 23 tygodniu ciąży.

W nocy nie mogłam spać.  Zastanawiałam się, jak ta dziewczyna teraz musi cierpieć. Straciła dziecko, ktore od pięciu miesięcy czuła pod sercem. Miała już wybrane imię, przygotowaną wyprawkę, nawet życzenia z okazji Dnia Matki otrzymała już w imieniu obydwóch synków. Dla niej to trauma na całe życie.  Minie wiele lat, zanim się z tego podniesie.

Przy tym wszystkim po głowie zaczęły mi krążyć słowa wielu matek, których podejście do dzieci jest wręcz przerażające. Ciągle narzekają, a to że nie mają czasu dla siebie, a to, że brak im sił, że przytyły, że mają za dużo na głowie, że przestały rozwijać się zawodowo, że brakuje im pieniędzy, że są zmęczone…

Matko! Nawet nie wiesz, ile kobiet wzięłoby od ciebie to zmęczenie, kilogramy i brak czasu! Przyglądają ci się z boku i nie widzą twoich zmartwień, a jedynie ogrom szczęścia, jaki trafił się właśnie tobie, nie im. Nie masz więc prawa bluźnić!

Jesteś zmęczona, bo ktoś tak bardzo cię potrzebuje, że nie potrafi bez ciebie żyć.  Masz bóle kręgosłupa, bo ktoś nosi w sobie tak wielką miłość do ciebie, że tylko twoje ramiona są w stanie ją zaspokoić. Twój brzuch jest pomarszczony a skóra rozszarpana rozstępami, bo w nim narodziło się życie i tam mogło bezpiecznie przygotować się do przyjścia na świat, bo udało mu się tam przetrwać! Nie masz czasu dla siebie, bo ktoś tylko przy tobie czuje się bezpiecznie. Nie masz pieniędzy, ale dla kogoś ty jesteś największym skarbem, nie potrzebuje on drogich zabawek, najnowszej kolekcji ubrań czy zagranicznych wczasów. Wystarczy mu to, że jesteś. Masz w domu bałagan? Ktoś nie będzie pamiętał czystych podłóg i lśniących okien, on tylko chce ciebie, twojej uwagi, uśmiechu, poczucia bliskości.

Dziecko nie zajmuje ci czasu, ono go wypełnia, nadaje twojemu życiu sens i nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak bardzo pusty byłby twój świat bez niego. Doceń to, bo wygrałaś życie – udało ci się zajść w ciążę, donosić ją, urodzić dziecko, teraz możesz je wychowywać. Czy można czegoś więcej chcieć?

Bycie mamą to nie żmudny obowiązek czy ascetyczna praca zmuszająca do wielozadoniowości. To przywilej, który dostałaś od Boga i za to powinnaś być wdzięczna do ostatniej nanosekundy życia.

Nocne rozważania przy śnieżnym księżycu o skojarzonym dziadostwie

Wreszcie znalazłam wolny czas. Co prawda w nocy i do tego po dość wyczerpującym dniu. Ale zawsze to coś. Załapałam się na ciekawe zjawiska za oknem – pełnia, zwana śnieżnym księżycem, chwilowe zaćmienie i kometa, którą ma być widać za jakąś godzinkę.

589dd06bafa5f_o,size,933x0,q,70,h,cba959

 

B1 choruje u babci, B2 absorbuje mnie caluteńki dzień, za to w nocy śpi tak, że niejedna matka by mi tego pozazdrościła. W domu sterta prasowania, kurz grubszy niż moja tkanka tłuszczowa a ja robię za mleczarnię od świtu do nocy…

Mieliśmy mieć już pierwsze szczepienie. Jednak przez chorobę B1 lekarka odłożyła je na kolejny tydzień.

Zapytacie pewnie o szczepionki. Naturalnie – bierzemy tylko te obowiązkowe. Jestem wielką przeciwniczką skojarzonych paści. Kiedy byłam w pierwszej ciąży, kończyłam studia logopedyczne. Było to dawno, szczepionki skojarzone były wielkim hitem. Rodzice płacili i kłuli, bo myśleli, że jak zapłacą, to będzie – nie wiem – lepsze? skuteczniejsze?  Lekarze rozbudowywali swoje posiadłości, bo płynęła do nich kasa od koncernów za polecanie tego dziadostwa. Sama zapisałam B1 do – rzekomo – najlepszej w mieście pediatry. Jako młoda matka powinnam jej zaufać. Tak się składa, że na zaliczenie logopedii miałam wtedy zrobić analizę przypadku dziecka autystycznego. Wgłębiłam się w temat bardzo, bo mnie on wyjątkowo zaciekawił. Byłam nawet na konferencji, na której prezes Związku Logopedów przedstawił wykład na temat zależności między zdiagnozowaniem autyzmu a szczepionkami skojarzonymi. Już wtedy udowodniono kilka przypadków. I tak jako żółtodziób poszłam z B1 na pierwsze szczepienie, na którym pani doktor z wielkim uśmiechem poleciła mi skojarzoną szczepionkę. Zapytałam ją o skutki uboczne, powiedziała, że nie istnieją. Wiem dobrze, że lekarka znała opisane na konferencji przypadki, bo uczestniczyła ona we wszystkich sympozjach. Zapytałam ją więc konkretnie – czy szczepionki te nie są przypadkiem przyczyną autyzmu. Pani doktor zaprzeczyła.

A ja?

Ja ubrałam B1, podziękowałam grzecznie za przyjęcie nas, wyszłam i już nigdy więcej tam nie zawitałam..

Możecie mówić, co chcecie. Nikt mnie nie przekona, że skojarzone szczepienie jest lepsze dla dziecka. Bo mniej boli? Da się to zapomnieć. Bo mniejsza trauma? W czasie swojego życia dzieciak porozwala kolana, zobaczy, jak jego ukochany pies choruje, dowie się, że święty Mikołaj nie istnieje – to będą prawdziwe traumy. Bo wymęczy się przy tylu igłach? Kto z nas pamięta swoje pierwsze szczepienia? Kto pamięta chociaż to ostatnie???  Bo jak płatne to lepsze? Powiększanie ust do wymiarów tyłka pawiana też nie jest refundowane…

Wnuk mojego kolegi z pracy urodził się kilka tygodni przed B1. Rodzice zaszczepili go płatną opcją – jak to stwierdził kolega – mieli za dużo pieniędzy. Chłopak jest dzieckiem autystycznym. Być może to nie jest przyczyna, może to tylko mrzonki, ale jeśli istnieje choć cień podejrzeń, nie warto ryzykować. Bo kto chciałby na własnym dziecku udowadniać swoją rację?

Cała prawda o cesarskim cięciu

Wybaczcie tę prostotę. Nie mam ochoty wymyślać żadnego chwytnego tytułu, zaskakiwać zdjęciami czy memami. Chcę opisać – najprościej jak się da – to, z czym miałam do czynienia w czasie ostatnich dwóch tygodni.

W internecie roi się od wpisów dotyczących cięcia cesarskiego „na życzenie”. Oczywiście nie istnieje coś takiego oficjalnie w polskim prawie. Ale kiedy rodząca wykaże się „inicjatywą” finansową, można takowe sobie załatwić. W jednym z lepszych szpitali w moim województwie kosztuje to 7000 zł, w innym wystarczy prywatnie prowadzić ciążę u ordynatora. Coraz więcej kobiet zamawia sobie tę przyjemność jak zabieg kosmetyczny. Trzeba jednak zauważyć, że z depilacją brwi czy hybrydowym manicurem ma ona niewiele wspólnego…

Nie planowałam cesarskiego cięcia. Mimo tego, że od piątego miesiąca ciąży słyszałam o dużym dziecku i widmie cesarki, miałam nadzieję, że urodzę naturalnie. Tym bardziej, że pierwszy poród wspominam bardzo dobrze i udało mi się już umówić z anestezjologiem na znieczulenie zewnątrzoponowe. Mogłam więc liczyć na kolejny bezbolesny poród.

Kiedy w pierwszy dzień świąt pojechaliśmy do szpitala, po podwójnej konsultacji ginekologów okazało się, że gabaryty dziecka mogą nie pozwolić na naturalny poród i trzeba wykonać cięcie. Lekarz tłumaczył nam dokładnie powód swojej decyzji a my nie oponowaliśmy. Nie jestem ufna w stosunku do obcych specjalistów, tym bardziej, że ten sam lekarz zamienił poród mojej szwagierki w piekło (ale o tym może kiedy indziej). Intuicja jednak podpowiadała mi, że muszę się zgodzić z jego decyzją.

I tak ruszyła machina. Najpierw dostałam kroplówkę, od której zrobiło mi się niedobrze. Potem – już nie pamiętam, jak tam dotarłam – znalazłam się na sali operacyjnej. To jaskrawe światło mnie zmroziło. Kazali się rozebrać, usiąść na stole. Kiedy wbili znieczulenie i kazali się położyć, wszystko zaczęło dziać się jakby poza mną. Spod masek widać było tylko oczy lekarzy i pielęgniarek, a w nich ciężko było wyczytać jakieś emocje. Bałam się spojrzeć na lampę, żeby nie odbiło się w niej moje ciało, patrzyłam w bok a jedna z położnych cały czas głaskała mnie po głowie i coś do mnie mówiła. Między jej słowami słyszałam lekarzy i te ich zimne polecenia – „haki”, „ssak”, „zamykamy”, itd. Nawet nie wiem, w którym momencie wydarli ze mnie dziecko. Słyszałam tylko w oddali jego kwilenie, potem pokazali mi go otulonego i zabrali. Zostałam tam tylko ja i lekarze kończący operację. Dotknęłam ręką przypadkowo swojego biodra i poczułam, jakbym macała czyjeś zwłoki. Szybko odsunęłam dłoń z przerażenia.  Potem kątem oka zauważyłam własną nogę w powietrzu, chociaż nawet nie poczułam, że ją podnoszą. Po wszystkim przenieśli mnie na inne łóżko i zawieźli do mojej sali. Wykupiłam sobie własny pokój, nie musiałam więc znosić wzroku innych kobiet, kiedy leżałam bez czucia a obok mojego łóżka wisiał worek na mocz. W sali czekał już B. Pomógł pielęgniarkom przenieść mnie na moje łóżko. Roztrzęsłam się wtedy niemiłosiernie. Nie mogłam powstrzymać drgawek. Trwało to jakieś dwadzieścia minut. W tym czasie podpięto mi ze trzy kroplówki. Kiedy przynieśli B2, dreszcze same zniknęły. Położyli go koło mnie, niestety, nie mogłam go nawet przytulić, bo leżałam bez ruchu. Był z nami jakieś pół godziny, potem go zabrali i nie zobaczyłam go już przez cały dzień i całą noc. To było przykre. Myślałam, że laktację już szlag trafił.

Noc minęła dość spokojnie, co chwilę przychodziły położne, wymieniały kroplówki, mierzyły ciśnienie, obserwowały mnie. Rano kazali i wstać. Nie było to łatwe. Myślałam, że nie drgnę, a jeśli poruszę jakąkolwiek częścią ciała, rana rozejdzie się i wszystko wyjdzie na wierzch. Z wielkim wysiłkiem i bólem podniosłam się. Ale o zrobieniu choćby kroku nie było nawet mowy. Kiedy przyjechał B, poszedł po dzieciaka. Mogłam wtedy spróbować przystawić go do piersi.

I z bólu pooperacyjnego przechodzimy do kolejnego – tego wywołanego próbami karmienia. Z piersi ani kropli, dzieciak na siłę próbował coś wyssać, czułam, jakby ktoś wbił mi w sutka gwoździe i nimi poruszał w te i wewte. Zaparłam się i do wieczora przystawiałam go co chwilę. I tak do drugiej w nocy, kiedy jakaś pielęgniarka przyszła go zabrać, żebym mogła odpocząć. Ja wiem, kobiety zazwyczaj odpuszczają. Mówią, że nie mają pokarmu, rozkładają ręce i przechodzą na wygodniejszą dla matki, ale gorszą dla dziecka formę karmienia – chemią z pudełka z bobasem na opakowaniu. Ja nie dałam za wygraną. Piszczałam z bólu, zagryzałam pięści, łkałam, ale po dwóch dniach udało się – pokarm puścił. W trzecią dobę nie oddałam dzieciaka ani na chwilę, całą noc przystawiałam go to do jednej, t do drugiej piersi, sycząc z bólu sutków i brzucha, bo laktacja wywołała bardzo bolesne skurcze i bóle krzyżowe. Podnoszenie się drażniło miejsce rany, przekładanie dziecka dodatkowo sprawiało ból. I już sama nie wiedziałam, co bardziej boli – miejsce po cięciu, obkurczająca się macica, czy sutki. Nic to przy fakcie, że udało się nakarmić dziecko naturalnie…

W dniu wyjścia ze szpitala okazało się, że w ranę wdało się jakieś zakażenie i cała powierzchnia nad cięciem zaczęła puchnąć i twardnieć. Brzuch stał się jednym wielkim, twardym wałkiem, w którym straciłam czucie.Lekarz zapisał mi antybiotyk i na szczęście wypuścił do domu.

Obolała ledwo wytrzymałam w samochodzie, bo każda dziura na drodze była dla mnie jak nóż jeżdżący po moi brzuchu. Ale na samą myśl, że będę mogła odpocząć we własnym łózku, robiło mi się odrobinę lepiej.

Od tego dnia mijają prawie dwa tygodnie, a ja nadal leczę zakażenie. Brzuch co prawda powoli maleje, ale rana boli, cały czas sączy się z niej ropa i szczypie. Jestem ciągle jak w półśnie. Nie mam jeszcze pełnego czucia w kręgosłupie, codziennie biorę zastrzyki do brzucha przeciw zakrzepicy, przewracanie się z boku na bok jest dla mnie bardzo bolesnym doświadczeniem, podnoszenie się z łóżka to koszmar. I tak zamiast w pełni cieszyć się macierzyństwem, muszę walczyć z bólem, utrzymującą się ciągle opuchlizną i strasznym wyczerpaniem organizmu.

Nie rozumiem, dlaczego kobiety wybierają cesarskie cięcie. To żaden zabieg. To zwykła operacja, która niesie ze sobą ryzyko powikłań i zagrożenie dla życia i zdrowia. Poród być może wymaga więcej wysiłku i zdyscyplinowania, ale zdecydowanie pozostawia lepsze wspomnienia. Nikomu nie życzę cesarki. To traumatyczne przeżycie.

Kobieto, jeśli masz wybór, zdecyduj się na poród, operacja cesarskiego cięcia jest strasznym doświadczeniem.

 

Siostra

wpid-img_20151214_213028

 

Przygotowania do świąt w naszym domu zawsze są wesołym momentem. Najlepsze jest to, że większość rzeczy robimy wspólnie – od porządków zaczynając, na pieczeniu i gotowaniu kończąc. Dzięki temu unikam takich sytuacji, w których na kolacji wigilijnej nie różniłabym się wiele od tego zmasakrowanego karpia na talerzu. I w tym roku, mimo ciążącego mi jak cholera brzucha i bolącego kręgosłupa robiłam wszystko, żeby ten czas był taki jak zawsze. Zależało mi na tym ze względu na moją dziesięciolatkę, która zawsze celebruje takie chwile. Nie chciałam jej zniszczyć wizji rodzinnych i wspaniałych świąt.

Jednak mimo wszelkich starań, coś było nie tak. Moje dziecko zrobiło się bardziej poważne, już nie cieszyło jej ozdabianie pierników i pomarańczy z goździkami. Wreszcie podczas ubierania choinki B1 posmutniała tak bardzo, że nie dało się tego nie zauważyć. Kiedy zapytałam, co się stało, wyszeptała, że to już ostatni raz, kiedy zakłada na czubek gwiazdę. Na początku nie skojarzyłam, o co jej chodzi. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że w ten sposób chciała mi przekazać swoje obawy, jakie narodziły się wraz z wizją pojawienia się w jej życiu nowej osoby.

W naszej rodzinie tradycją już się stało, że najmłodszy członek rodziny wieńczy ubraną choinkę zakładając na czubek ozdobę. Zawsze to zadanie należało do niej i w sumie nawet nie pomyślałabym, że ktoś inny mógłby to zrobić. Ale ona w głowie miała już tylko fakt, że niedługo urodzi się ktoś młodszy od niej i być może przejmie wszystkie jej zadania. Takie dziecięce myślenie. Pewnie w jej głowie roiło się od czarnych myśli, w których to ona zostanie zepchnięta na drugi tor a całą chwałę będzie zbierał mały, tłusty bobas w pieluszce. Zauważyłam wtedy pierwsze oznaki zmiany zachowania mojego dziecka. To oczywiste, że wiązały się one z faktem, że wkrótce w rodzinie miał pojawić się B2. Wiedziałam, że to prędzej czy później nastąpi. Nic dziwnego. Dziesięć lat była sama, a tu nagle jakiś intruz wchodzi w jej życie. Nie miałam tylko pojęcia, jak to się będzie przejawiało.

Dobrze, że poród przyszedł w święta. B1 spędziła je z naszą bardzo liczną rodziną. Było tam gwarno, śpiewnie i wesoło. Nie miała więc czasu myśleć o nowej sytuacji. Zadzwoniłam do niej ze szpitala wieczorem i już w głosie wyczułam jakiś dystans. Nie przedłużałam więc rozmowy, nie pytałam, co się dzieje, wolałam zostawić ją sam na sam z myślami, żeby mogła sobie wszystko spokojnie poukładać.

Po powrocie z B2 do domu na drzwiach wisiała laurka z napisem „Witamy” (chociaż z pewnością dzieło to zostało wymuszone na niej przez moją mamę). Nie wyszła z pokoju przywitać nas. Całe popołudnie siedziała tam i rozmawiała przez telefon z koleżankami. Moja mama próbowała ją przekonać, żeby do nas przyszła, natychmiast jej kazałam przestać. Nic na siłę. Uważam, że dziecko samo musi przełamać bariery. A im bardziej się na nie naciska, tym te bariery stają się bardziej rażące.

Następnego dnia niepewnie przyszła do pokoju malucha. To był jej świadomy, niewymuszony ruch. Musiała do niego się widocznie przygotować. Chyba ciekawość wygrała z dumą. Dokładnie go obejrzała, dotknęła jego głowy, chwyciła rączkę, wpatrywała się w niego dłuższą chwilę i chyba to była miłość od pierwszego wejrzenia…

Od tej pory jej podejście do nowej istotki zupełnie się zmieniło. B1 towarzyszy nam w każdej sytuacji: podczas karmienia, przy kąpieli, podczas ubierania, rano przychodzi poleżeć przy bracie, po przyjściu ze szkoły wita się z nim, wpatruje się w niego w wolnej chwili, nawet uczy się w salonie, gdzie zazwyczaj mały bąbel śpi w wózeczku. Bywa też tak, że jako wzorowa siostra, obrończyni małego brata, potrafi mieć do nas pretensje o ropiejące oczko czy zsuniętą z nóżki skarpetkę. To niesamowite zjawisko. Na moich oczach narodziła się ta dziwna więź, o której – z racji bycia jedynaczką – nie miałam bladego pojęcia…

Sterylny umiar

Nie należę do wyjątkowo przewrażliwionych na punkcie czystości matek. Moje dzieci raczej nie mogą zlizywać z podłogi jedzenia. Staram się zachować umiar w podejściu do dbania o dom. Owszem, utrzymuję czystość, ale bez przesady.

Są jednak pewne obszary, w których nie odpuszczam. Nie wyobrażam sobie stosowania półśrodków w kwestii czystości odzieży i naczyń.

Wiem, jak ważne jest odpowiednio wyprane ubranie dla dzieci. Dlatego też zainwestowaliśmy w pralkę z programem antyalergicznym. Co prawda każdą wypraną rzecz dodatkowo prasuję, ale z pewnością zmniejsza to ryzyko uchowania się bakterii.

Oprócz pralki kupiliśmy też zmywarkę z programem Baby. Ma on wyparzać butelki, smoczki, grzechotki i całą resztę atrybutów małego mlekożercy. Program ten wykorzystuję też do wyparzania zabawek B1. Nic tak dobrze nie wymyje klocków Lego jak właśnie taka zmywarka.

To rozwiązanie nie sprawdza się jednak w użytkowaniu codziennym. Nie mam tylu butelek i smoczków, żeby czekać na zapełnienie całego programu zmywarki a włączanie jednej czy dwóch flaszek jest zwyczajnie nieekonomiczne.

W takich sytuacjach przydaje się sterylizator. Przy B1 korzystałam z niego na bieżąco. Teraz również dostałam taką możliwość dzięki firmie Canpol babies.

Elektryczny sterylizator parowy to bardzo wygodne w użyciu i skuteczne w działaniu urządzenie przeznaczone do użytku domowego. Pozwala ono szybko i wygodnie wysterylizować butelki, laktatory i akcesoria niezbędne do codziennej pielęgnacji dziecka. Nie trzeba czekać na zebranie pełnego programu – tak jak w zmywarce. Można oszczędnie wysterylizować nawet jedną butelkę!

Nie muszę kupować całego zestawu flaszek, wystarczą dwie, ewentualnie trzy i bez problemu będę mogła utrzymać je w czystości po każdym karmieniu. Zakładając fakt, że mam zamiar szybko korzystać z laktatora, bo nie potrafię zagrzać w domu zbyt długo miejsca i – znając życie – zaraz wrócę do swoich pozadomowych zajęć – takie wyparzanie pojedynczych buteleczek i elementów sterylizatora będzie bardzo przydatne.

Każda mama zapewne zastanawia się, jak to działa? Wytworzona para wodna dokładnie i równomiernie otacza wszystkie elementy podlegające sterylizacji, zapewniając wysoką higienę w max. 12 minut. Specjalnie zaprojektowany pojemnik filtrujący ułatwia usuwanie wody i zanieczyszczeń po zakończeniu procesu sterylizacji. Szybko i sprawnie mamy gotowe do użycia flachy.

 

Ponieważ wyparzone elementy są bardzo gorące, sterylizator jest wyposażony w szczypce umożliwiające wyjmowanie gorących elementów.

Zmywarka potrzebuje przynajmniej 90 minut na porządne umycie naczyń, sterylizator w 12 minut pozwoli na korzystanie z czyściutkich butelek, smoczków i wszystkiego, co tylko chcemy (i możemy) wyparzyć.

Pisałam o tym, że wyparzyć można nawet tylko jedną butelkę. Tak też zrobiłam, bo na początku mi więcej nie potrzeba. Ale urządzenie może sterylizować 5/6 butelek oraz inne drobne akcesoria. Ma trzy tacki, na których układa się elementy.

Można więc wykorzystać go nawet po większej mlecznej wyżerce.Inne sterylizatory zazwyczaj mają maksymalnie dwa poziomy, dzięki temu ten z Canpol babies znacznie góruje nad innymi.

Nie zużywa dużo wody ani nie trzeba go dodatkowo myć. To dla i tak już ledwo żywych matek wielki atut.

Elektryczny sterylizator Canpol babies jest kapitalnym rozwiązaniem w domu z małym dzieckiem. Nie zabiera cennego czasu, jest łatwy w utrzymaniu i łagodny dla portfela. Każda matka powinna skorzystać z takiego ułatwienia.

Więcej informacji na temat sterylizatora znajdziecie tutaj.

Chętne mamusie urządzenie mogą kupić tu.

Jak już pisałam, w pewnych sprawach należy zachować umiar. Jednak pierwsze miesiące życia dla malucha są takim czasem, który może zaważyć o całej jego przyszłości. Nie warto wtedy ryzykować…

Broń Boże! Tylko nie ciąża!

Sprawa, którą chcę poruszyć, jest bardzo istotna. Tyle się trąbi o prawach kobiet ciężarnych i powinnościach pracodawców wobec nich. Niestety, w wielu miejscach się ich nie przestrzega. Statystyki są wręcz szokujące. Polska zajmuje jedno z pierwszych miejsc w Europie pod względem nierespektowania praw kobiet w ciąży. Za to jeśli chodzi o jakość systemu wsparcia ciężarnych i matek, jesteśmy na szarym końcu.  Nic więc dziwnego, że wiele osób zwyczajnie nie decyduje się na planowanie rodziny ze względu na sytuację ekonomiczną.

Przyznam, że miejsce, w którym jestem zatrudniona, można zaliczyć do tych wzorcowych pod kątem zarządzania i stosunku do pracownika. Kiedyś na rozmowie, podczas której moja pani dyrektor zaproponowała mi umowę na czas nieokreślony, powiedziałam, że zapewne jeszcze będę starała się o dziecko. Dyrekcja wtedy z wielką aprobatą uspokoiła mnie, że to nie ma żadnego wpływu na zatrudnienie, i że wręcz się cieszy, bo dzieci to skarb. Nie bałam się więc iść do gabinetu powiedzieć o ciąży. Pamiętam, że na tę wiadomość dyrekcja mało co nie podskoczyła, uściskała mnie i wyraziła wielką radość. Od razu ją zapewniałam, że będę pracowała tak długo, aż mi na to ciąża pozwoli, na co usłyszałam odpowiedź, że najważniejsze jest moje zdrowie i spokój, pracą mam się nie przejmować zupełnie. I tak w pełnym przekonaniu  poszłam na zwolnienie lekarskie pod koniec trzeciego miesiąca ciąży i siedzę sobie do tej pory. W tym czasie dyrekcja kontaktowała się ze mną, zapytać o moje zdrowie i o dziecko.

Niestety, takich szefów na świecie jest niewielu. Przykładem jest właścicielka drugiej firmy, w której pracowałam, o czym pisałam już kiedyś. Dla przypomnienia – usłyszała o ciąży, z wymuszonym uśmiechem pogratulowała, a kilka dni później dostałam do domu list polecony z wypowiedzeniem umowy.

Przypadki są różne. Wiele już się nasłuchałam od koleżanek i przyznam, że to wręcz niewiarygodne, jak bardzo można łamać prawa pracownika.

A. zaszła w drugą ciążę po prawie roku starania, wreszcie się udało. Wykonuje pracę dość ciężką, musi dużo dźwigać, być bardzo aktywną fizycznie, stoi na nogach od rana. O ciąży bała się powiedzieć swojemu pracodawcy praktycznie do czwartego miesiąca. Ukrywała swój stan, nie zwalniała tempa pracy. Wiedziała, że jeśli powie, ten zrobi wszystko, żeby ją zwolnić. Już widziała niejednokrotnie, jak jej szef traktuje pracownice w ciąży. Uważa je za zło konieczne, ściąga do pracy nawet wtedy, kiedy są na zwolnieniu lekarskim, doprowadza do płaczu, sieje terror i poniewiera nimi. To okrutne, ale facet, który nie ma własnej rodziny, nie potrafi zrozumieć, po co kobietom takie „obciążenie”. Przecież więcej osiągną bez brzucha i płaczącego bachora.

J. to aktywna zawodowo dziewczyna, doceniana w pracy za osiągnięcia. Zajść w ciążę udało jej się dopiero po kilku latach starania. Nieudane próby już doprowadzały ją do frustracji, jednak wszystko się zmieniło, gdy wreszcie usłyszała, że zostanie mamą. W pracy zazwyczaj byli przyzwyczajeni do jej bezdzietnego stanu. Była na każde zawołanie, nie odmawiała dodatkowych zajęć, „bo ona nie ma obowiązków domowych”. Kiedy jednak pod koniec ciąży odmówiła dodatkowej pracy, bo jej organizm już na to sobie nie mógł pozwolić, usłyszała, że „albo się pracuje, albo zachodzi w ciążę” . Nie powiedziała nic. Za bardzo cieszyła się z tego, że wreszcie będzie mogła cieszyć się macierzyństwem. Bez słowa poszła do lekarza po zwolnienie i do końca ciąży została w domu. Po macierzyńskim okazało się, że jej stanowisko już jest zajęte i jedyne, co mogła zrobić, to pożegnać się z miejscem, w które włożyła tyle serca.

G. urodziła drugie dziecko. Zarówno przy pierwszej jak i przy drugiej ciąży pracowała, póki tylko mogła. Obecnie jest na macierzyńskim, ale wie, że kiedy wróci do pracy, szybko straci swoje stanowisko, bo już inni pracownicy usłyszeli o tym od szefa, który stwierdził, że „już jej nie potrzebuje” w swoim zakładzie. Bycie matką dwójki dzieci nie jest – jak się okazuje – mile widziane.

B. po porodzie odebrała telefon od swojej szefowej i usłyszała, że jeżeli weźmie rok macierzyńskiego, może nie wracać do pracy. Po pół roku ma stawić się zwarta i gotowa, inaczej jej miejsce zajmie „ktoś bardziej kompetentny”. Nie pomogły tłumaczenia, że nie ma jej kto dziecka pilnować. Przecież są żłobki. I tak młoda matka – w obawie przed utratą pracy – oddała maleństwo do żłobka. Cały dzień w pracy towarzyszy jej smutny wzrok dziecka, które nie rozumie, że szefowa jego matki jest bezduszną suką.

K. wróciła do pracy po urlopie macierzyńskim tylko dla formalności. Dobrze wiedziała, że to kwestia czasu, gdy dostanie wypowiedzenie. Pamięta przecież, z jaką pogardą koordynator przyjmował jej zwolnienie lekarskie. I nie myliła się. Po kilku tygodniach otrzymała wypowiedzenie – rzekomo z powodu redukcji etatów. Jak się później dowiedziała, jej stanowisko zajął żółtodziób, bez doświadczenia i charakteru, ale za to gej. Ciąża mu nie grozi, więc na starcie jest świetnym pracownikiem.

Mogłabym tak opowiadać bez końca. Co chwilę słyszę o dziwnych przypadkach niezrównoważonych społecznie pracodawców. Myślę, że w Polsce prawa ciężarnych i matek to tylko fikcja. Jak z każdym zapisem prawnym, wprawne oko znajdzie coś, co będzie można obejść i dzięki temu pozbyć się balastu. Mało kto zwraca uwagę na fakt, że za wypowiedzeniem umowy o pracę stoi kobieta – matka, osoba potrzebująca zatrudnienia nie tylko ze względów ekonomicznych, ale i dla własnego rozwoju i poczucia wartości.

Jerzy Liebert pisząc „uczyniwszy na wieki wybór, w każdej chwili wybierać muszę”, z pewnością nie miał na myśli kobiet w ciąży. Nie powinno się stawiać ich w sytuacji, w której muszą się zastanowić, czy powiększać rodzinę, czy zdobywać uznanie w pracy. Jakby nie było, każdy, najgorszy nawet szef, jest tu dzięki jakiejś kobiecie, która być może musiała poświęcić swoje aspiracje, plany i marzenia po to, żeby ten po latach mógł piąć się po szczeblach kariery i decydować o losie innych kobiet.

zmora praca

Znalazłam w sieci ciekawy informator. Zachęcam do lektury tutaj.