Mleczna prawda

#karmieniepiersią #karmiębokocham #karmieniepiersiąjestpiękne #B2 #babylove #babyboy #blog #instababy

Ja wiem. Karmienie piersią to koszmar. Już po kilku dniach od porodu masz chęć uciec gdzieś daleko, schować swoje cycki przed światem ( a konkretnie przed wydanym na tenże świat nienażartym ssakiem) i wrzasnąć, żeby wszyscy dali ci święty spokój. Nie spodziewałaś się z pewnością, że leżenie może być tak męczące. A jednak! Kręgosłup jest poturbowany jak wóz na kamienistej drodze, czujesz każdy zastany mięsień, sutki pogryzione do krwi a piersi zapomniały dawno o jędrności i powoli  zaglądają pod kolana.
Ale przyznaj, kochasz to. Cierpisz jak cholera, ale wiesz też jak szybko ucieka czas. Te chwile trwają bardzo krótko i są niepowtarzalne. Takie mgnienie niewyobrażalnej cudowności. Przecież już nigdy więcej nie poczujesz tego błogostanu i aury więzi z dzieckiem.
To najpiękniejsze z przeżyć, podczas którego czujesz, jakby świat stanął w miejscu, nic nie jest ważne, liczy się tylko jedno – widok maleńkiego dzieciątka, które z przymrużonymi oczami, bez pośpiechu delektuje się każdym łykiem. To ponadwymiarowe poczucie, że teraz jesteś tylko ty i ono, jedność i świadomość, że wciąż tworzycie wspólny organizm, ten wszechobecny spokój. Nic tak nie wycisza cię jak ciepło wtulonego w ciebie dziecka!
Karmienie to przeżycie mistyczne. Ma w sobie cudowne pierwiastki. Nie uciekaj przed nim. Nie tłumacz się brakiem czasu, powrotem do pracy bólem czy niemożnością zaspokojenia głodu dziecka. Wykorzystaj swój dar do granic możliwości. Bo potem pozostanie już tylko szara rzeczywistość.

Cała prawda o cesarskim cięciu

Wybaczcie tę prostotę. Nie mam ochoty wymyślać żadnego chwytnego tytułu, zaskakiwać zdjęciami czy memami. Chcę opisać – najprościej jak się da – to, z czym miałam do czynienia w czasie ostatnich dwóch tygodni.

W internecie roi się od wpisów dotyczących cięcia cesarskiego „na życzenie”. Oczywiście nie istnieje coś takiego oficjalnie w polskim prawie. Ale kiedy rodząca wykaże się „inicjatywą” finansową, można takowe sobie załatwić. W jednym z lepszych szpitali w moim województwie kosztuje to 7000 zł, w innym wystarczy prywatnie prowadzić ciążę u ordynatora. Coraz więcej kobiet zamawia sobie tę przyjemność jak zabieg kosmetyczny. Trzeba jednak zauważyć, że z depilacją brwi czy hybrydowym manicurem ma ona niewiele wspólnego…

Nie planowałam cesarskiego cięcia. Mimo tego, że od piątego miesiąca ciąży słyszałam o dużym dziecku i widmie cesarki, miałam nadzieję, że urodzę naturalnie. Tym bardziej, że pierwszy poród wspominam bardzo dobrze i udało mi się już umówić z anestezjologiem na znieczulenie zewnątrzoponowe. Mogłam więc liczyć na kolejny bezbolesny poród.

Kiedy w pierwszy dzień świąt pojechaliśmy do szpitala, po podwójnej konsultacji ginekologów okazało się, że gabaryty dziecka mogą nie pozwolić na naturalny poród i trzeba wykonać cięcie. Lekarz tłumaczył nam dokładnie powód swojej decyzji a my nie oponowaliśmy. Nie jestem ufna w stosunku do obcych specjalistów, tym bardziej, że ten sam lekarz zamienił poród mojej szwagierki w piekło (ale o tym może kiedy indziej). Intuicja jednak podpowiadała mi, że muszę się zgodzić z jego decyzją.

I tak ruszyła machina. Najpierw dostałam kroplówkę, od której zrobiło mi się niedobrze. Potem – już nie pamiętam, jak tam dotarłam – znalazłam się na sali operacyjnej. To jaskrawe światło mnie zmroziło. Kazali się rozebrać, usiąść na stole. Kiedy wbili znieczulenie i kazali się położyć, wszystko zaczęło dziać się jakby poza mną. Spod masek widać było tylko oczy lekarzy i pielęgniarek, a w nich ciężko było wyczytać jakieś emocje. Bałam się spojrzeć na lampę, żeby nie odbiło się w niej moje ciało, patrzyłam w bok a jedna z położnych cały czas głaskała mnie po głowie i coś do mnie mówiła. Między jej słowami słyszałam lekarzy i te ich zimne polecenia – „haki”, „ssak”, „zamykamy”, itd. Nawet nie wiem, w którym momencie wydarli ze mnie dziecko. Słyszałam tylko w oddali jego kwilenie, potem pokazali mi go otulonego i zabrali. Zostałam tam tylko ja i lekarze kończący operację. Dotknęłam ręką przypadkowo swojego biodra i poczułam, jakbym macała czyjeś zwłoki. Szybko odsunęłam dłoń z przerażenia.  Potem kątem oka zauważyłam własną nogę w powietrzu, chociaż nawet nie poczułam, że ją podnoszą. Po wszystkim przenieśli mnie na inne łóżko i zawieźli do mojej sali. Wykupiłam sobie własny pokój, nie musiałam więc znosić wzroku innych kobiet, kiedy leżałam bez czucia a obok mojego łóżka wisiał worek na mocz. W sali czekał już B. Pomógł pielęgniarkom przenieść mnie na moje łóżko. Roztrzęsłam się wtedy niemiłosiernie. Nie mogłam powstrzymać drgawek. Trwało to jakieś dwadzieścia minut. W tym czasie podpięto mi ze trzy kroplówki. Kiedy przynieśli B2, dreszcze same zniknęły. Położyli go koło mnie, niestety, nie mogłam go nawet przytulić, bo leżałam bez ruchu. Był z nami jakieś pół godziny, potem go zabrali i nie zobaczyłam go już przez cały dzień i całą noc. To było przykre. Myślałam, że laktację już szlag trafił.

Noc minęła dość spokojnie, co chwilę przychodziły położne, wymieniały kroplówki, mierzyły ciśnienie, obserwowały mnie. Rano kazali i wstać. Nie było to łatwe. Myślałam, że nie drgnę, a jeśli poruszę jakąkolwiek częścią ciała, rana rozejdzie się i wszystko wyjdzie na wierzch. Z wielkim wysiłkiem i bólem podniosłam się. Ale o zrobieniu choćby kroku nie było nawet mowy. Kiedy przyjechał B, poszedł po dzieciaka. Mogłam wtedy spróbować przystawić go do piersi.

I z bólu pooperacyjnego przechodzimy do kolejnego – tego wywołanego próbami karmienia. Z piersi ani kropli, dzieciak na siłę próbował coś wyssać, czułam, jakby ktoś wbił mi w sutka gwoździe i nimi poruszał w te i wewte. Zaparłam się i do wieczora przystawiałam go co chwilę. I tak do drugiej w nocy, kiedy jakaś pielęgniarka przyszła go zabrać, żebym mogła odpocząć. Ja wiem, kobiety zazwyczaj odpuszczają. Mówią, że nie mają pokarmu, rozkładają ręce i przechodzą na wygodniejszą dla matki, ale gorszą dla dziecka formę karmienia – chemią z pudełka z bobasem na opakowaniu. Ja nie dałam za wygraną. Piszczałam z bólu, zagryzałam pięści, łkałam, ale po dwóch dniach udało się – pokarm puścił. W trzecią dobę nie oddałam dzieciaka ani na chwilę, całą noc przystawiałam go to do jednej, t do drugiej piersi, sycząc z bólu sutków i brzucha, bo laktacja wywołała bardzo bolesne skurcze i bóle krzyżowe. Podnoszenie się drażniło miejsce rany, przekładanie dziecka dodatkowo sprawiało ból. I już sama nie wiedziałam, co bardziej boli – miejsce po cięciu, obkurczająca się macica, czy sutki. Nic to przy fakcie, że udało się nakarmić dziecko naturalnie…

W dniu wyjścia ze szpitala okazało się, że w ranę wdało się jakieś zakażenie i cała powierzchnia nad cięciem zaczęła puchnąć i twardnieć. Brzuch stał się jednym wielkim, twardym wałkiem, w którym straciłam czucie.Lekarz zapisał mi antybiotyk i na szczęście wypuścił do domu.

Obolała ledwo wytrzymałam w samochodzie, bo każda dziura na drodze była dla mnie jak nóż jeżdżący po moi brzuchu. Ale na samą myśl, że będę mogła odpocząć we własnym łózku, robiło mi się odrobinę lepiej.

Od tego dnia mijają prawie dwa tygodnie, a ja nadal leczę zakażenie. Brzuch co prawda powoli maleje, ale rana boli, cały czas sączy się z niej ropa i szczypie. Jestem ciągle jak w półśnie. Nie mam jeszcze pełnego czucia w kręgosłupie, codziennie biorę zastrzyki do brzucha przeciw zakrzepicy, przewracanie się z boku na bok jest dla mnie bardzo bolesnym doświadczeniem, podnoszenie się z łóżka to koszmar. I tak zamiast w pełni cieszyć się macierzyństwem, muszę walczyć z bólem, utrzymującą się ciągle opuchlizną i strasznym wyczerpaniem organizmu.

Nie rozumiem, dlaczego kobiety wybierają cesarskie cięcie. To żaden zabieg. To zwykła operacja, która niesie ze sobą ryzyko powikłań i zagrożenie dla życia i zdrowia. Poród być może wymaga więcej wysiłku i zdyscyplinowania, ale zdecydowanie pozostawia lepsze wspomnienia. Nikomu nie życzę cesarki. To traumatyczne przeżycie.

Kobieto, jeśli masz wybór, zdecyduj się na poród, operacja cesarskiego cięcia jest strasznym doświadczeniem.