Matka Polka udręczona

Zatrzymujemy chwile... #spacer #b2ija #razem #relaks #macierzyński

Zauważyłam, że za każdym razem, gdy w mediach społecznościowych opublikuję zdjęcie pokazujące mój relaks, czytanie książki czy – nie daj Boże – picie kawy, spotykam się z dziwną reakcją kobiet. Jedne piszą, że mnie podziwiają, bo ONE nie mają wolnego czasu (taki standardowy schemat – TY jesteś be a JA cacy!), inne zazdroszczą, jeszcze inne żalą się, że w ogromie pracy mogą zapomnieć o odpoczynku. W każdej reakcji jednak idzie wyczuć kroplę krytyki (jaśniej mówiąc – delikatne plucie jadem) i zestawienie mnie, bezczelnie łamiącą stereotyp padniętej na twarz matki z resztą świata kobiecego – urobionego do nieprzyzwoitości, oddanego dziecku lub pracy, bez szans na chwilę wytchnienia.

Przyjęło się, że kobieta musi być ucioraną cierpiętnicą. Bez względu na to, czy jest aktywna zawodowo, czy wychowuje dzieci. W jej słowniku nie istnieje termin relaks (którego perfidnie nadużywam na macierzyńskim), musi od rana do wieczora poświęcać się swojemu oprawcy (czyt. dziecku, szefowi, mężowi, psu, garom, pralce, podłodze, papierologii, itd…* niewłaściwe skreślić…), być wiecznie niewyspana, robić wołającą o współczucie minę i wciąż powtarzać, że na nic nie ma czasu i nie zdąża z obowiązkami. Mówienie głośno o tym, że ma się chwile dla siebie jest palone na stosie, bo matce, kobiecie pracującej, czy gospodyni domowej nie wypada odpoczywać. Zewsząd słychać tylko westchnienia, jakby to one chciały TAK JAK JA posiedzieć przy książce, obejrzeć serial albo wybić kawę…
Z każdej strony wzorowe kobiety biją mnie po uszach, że praca męczy, dziecko dobija, dom wykańcza. Sorry drogie panie. Ale czy ktoś wam każe pracować, wychowywać dzieci, sprzątać, gotować, itd.? Kto powiedział, że każda z nas musi skończyć przyduszona ciasnym kostiumem na dziesiątym piętrze biurowca albo wdeptana między kaszki, chrupki i kupy? Zawsze przecież można wybrać opcję mniej ambitną -tumiwisizmu społecznego, samotnej wyprawy dookoła świata, staropanieństwa (wiem, nie każdej to słowo przez gardło przejdzie). Pamiętajcie, WASZE życie to WASZ wybór! Dlaczego szukacie współczucia za decyzje, które przecież podjęłyście same? A przecież odpoczynek to nie wstyd!
Jeśli czegoś nie lubię, nie robię tego. Syf w domu może poczekać, kiedy akurat mam ochotę poczytać książkę, jechać na zakupy albo wyjść z moją gawiedzią na plac zabaw. Praca nigdy mnie nie męczyła – raczej dopingowała. Uwielbiałam te dni, kiedy po całym dniu wracałam zmęczona do domu. Znaczyło to, że był aktywny czas zawodowy i coś się działo. Dzięki takim chwilom nigdy nie straciłam zapału do swojego fachu. A dzieciaki? Potrafią doprowadzić mnie do szału, ale fajnie je mieć. Nawet to zmęczenie po nieprzespanych nocach ma swój urok.

Owszem, miewam gorsze dni – jak każdy. Wtedy warczę na wszystko. Bywam smutna, wściekła, podirytowana. Jak każdy – mam chwile słabości. One jednak mijają. Podchodzę więc do życia z dystansem. Nie wstydzę się tego, że mam czas dla siebie. Mam do niego prawo. Jak każdy. Nie udaję uciemiężonej, nie szukam współczucia. Bo i po co? Ono przecież nie buduje. Tylko na chwilę maskuje nasze prawdziwe emocje.  Matka nie jest synonimem cierpiętnicy. Matka to kobieta ciesząca się życiem i przekazująca tę umiejętność swoim dzieciom. Jaki byłby świat, gdybyśmy wychowywały takich mruków?
Czy naprawdę musimy narzekać, żeby czuć się lepiej? Piszecie, że zazdrościcie mi czasu przy książce. Usiądźcie i poczytajcie. Nie jesteście przecież operatorkami rakiety Kim Dzong Una, bez was czas pędzi tak samo. Najwyżej obiad się przypali, muchy utkną w lepiącej się podłodze, dzieciaki się chwilę ponudzą, albo może wreszcie nauczą się kreatywności?

Kołowrót macierzyństwa

#humoryzmory

Zobacz, jaki los jest przewrotny. To, co kiedyś wkurzało cię u twojej mamy, stało się teraz twoją cechą charakterystyczną. Ile razy przewracałaś oczami na jej miliony pytań o to, co w szkole, na podwórku, co robiłaś, gdzie byłaś i jakie masz plany na najbliższą i dalszą przyszłość? Jak często ocierałaś łzy ze złości, bo nie zgodziła się na wypad za miasto z przyjaciółmi, odłączyła telefon albo kazała się uczyć cały dzień? Teraz ty zasypujesz dzieciaki pytaniami i drżysz na myśl o ich samodzielnych wyjazdach.
Przy każdym nieporozumieniu obiecywałaś sobie, że nigdy nie będziesz taka jak twoja mama. I co? Ale zonk! Jesteś dokładnie taka sama.
Nic w tym dziwnego. Każda nastolatka marzy o rodzicach, którzy nie będą jej kontrolować, zabiorą na piwo, odpuszczą szkołę, skoczą na bungee i zrobią sobie razem z nią taki sam tatuaż. Panie Boże! Jak to dobrze, że nie słuchasz próśb tych niedojrzałych, farbowanych głów! Nie wiem, gdzie bym dzisiaj była, gdyby moja mama podeszła do wychowania na luzie. Zapewne w czarnej dupie, każdy wie, o co chodzi.
Moja mama to postać dość skomplikowana, bo jest jednym z rzadkich typów, dla których poza rodziną liczy się niewiele. Myślenie takie wyniosła z domu i choć próbowała mi je również wpoić, uznajmy to za jej porażkę, bo w żmudny proces mojego wychowania wdarł się cham egoizm i wyrobił we mnie niemożebną potrzebę posiadania własnego świata. Ale nie o mnie ten wpis.
Mama jest konkretną osobą.  Potrafi osiągnąć zamierzone cele i zazwyczaj dąży do nich sama. W najtrudniejszych czasach dźwigała na barkach cały dom. I dała radę.
Kiedy mam problem, dzwonię do niej, bo wiem, że zawsze mi pomoże. Nie jest prezesem firmy, nie ma znajomości w ważnych kręgach, nie zarabia milionów, a mimo to w każdej trudnej sytuacji potrafi mnie wesprzeć. Kiedy proszę ją o coś, wiem, że mi nie odmówi i ta świadomość bardzo pomaga mi w życiu. Czasami zastanawiam się, jak ona to robi.
Kiedyś powtarzałam sobie, że nie będę podobna do mamy. Dziś wiem, że chciałabym jej dorównać. Już teraz mam w sobie mnóstwo jej cech. Czasami myślę, że jestem nadopiekuńcza i nazbyt wymagająca. Przypominam sobie wtedy, jak cholernie właśnie to drażniło mnie, kiedy byłam nastolatką, ale też jak właśnie takie podejście mojej mamy potrafiło pokierować mną w dobrą stronę.

Dlatego dziewczyny, nie walczcie ze swoimi matkami, bo to walka z góry przegrana. Nie da się przecież wygrać z własnym odbiciem…

Mamo, nie zabijaj mnie!

 

Zastanów się nad swoimi wydatkami z ostatniego półrocza. Ile kupiłaś nowych par butów? Wiem, aż grzech nie wziąć, gdy twoje wymarzone kozaki świecą na czerwono ceną niższą o 500 zł, a te czółenka z cudną aplikacją możesz mieć gratis, jeśli wydasz na inne buty zaledwie 200 zł. Jak wiele pieniędzy poszło ci na ubrania? Najpierw zimowa, wiosenna, teraz letnia wyprzedaż. Tu stówka na bluzeczkę, tam dwie na płaszczyk i gdzieś jeszcze kolejna na jeansy. A inne przyjemności? Wyjazd w góry na weekend majowy, nowe zasłony do salonu, kolczyki, trochę kosmetyków do makijażu (bo w jednej z sieciówek była promocja), jakieś drobne umilacze – wypad do kina, fryzjer, ptasie mleczko, godzina w siłowni. Pewnie nazbierałoby się tego sporo. Odpowiedz mi więc na jedno, elementarne pytanie – dlaczego uważasz, że nie stać cię na prawdziwy fotelik do samochodu dla twojego dziecka?

Na rynku wybór fotelików jest olbrzymi. Ciężko jednak znaleźć ten jeden, odpowiedni. Niestety, bez względu na to, jaki wybierzemy, chcąc mieć pewność bezpieczeństwa, nie będzie on kosztował mniej niż tysiąc złotych. Owszem, są tańsze, dobre, ale używane. Odradzam jednak takie rozwiązanie, bo nigdy nie macie pewności, że fotelik nie brał udziału w wypadku, albo jakaś jego część nie zużyła się już na tyle, że nie będzie chronić dziecka. Na używanym foteliku możecie zaoszczędzić jakieś 200 – 300 złotych, dlatego lepiej odmówić sobie pary butów, dwóch miesięcy siłowni albo jakiejś fajnej kiecki i zainwestować w nowy. Zagłuszanie sumienia steropianowymi pseudofotelikami za 150, 300 albo 500 złotych nie rozwiąże problemu. Czy czułabyś się bezpiecznie w domu z tektury? Oczywiście, że nie! I żadna combo – srombo nazwa nie zapewni twojemu dziecku bezpieczeństwa, bo nie sztuką jest założyć piękną, oczojebną – tak przecież modną teraz – tapicerkę na gówniany fotelikopodobny twór, który na zdjęciach wygląda zajebiście. Myślisz, że w gazecie informującej o wypadku na pierwszej stronie też będzie pięknie się prezentował?

Zajmijmy się więc prawdziwymi fotelikami. Nie zakładamy innej opcji, jak zakup fotelika posiadającego nie tylko europejskie certyfikaty bezpieczeństwa ECE R44-03 oraz ECE R44-04 ale też pozytywne wyniki testów zderzeniowych przeprowadzanych przez niezależne organizacje, takie jak np. ADAC.

Na co należy zwrócić uwagę?

1. Na rynku jest kilka kategorii fotelików, jednak nie zawsze powinniśmy się nimi kierować, ponieważ niekoniecznie oddają one faktyczne potrzeby dziecka. Pierwsza bezwzględnie nakazuje wozić dzieciaka w tak zwanej skorupce, czyli foteliku nie tylko zabezpieczającym głowę, ale również dbającym o kręgosłup. Tu jedyne, co może wzmocnić bezpieczeństwo, to wybór nosidełka mocowanego do samochodu systemem isofix.

Kolejna kategoria to fotelik dla dziecka około sześciomiesięcznego. Szukając takiego spotkałam się jeszcze z błędnym określaniem przedziału na podstawie wagi dziecka. Od 2013 norma i-Size nakazała dokonywanie wyboru fotelika w oparciu o wzrost, a nie wagę dziecka. To oczywiste, że waga absolutnie nie oddaje gabarytów, tzn. wysokości ułożenia główki, ramion, itd. Wiem coś o tym. W końcu ja sama ważę tyle co modelki… Niestety, jestem od nich niższa o jakieś 25cm… Główka dziecka nie może wystawać poza obrys oparcia fotelika, bo groziłoby to poważnymi urazami szyi. Dlatego foteliki zgodne z normą i-Size nie dzielą się już na kategorie wagowe (0, 0+, 1, 2 itd.), ale ich rozmiar uwzględnia dwie rzeczy – wzrost wyrażony w centymetrach oraz maksymalną wagę dziecka, które może danego fotelika używać.

Kompletnie nielogiczną kategorią fotelika jest dla mnie przedział 0 – 36kg. Wychodzi na to, że w tym samym foteliku mogę przewozić B1 (~ 34 kg) i B2 (ponad 8 kilosów konkretnej masy). Wiecie jak to się mówi, jeśli coś jest do wszystkiego, to jest do d… W takiej kategorii żadne dziecko nie będzie bezpieczne, bo fotelik nie będzie gwarantował maksimum ochrony dziecku w razie zderzenia, ponieważ jego konstrukcja nie uwzględnia dynamicznie zmieniających się proporcji ciała dziecka.

Dziecko powinno mieć trzy foteliki (minimum!). Ostatni w wieku około 4 lat. I to ten, który jako pierwszy mocuje się wyłącznie przodem do kierunku jazdy!

2. I właśnie tu zajmę się najpopularniejszym ostatnio tematem – kierunek jazdy. Norma i-Size nakłada obowiązek przewożenia dzieci tyłem do kierunku jazdy. Ostatnie badania wykazują, że dzieci co najmniej do 15 miesiąca życia są dużo bezpieczniejsze w podróży, gdy są przewożone tyłem do kierunku jazdy. Dopiero wtedy ich mięśnie szyjne są na tyle silne by wytrzymać nagłe szarpnięcie wywołane kolizją czołową.

Jeśli niemowlę podróżowałoby przodem do kierunku jazdy, w przypadku kolizji czołowej, jego duża i ciężka głowa w stosunku do reszty ciała nie mając podparcia, zostałaby szarpnięta do przodu. Mogłoby to spowodować bardzo poważne uszkodzenia i obrażenia szyi oraz głowy. Przy mocnym zderzeniu kręgosłup zwyczajnie może nie wytrzymać i nie utrzymać główki! Przewożenie niemowląt tyłem do kierunku jazdy gwarantuje, że w chwili zderzenia czołowego, głowa dziecka ma podparcie, a siły działające podczas wypadku, rozchodzą się po większym obszarze, przez co są amortyzowane.
Dziecko może być przewożone tyłem nawet do szóstego roku życia. Im dłużej, tym lepiej i bezpieczniej dla niego.

3. I-Size promuje mocowanie poprzez system ISOFIX. Dzięki temu fotelik staje się integralną częścią samochodu. Niestety, nie wszystkie samochody posiadają ten system. W sklepie z fotelikami dowiedziałam się, że podobno od 2000 roku większość aut powinna być wyposażona, nowsze mają na pewno. Musimy więc najpierw sprawdzić nasze auto. Jeśli takiego systemu nie posiadamy, pozostaje wybór wśród fotelików montowanych pasami.

4.Nie każdy fotelik będzie pasował do każdego auta. Dlatego należy najpierw to sprawdzić. Producenci zazwyczaj mają takie listy samochodów kompatybilnych z ich fotelikami, dlatego koniecznie należy się z nią zapoznać. Na stronkach producentów fotelików samochodowych są też specjalne aplikacje, które nie tylko sprawdzą, czy nasze auto było sprawdzane pod względem kompatybilności z danym fotelikiem, ale również zobaczymy, jak powinniśmy go zamontować, na którym fotelu może być wożony.

Wbrew pozorom zakup fotelika nie jest więc tak trudną sprawą.

Sprawę doboru fotelika mamy za sobą. Pozostaje znów kwestia finansów. Wiesz już, że skrobnie cię to minimum półtora tysiąca, w dobrej promocji znajdziesz może coś za tysiąc złotych. Chociaż miałaś pół roku czasu na zebranie gotówki, omamiły cię jednak te wyprzedaże, buty, kiecki i fitnessy, portfel świeci pustką. Ale jest nadzieja! Jeden z banków pomyślał nie tylko o własnych korzyściach ale o bezpieczeństwie najmniejszych. Oferuje kredyt do 2000 zł na zakup fotelika (trzeba przedstawić dowód zakupu!). Najważniejsze, że pożyczka nie jest obciążona żadnymi opłatami, oprocentowaniem, itd. W 10 ratach oddajesz dokładnie tyle, ile weźmiesz. Jeśli fotelik będzie kosztował 1500 zł, rata będzie równa 150 zł, jeśli 2000 – 200 zł, itd. Jest to więc całkiem dobre rozwiązanie.

Nie masz już więc żadnej wymówki, aby nie kupić dziecku bezpiecznego fotelika. Nic nie stoi na przeszkodzie. Pamiętaj, że wyrazem największej miłości rodzicielskiej jest dbanie o zdrowie i życie dzieci.

Przeczytaj jeszcze raz uważnie cały tekst i poszukaj w okolicy sklepu z fotelikami. Nie żałuj pieniędzy. Zastanów się, czy twoje nowe buty warte są więcej niż życie dziecka?

Cała prawda o cesarskim cięciu

Wybaczcie tę prostotę. Nie mam ochoty wymyślać żadnego chwytnego tytułu, zaskakiwać zdjęciami czy memami. Chcę opisać – najprościej jak się da – to, z czym miałam do czynienia w czasie ostatnich dwóch tygodni.

W internecie roi się od wpisów dotyczących cięcia cesarskiego „na życzenie”. Oczywiście nie istnieje coś takiego oficjalnie w polskim prawie. Ale kiedy rodząca wykaże się „inicjatywą” finansową, można takowe sobie załatwić. W jednym z lepszych szpitali w moim województwie kosztuje to 7000 zł, w innym wystarczy prywatnie prowadzić ciążę u ordynatora. Coraz więcej kobiet zamawia sobie tę przyjemność jak zabieg kosmetyczny. Trzeba jednak zauważyć, że z depilacją brwi czy hybrydowym manicurem ma ona niewiele wspólnego…

Nie planowałam cesarskiego cięcia. Mimo tego, że od piątego miesiąca ciąży słyszałam o dużym dziecku i widmie cesarki, miałam nadzieję, że urodzę naturalnie. Tym bardziej, że pierwszy poród wspominam bardzo dobrze i udało mi się już umówić z anestezjologiem na znieczulenie zewnątrzoponowe. Mogłam więc liczyć na kolejny bezbolesny poród.

Kiedy w pierwszy dzień świąt pojechaliśmy do szpitala, po podwójnej konsultacji ginekologów okazało się, że gabaryty dziecka mogą nie pozwolić na naturalny poród i trzeba wykonać cięcie. Lekarz tłumaczył nam dokładnie powód swojej decyzji a my nie oponowaliśmy. Nie jestem ufna w stosunku do obcych specjalistów, tym bardziej, że ten sam lekarz zamienił poród mojej szwagierki w piekło (ale o tym może kiedy indziej). Intuicja jednak podpowiadała mi, że muszę się zgodzić z jego decyzją.

I tak ruszyła machina. Najpierw dostałam kroplówkę, od której zrobiło mi się niedobrze. Potem – już nie pamiętam, jak tam dotarłam – znalazłam się na sali operacyjnej. To jaskrawe światło mnie zmroziło. Kazali się rozebrać, usiąść na stole. Kiedy wbili znieczulenie i kazali się położyć, wszystko zaczęło dziać się jakby poza mną. Spod masek widać było tylko oczy lekarzy i pielęgniarek, a w nich ciężko było wyczytać jakieś emocje. Bałam się spojrzeć na lampę, żeby nie odbiło się w niej moje ciało, patrzyłam w bok a jedna z położnych cały czas głaskała mnie po głowie i coś do mnie mówiła. Między jej słowami słyszałam lekarzy i te ich zimne polecenia – „haki”, „ssak”, „zamykamy”, itd. Nawet nie wiem, w którym momencie wydarli ze mnie dziecko. Słyszałam tylko w oddali jego kwilenie, potem pokazali mi go otulonego i zabrali. Zostałam tam tylko ja i lekarze kończący operację. Dotknęłam ręką przypadkowo swojego biodra i poczułam, jakbym macała czyjeś zwłoki. Szybko odsunęłam dłoń z przerażenia.  Potem kątem oka zauważyłam własną nogę w powietrzu, chociaż nawet nie poczułam, że ją podnoszą. Po wszystkim przenieśli mnie na inne łóżko i zawieźli do mojej sali. Wykupiłam sobie własny pokój, nie musiałam więc znosić wzroku innych kobiet, kiedy leżałam bez czucia a obok mojego łóżka wisiał worek na mocz. W sali czekał już B. Pomógł pielęgniarkom przenieść mnie na moje łóżko. Roztrzęsłam się wtedy niemiłosiernie. Nie mogłam powstrzymać drgawek. Trwało to jakieś dwadzieścia minut. W tym czasie podpięto mi ze trzy kroplówki. Kiedy przynieśli B2, dreszcze same zniknęły. Położyli go koło mnie, niestety, nie mogłam go nawet przytulić, bo leżałam bez ruchu. Był z nami jakieś pół godziny, potem go zabrali i nie zobaczyłam go już przez cały dzień i całą noc. To było przykre. Myślałam, że laktację już szlag trafił.

Noc minęła dość spokojnie, co chwilę przychodziły położne, wymieniały kroplówki, mierzyły ciśnienie, obserwowały mnie. Rano kazali i wstać. Nie było to łatwe. Myślałam, że nie drgnę, a jeśli poruszę jakąkolwiek częścią ciała, rana rozejdzie się i wszystko wyjdzie na wierzch. Z wielkim wysiłkiem i bólem podniosłam się. Ale o zrobieniu choćby kroku nie było nawet mowy. Kiedy przyjechał B, poszedł po dzieciaka. Mogłam wtedy spróbować przystawić go do piersi.

I z bólu pooperacyjnego przechodzimy do kolejnego – tego wywołanego próbami karmienia. Z piersi ani kropli, dzieciak na siłę próbował coś wyssać, czułam, jakby ktoś wbił mi w sutka gwoździe i nimi poruszał w te i wewte. Zaparłam się i do wieczora przystawiałam go co chwilę. I tak do drugiej w nocy, kiedy jakaś pielęgniarka przyszła go zabrać, żebym mogła odpocząć. Ja wiem, kobiety zazwyczaj odpuszczają. Mówią, że nie mają pokarmu, rozkładają ręce i przechodzą na wygodniejszą dla matki, ale gorszą dla dziecka formę karmienia – chemią z pudełka z bobasem na opakowaniu. Ja nie dałam za wygraną. Piszczałam z bólu, zagryzałam pięści, łkałam, ale po dwóch dniach udało się – pokarm puścił. W trzecią dobę nie oddałam dzieciaka ani na chwilę, całą noc przystawiałam go to do jednej, t do drugiej piersi, sycząc z bólu sutków i brzucha, bo laktacja wywołała bardzo bolesne skurcze i bóle krzyżowe. Podnoszenie się drażniło miejsce rany, przekładanie dziecka dodatkowo sprawiało ból. I już sama nie wiedziałam, co bardziej boli – miejsce po cięciu, obkurczająca się macica, czy sutki. Nic to przy fakcie, że udało się nakarmić dziecko naturalnie…

W dniu wyjścia ze szpitala okazało się, że w ranę wdało się jakieś zakażenie i cała powierzchnia nad cięciem zaczęła puchnąć i twardnieć. Brzuch stał się jednym wielkim, twardym wałkiem, w którym straciłam czucie.Lekarz zapisał mi antybiotyk i na szczęście wypuścił do domu.

Obolała ledwo wytrzymałam w samochodzie, bo każda dziura na drodze była dla mnie jak nóż jeżdżący po moi brzuchu. Ale na samą myśl, że będę mogła odpocząć we własnym łózku, robiło mi się odrobinę lepiej.

Od tego dnia mijają prawie dwa tygodnie, a ja nadal leczę zakażenie. Brzuch co prawda powoli maleje, ale rana boli, cały czas sączy się z niej ropa i szczypie. Jestem ciągle jak w półśnie. Nie mam jeszcze pełnego czucia w kręgosłupie, codziennie biorę zastrzyki do brzucha przeciw zakrzepicy, przewracanie się z boku na bok jest dla mnie bardzo bolesnym doświadczeniem, podnoszenie się z łóżka to koszmar. I tak zamiast w pełni cieszyć się macierzyństwem, muszę walczyć z bólem, utrzymującą się ciągle opuchlizną i strasznym wyczerpaniem organizmu.

Nie rozumiem, dlaczego kobiety wybierają cesarskie cięcie. To żaden zabieg. To zwykła operacja, która niesie ze sobą ryzyko powikłań i zagrożenie dla życia i zdrowia. Poród być może wymaga więcej wysiłku i zdyscyplinowania, ale zdecydowanie pozostawia lepsze wspomnienia. Nikomu nie życzę cesarki. To traumatyczne przeżycie.

Kobieto, jeśli masz wybór, zdecyduj się na poród, operacja cesarskiego cięcia jest strasznym doświadczeniem.