Żywiec do lamusa

Przy pierwszym porodzie przyjechałam do szpitala cztery tygodnie przed terminem z sączącymi się wodami i pierwszymi skurczami. A że jestem zapobiegawcza, już o wiele wcześniej miałam ustalone z anestezjologiem znieczulenie zewnątrzoponowe (oczywiście płatne w tamtych czasach). Od samego progu oznajmiałam paniom położnym, że anestezjolog powinien do mnie jak najszybciej zejść, bo potrzebuję go jak cholera. Na co jedna z położnych zanurzona w pliku papierów związanych z przyjęciem mnie do szpitala skwitowała – „Jesteś młoda! Urodzisz bez znieczulenia”. W tym momencie mnie zamurowało. Cały skrzętny plan porodu szlag jasny trafił! Aż mi się dzieciak w brzuchu przewrócił z nerwów. Gdybym tylko miała siły wstać, wepchałabym jej do gardła te papierzyska i wyjęła tą stroną, którą ona kazała mi arbuzopodobne stworzenie przepchać na żywca. Jakim prawem obca baba decyduje o tym, jak ma wyglądać mój poród? To JA znam swój organizm i JA wiem najlepiej, jaki próg bólu jest on w stanie znieść. A że nawet u dentysty, zanim dostanę znieczulenie igłą, jestem traktowana maścią znieczulającą, wiadomo więc, że ból porodowy jest dla mnie nie do zniesienia, co jest wręcz kwestią bezdyskusyjną.

I tak musiałam przy wapiennym podejściu pracownicy szpitala wyczekać, aż mój mąż przyjedzie do mnie z resztą ekipy rodzącej (czytaj – moją mamą). Kiedy tylko go zobaczyłam, z daleka wrzasnęłam jedno, magiczne słowo: ANESTEZJOLOG. No może, dodałam coś na k… I jak biedny chłopina stał, tak zniknął w czeluściach korytarzy szpitalnych w poszukiwaniu zbawcy z igłą do zewnątrzoponowego. A potem było już jak w najpiękniejszej historii – przybył mój rycerz – co prawda bez białego konia, ale za to w białym fartuchu, przyniósł ze sobą DUŻO środka znieczulającego, zaaplikował w kręgosłup małą niteczkę i mogłam rodzić z uśmiechem na twarzy. Dzięki temu do dziś wspominam poród jako najpiękniejsze przeżycie. Nie musiałam skupiać się na bólu, tylko na doświadczaniu czegoś wręcz mistycznego.

Często spotykam się z dziwną reakcją osób, które słyszą, że rodziłam ze znieczuleniem. Robią wielkie oczy, oburzają się, pytają, jak to, po co, jak mogłam nie pomyśleć o dziecku tylko o sobie. Podchodzą do mnie jak do gorszego sortu, już czasami czekam na lincz, bo mówię jawnie o tym, że nie bolało mnie przy porodzie.

Przyjęło się takie myślenie, że poród musi boleć, bo inaczej kobieta nie doświadczy tego, czego powinna doświadczyć. No kuźwa czyli czego? Rozrywania od środka? Ma się poczuć jak Sienkiewiczowski Azja na palu? No i po co? Dla potomnych? Dla kultu matki cierpiącej?

Ludzie! Wyjdźcie z mroku! To nie średniowiecze, stosy i szubienice dawno leżą w muzeach. Dziś medycyna jest po to, by z niej korzystać. I skoro wynaleziono sposób ulżenia matkom w wydawaniu swojego potomstwa na świat, trzeba z tego skorzystać. Myślę, że bezbolesny poród nie jest grzechem i nie uwłacza mojemu rodzicielstwu. Tym bardziej nie wpływa na to, jaką będę matką.

Kobiety na siłę chcą przejść przez tę mękę, nie do końca rozumiem, w jakim celu. Wiem, że cierpienie uszlachetnia, ale skoro można go uniknąć, czemu z tego nie skorzystać?

Tym bardziej, że powikłania przy porodzie ze znieczuleniem zewnątrzoponowym zdarzają się bardzo rzadko i są one równoważone z powikłaniami przy porodzie na żywca. Kobiety snują opowieści dziwnej treści na ten temat. Zazwyczaj najwięcej mają do powiedzenia te, które rodziły na żywca. Warto więc posłuchać kogoś, kto tego doświadczył. Wszystkie te strachy na lachy są wyssane z palca. W życiu nie słyszałam większych mitów. Po zaaplikowaniu znieczulenia normalnie czuć skurcze, z tym że natężenie bólu można porównać do tego z mocniejszej miesiączki. Środek znieczulający w żaden sposób nie wpływa na dziecko, bo nie przedostaje się do krwioobiegu. Mało tego – matka wyluzowana, to niezestresowane dziecko. Przychodzi ono na świat lepiej dotlenione i w mniejszym stresie niż to wypychane w pełnym czuciu. W czasie całego porodu można chodzić, siedzieć na piłce, kopać męża, normalnie się poruszać. Znieczulenie w żaden sposób nie wpływa na motorykę rodzącej. Po porodzie nie zatrzymuje się pokarm, leci jak z wiadra, więc nie ma ono wpływu na laktację. W zasadzie poród ze znieczuleniem zewnątrzoponowym nie różni się wiele od tego na żywca. No, może poza tym, że nie jest to trauma a wspaniałe doświadczenie.

Chyba wystarczająco wiele aspektów życia wiąże się z cierpieniem. Po co jeszcze dodawać kolejnych? Tak więc drogie baby, żywiec do lamusa! Rodzimy z uśmiechem na twarzy i małą igiełką w kręgosłupie!

 

 

O zgrozo!

Miałam dziś chęć na jakiś tekścik o relacjach damsko – męskich. Pokusiłabym się nawet o krótką analizę przypadku kilku małżeństw i niby – małżeństw (w prawie to się chyba konkubinat nazywa). Jednak mój dzisiejszy humorek – albo raczej kompletne plucie jadem – niekoniecznie byłby mile odebrany przez męską część moich czytelników.

Ale żeby tak całkiem się nie „odzmorować”, wrzucę jedną, malutką, taką tyci -tyci graficzkę:

Tola i BLOG 27